Wszyscy wiedzą, wszyscy słyszeli, nie wszyscy próbowali. My Gekony, jeszcze w Polsce, za ostrym nie przepadaliśmy. Ostry keczup Pudliszki wydawał się totalnym maksimum pieczenia – tej granicy nigdy, ale to nigdy nie przekroczyliśmy.
W Tajlandii nie mieliśmy wyboru (ten motyw się często przewija, prawda?). Pamiętacie foodmarket z postu o egzotycznym śniadaniu? Generalnie to jedyny „sklep” w okolicy. Obok nas jest jeszcze 7eleven ale wygląda podobnie do stacji benzynowej – piwo, czekolada i paczkowane jedzenie. Foodmarket to jedyne pobliskie miejsce gdzie kupujemy artykuły spożywcze. Mieszkamy na przedmieściach Bangkoku, w totalnie tajskiej dzielnicy, gdzie białego człowieka nie widzieliśmy w promieniu kilku kilometrów – także niewielu Tajów tutaj ma motywację do nauki angielskiego. Jedyne co zawsze potrafią to podać cenę – i to w każdym języku.
Wracając do tematu…. Chodziliśmy na foodmarket z niewielką szansą na dogadanie się. Kupowaliśmy oczami. Coś ładnie wygląda? Coś jest kolorowe? Coś wygląda podobnie do dań, które jadaliśmy w polsko-tajskich knajpach? Bierzemy! I tu zaczęła się nasza przygoda z ostrym jedzeniem.
Na foodmarkecie kupuje się woreczek lokalnego jedzenia, które kucharz najczęściej na miejscu przygotowuje w wielkim woku. Za około 4 złote sprzedawczyni wlewa nam ze dwie chochle sosu z mięsem i warzywami, który wcześniej wskażemy palcem. Woreczki się zakręca, obwiązuje recepturką i siema. Zabieramy gorące do domu.
Wracamy z zakupami na kilka dni i zazwyczaj jest czas na obiad. A obiad na początku to była totalna ruletka. Woreczek z czerwonym, żółtym czy białym sosem? O, tu pływają jakieś ładne, kremowe, mięsiste paseczki (jak się okazuje to bambus) – bierzemy!
Tak wyglądały nasze pierwsze przygody z ostrym jedzeniem. Im więcej go jedliśmy tym bardziej je uwielbialiśmy. Trochę nie mieliśmy wyboru, a trochę okazało się, że ostrość dodaje nam smaku. I dobrze na nas działa w tych upałach. Tajska kuchnia to mądra kuchnia.
Później rozszaleliśmy się. Do tego stopnia, że kupiliśmy paczkę suszonego chilli i dodawaliśmy je do naszych dań w coraz większych ilościach – dosłownie wypalało jamę ustną i nie tylko 😉 Uwierzcie nam na słowo lub sprawdźcie sami – dobre ostre piecze dwa razy 😉 I tak, gdy nakręcaliśmy się na ostre bardziej i bardziej, pewnego dnia przesadziłam i dosłownie zaszczepiłam Pana Gekona na ostre jedzenie. Jak to się stało?
usiąść. Zbladł i przewracał oczami, cały trząsł się i zlał go zimny pot. Było aż tak poważnie, że zaczęłam wyszukiwać w internecie numeru tajskiego pogotowia. Ups. Na szczęście po 15 minutach przeszło i Pan Gekon rozchichotał się jak mały chłopiec. Dlaczego? Jak się potem okazało zatrułam go kapsaicyną – substancją odpowiedzialną za ostrość w papryczkach chilli. Jest ona właściwie trucizną i poraża układ nerwowy. Jej minimalne przedawkowanie wywołuje właśnie taką reakcję jaką sami przeżyliśmy. Skąd chichot? Gdy organizm poradzi sobie z za dużą dawką kapsaicyny uwalania dużo endorfin. I proszę bardzo, pad thai + mnóstwo chilli = niezły odlot!
Kilka dni temu miałam drugie podejście do Pad Thai. Na jednym z weekendowych targów w Bangkoku znaleźliśmy rodzinne stoisko. Od lat zajmują się lokalnymi smakami i się na tym świetnie znają. Sami wytwarzają mieszanki tajskich przypraw, hodują też herbatę. Wiedza i pasja. Kupiliśmy gotową mieszkankę przypraw do Pad Thai i powiem Wam, że nie dość, że było to łatwiejsze to i smaczniejsze! Nie musiałam się martwić o sos rybny, pastę tamaryndową czy sos sriracha – wszystko w jednej, małej paczce, a w dodatku domowej roboty. Do wyboru do koloru!
200 gram świeżych krewetek
300 gram makaronu ryżowego (szerokiego)
100 gram tajskiej mieszanki przypraw do pad thai
50 gram prażonych orzeszków ziemnych
pęczek świeżego szczypiorku
100 gram kiełków fasoli mung
3 ząbki czosnku
1 limonka
2 jaja
sos sojowy do smaku
Makaron ugotować. Krewetkom zdjąć pancerzyki i usmażyć na czosnku i oleju kokosowym. Mieszankę przypraw do Pad Thai rozmieszać w kubku z niewielką ilością wody lub sosu sojowego. Na dużej patelni rozgrzać trochę oleju kokosowego, podsmażyć resztę czosnku, wbić dwa jajka, dodać makaron i przyprawę do Pad Thai. Podsmażyć. Dodać sok z limonki, garść kielków fasoli mung i garść pokrojonego szczypioru. Smażyć około 3 minut. Makaron przełożyć na talerz, dodać krewetki. Dodać fasoli mung, obsypać orzeszkami ziemnymi i udekorować pęczkiem szczypioru.
Smacznego!
Tajlandia i blog to były piękne przygody. Ale czas na nowe! :) Spędziłam niemal rok…
Podróżowanie to coś więcej niż wspaniałe przygody, piękne krajobrazy i egzotyczne kultury. Szczególnie, gdy w…
O KURDEEEEE, praca zdalna jest taka zajebista, nic tylko leżeć w hamaku na jakiejś rajskiej…
Maroko. Byłam. Widziałam. Fajno. W listopadzie 2018 spędziłam w Maroko 10 dni - mega intensywne,…
Zazwyczaj to ja odpowiadam na Wasze pytania dotyczące Tajlandii. Dzisiaj to ja Was proszę o…
Czym jest dla Ciebie „prawdziwa Tajlandia”? O, czyżby jakieś obrazy, słowa, dźwięki i zapachy przypływały…