Categories: PODRÓŻEPRZYGODY

Pattaya, Koh Larn

No, hej przygodo, czy co tam.

Po wyprawie do Kambodży spędziliśmy MIESIĄC w domu. Miesiąc sami ze sobą, bez nowych bodźców, próbując pracować. I nas to zmęczyło. Oczywiście zaraz po Kambodży marzyliśmy o klimatyzowanym domku, białej pościeli, kawce na tarasie i pumpkinie w curry z foodmarketu. No ale miesiąc?! W jednym miejscu?! I to w Tajlandii?! Nudy na pudy. Zaczęło nas nosić, no dosłownie chodziliśmy po ścianach. Nabzdyczeni, skrajni emocjonalnie, niestabilni umysłowo. I tak wierciliśmy się w miejscu, aż pewien post na fejsie dodał naszemu życiu energii….

Wystarczyło wstawić na grupę „Autostopowicze to właśnie my” post, że chętnie przenocujemyw Bangkoku lub pomożemy znaleźć nocleg podróżnikom w potrzebie. Wtedy nastąpiło oberwanie wiadomościowej chumry co nas w sumie trochę zaskoczyło, ale i podjarało. Ha, znowu coś zaczyna się dziać! I w ten właśnie sposób trafili do nas Monika i Bartek z Bałaganu w Sakwach. W skrócie? Są w podróży od ponad roku. W marcu 2015 wyruszyli ze Szczecina. Ale uwaga… na rowerach! Przejechali pół świata na dwóch kółkach, śpiąc po drodze w namiocie. Powtarzam jeszcze raz, wyraźnie: RO-WE-RA-MI z
NA-MIO-TEM. No dla nas to jakaś abstrakcja totalna! Monika i Bartek tydzień temu przypedałowali do Bangkoku i goszczą u nas na sławnym materacu na którym kilka ciał już leżało. (No mieści dwie osoby tak na ścisk.)

Zainspirowani ich historią i zawstydzeni, że sami zbieramy się na zakup namiotu od dłuuuugiego czasu postanowiliśmy wyjechać na weekend ze Starymi Namiotowymi Wyjadaczami. Ja to ostatnio byłam pod namiotem w liceum. A Emil? Wspomina, że jak miał 12 lat to spał w namiocie – u dziadków w ogrodzie. Hmm. Nasz skill w campingu równy był minus milion.

W taki sposób dorobiliśmy się ślicznego, dwuosobowego, jasnoszarego namiociku. No piękny jest! I pojechaliśmy na wycieczkę…

25.03.16

Kto lubi wstawać z rana? No my Gekony to nie bardzo. Bolało, ale równiutko o 6.30 przekręcaliśmy zamek w drzwiach. Mieszkamy obok dużego dworca Sai Tai Mai i stamtąd równo o 7.00 odjeżdżał autobus do Pattaya (czy to się odmienia? Pattayi? Pattaji? Pattai?).

Pattaya oddalona jest od Bangkoku o około 100 kilometrów. Miasto to owiane jest niechlubną legendą. Słynie z seksturystyki
– podobno łatwiej tu o syfilis niż zimne piwo. Brud, smród, kiła i mogiła a do tego tłumy turystów, drogo i w ogóle to pewnie się zastanawiacie po kiego czorta tam jedziemy. Ha! Sprawdźcie mapę. myGecko uwielbia wyspy. Odwiedzamy je wszędzie, namiętnie eksplorując piaszczyste wybrzeża. A z Pattaya można dostać się taniutkim promem na kilka wysepek. Musieliśmy którąś sprawdzić i dodać kolejną do naszej już pokaźnej kolekcji! Po szoku termicznym i turystycznym jakiego doznaliśmy po kilkukilometrowym spacerze wzdłuż głównej plaży Pattaya City dotraliśmy do portu, skąd odpływa prom za piękną cenę 30bth (3,60zł). Pełni nadziei i optymizmu, w dobrym humorach (ja to nawet w nowych spodenkach!), z namiotem pod pachą i w towarzystwie doświadczonych campingowców ruszyliśmy na spotkanie przygodzie. Rajskie wybrzeże Koh Larn nieśmiało wyłaniało się z oceanu…

Plaża główna Pattaya City.

Morze ludzi płynących z portu na prom i z powrotem.

Plan wyspy i plaż Koh Larn.

Port na wyspie to był dramat. Pierwsza plaża – Nual Beach? Dramat dramatów. Co prawda na horyzoncie majaczył zamglony widok wieżowców, który był całkiem urzekający… Ale sama plaża była kamienista i tak brudna, tak zaśmiecona, tak syficzna, że nawet do wody się wejść nie chciało.

Tajska knajpka w porcie głównym na wyspie. To tutaj był jeden z bardziej syficznych kibli jakie widzieliśmy w Tajlandii.

Widok na Nual Beach.

Za to kolejna plaża na którą się wybraliśmy –  Thien Beach – to był strzał w dziesiątkę. Nie była idealna, ale miała biały piasek, lazurową przejrzystą wodę i trochę dzikiej przestrzeni pomiędzy wszechobecnymi leżakami za jedyne 100bathów. Rozbiliśmy obozowisko w małym zagajniku pomiędzy dwiema niewielkimi knajpkami.

 A najfajniejszych na tej całej plaży było kilka uroczych, przemiłych piesków, w sam raz do głaskania po ich mięciutkim futerku! I głaskaliśmy tak beztrosko dopóki nie okazało się, że ten zagajnik to terytorium tych psów (może dlatego nie ma tam żadnej knajpy?:D). I było bardzo miło, dopóki przemiłe słodkie pieski nie okazały się po zmroku stadem dzikich psiurów. I z przyjemnością klepaliśmy psie łebki dopóki nie przyszło do kolacji i wyciagania mielonych i parówek w towarzystwie zgrai wygłodniałych bestii. Psy totalnie zdominowały wieczór na Thien Beach. A historia pokrótce wyglądała tak…

Była sobie Biała Suka, która upodobała sobie Bartka i Emila. Chodziła za nimi, domagała się uwagi. Wierna i lojalna dreptała zaraz przy nogach chłopaków. Tylko, że Biała Suka była kobietą luksusową i nie dla każdego, bo była JEDYNĄ samicą w tym kilkunastopsowym stadzie. Chłopakiem Białej Suki był Brązowy Mięśniak. Lekko zezowaty od spoglądania na latające wokół jego zada muchy. Nie odstępował swojej kobiety na krok. Jednak na białą damę miał też ochotę Czarny Byczy psiur. Próbował robić Brązowego Mięśniaka w balona nosząc niby dla zabawy plastikową butelkę w pysku. Zabawa kończyła się, gdy Czarny Byku zbliżał się do Białej Suki na mniej niż 5 metrów. Wtedy Brązowy Mięśniak odpalał swoje niemałe kły, włączał porządny warkot i walił spinę.

Wyobraźcie sobie, co działo się, gdy Biała Suka nie odstępowała nas na krok (próbowała nawet wchodzić do namiotu)… Psy kotłowały się i gryzły przez całą noc. Nie będę już wspominać o innych atrakcjach bycia częścią psiego stylu życia (pchły, system rozmnażania, siku). I tak ganialiśmy się z psami po plaży, a że byliśmy goścmi w ich zagajniku to nic nie mogliśmy poradzić, to zwierzęta dyktowały warunki. Nawet nie śmieliśmy się wyrzucić Białej Suki sprzed namiotu, bo w końcu Mieśniak i Byku czuwali i przypadkiem mogli by połączyć siły, gdyby stała jej się krzywda.

Z daleka wyglądało to komicznie. Idę ja i Monika, za nami Bartek i Emil. U ich nóg wierna Biała Suka. Zaraz za nią Brązowy Męśniak, który raz po raz wściekle warczał na prężącego muskuły Czarnego Byka. Oczywiście za grającym główną rolę trio szwendało się kilka podrzędnych, chudych, psich szeregowych. Zakręcone ogony, klapnięte uszy, powygryzane karki. Czasem dla zabawy tworzyli ring do walki i nakręcali konkurentów do ostatecznego, finalnego spięcia na śmierć i życie.  Psi testosteron tryskał na boki. Wściekłość strach i nienawiść zagęszczały powietrze. Jedynie Dzwoneczek – pies o niepełnosprawnym wyrazie mordki, jako jedyny z tęczową obróżką i małym dzwonkiem – wesoło hasał przed nami mocząc łapki w ciepłym oceanie. No jakaś paranoja!

…tak minęły moje 23 urodziny.

Nasze obozowisko. Na pierwszym planie leży Brązowy Mięśniak. W tle tyłem stoi Biała Suka. Zza namiotu wychyla się jakiś podrzędniak.

Wierna Biała Suka

 Nasz widok z namiotu i Dzwoneczek Romantyk…

26.03

Pierwsza noc w namiocie była okropna. Było gorąco, kleiliśmy się do siebie obrzdliwie, dookoła gryzły się wściekłe zwierzęta, w namiocie latał komar, a w ogóle to Bartek wykrakał i dodatkowo całą noc psy wyły do księżyca. Ekstra.

Zebraliśmy się i ruszyliśmy dalej na popularną Ta Waen Beach Pier, na której jest najwięcej turystów, podobno miejsce do snurklowania i sklepiki, knajpki, co tam dusza zapragnie. O matko. Tylu ludzi na jednej plaży na raz to nigdy nie wiedzieliśmy. Dodatkowo całe wybrzeże opanowane było przez Chińczyków. Ale większe wrażenie zrobiły na nas setki motorówek przycumowanych dalej i bliżej wzdłuż kilkusetmetrowego wybrzeża. A ten cały harmider zanurzony w oceanie syfu. Hmmm… Z tej plaży pamiętamy jedynie zapach benzyny i smak whiskey Hong Thong…

he he

he he he2

Traktor marki Ford.

Przenieśliśmy się na noc na Samae Beach, licząc, że macki psiego stada nie siegają tak daleko jak plaża obok. Nie było to może wybitne miejsce, ale trzy sprawy zrobiły dobrą robotę:
1. Spanie na materacach skradzionych z plażowych leżaków.
2. Wypożyczone pływające kółka zabawki.
3. Trzech Tajów z pobliskiej knajpy, bawiących się wieczorem na plaży.

Spało się mega wygodnie, na kółkach bawiliśmy się przednio, a od typów dostaliśmy talię kart, pieczone kraby z zestawem sosów i papaya salad.

Plaże na Koh Larn są bardzo popularnym celem wizyt turystów z Chin. Na zdjęciu akurat same turystki, które kolekcjonują foty z białasami, hehe. Dla Chińczyków foty z białymi do rodzinnego albumu to bardzo popularna praktyka. A na pierwszym planie pamiętne kółko <3

Gościnni Tajowie plażowicze – imprezowicze.

A tu ja i krab. Był wyborny.

27.03

Krótko mówiąc nudna i zwyczajna podróż powrotna do domu. Jedyne czego doświadczyliśmy i jest godne uwagi to nagła tropikalna ulewa, która zastała nas jeszcze na promie na środku oceanu. Coś nie mamy szczęścia do tego środku transportu.

Podsumowując… Namiot zajebisty, ale dla nas raczej awaryjnie i jako odskocznia niż standard. Psy są miłe o ile nie zdominowały dzikim stadem terytorium na którym chcesz mieszkać. A Bałagan w Sakwach to raczej Porządek w Sakwach 😉

Na dniach wyruszamy w kolejną podróż do Laosu/Birmy. Stay tuned ;>

Zuza

Zuza

Mieszkam w Bangkoku od dwóch lat. Piszę o Tajlandii.  O życiu i podróżowaniu, o kulturze i tajskiej szkole, w której uczę angielskiego. Tajlandia to mój drugi dom.

Share
Published by
Zuza

Recent Posts

Idzie nowe! :)

Tajlandia i blog to były piękne przygody. Ale czas na nowe! :) Spędziłam niemal rok…

4 lata ago

Blogosfero podróżnicza – dokąd zmierzamy?

Podróżowanie to coś więcej niż wspaniałe przygody, piękne krajobrazy i egzotyczne kultury. Szczególnie, gdy w…

7 lat ago

Praco zdalna – jak ja cię nie cierpię!

O KURDEEEEE, praca zdalna jest taka zajebista, nic tylko leżeć w hamaku na jakiejś rajskiej…

7 lat ago

Maroko w 10 dni – plan podróży, budżet, informacje praktyczne.

Maroko. Byłam. Widziałam. Fajno. W listopadzie 2018 spędziłam w Maroko 10 dni - mega intensywne,…

7 lat ago

Dzisiaj to ja proszę Was o pomoc.

Zazwyczaj to ja odpowiadam na Wasze pytania dotyczące Tajlandii. Dzisiaj to ja Was proszę o…

7 lat ago

Czym jest „prawdziwa Tajlandia”?

Czym jest dla Ciebie „prawdziwa Tajlandia”? O, czyżby jakieś obrazy, słowa, dźwięki i zapachy przypływały…

7 lat ago