Kolejny. No co poradzisz. Tak jest zorganizowany system, cobyś za długo w kraju nie siedział, o ile nie jesteś potrzebny. A zarobiony hajsik fajnie jak wydasz u nas w urzędach. A najlepiej, jak będzie problem i pieniędzy wydasz więcej niż musisz. O, to lubimy najbardziej.
O naszej szarpaninie w tajskiej ambasadzie i zaciekłej walce z urzędnikami o wize pracowniczą przeczytacie tutaj: Laos visarun – przepychanka w tajskiej ambasadzie.
W połowie czerwca odbyliśmy już trzecią podróż do Laosu celem uzyskania wizy nonB. Wszystko miało być jak zawsze, papiery przygotowane przez naszą Agencję, my w dobrych humorach. Dokładnie wiedzieliśmy jak dojechać, gdzie się udać i jak to załatwić. Zdaje się proste. Nic nie wskazywało na nadchodzącą katastrofę! Przeczytasz o niej w tym poście – Laos visarun – przepychanka w tajskiej ambasadzie.
Tabuny farangów po wize wybiera się właśnie do stolicy Laosu – Wientian. Zatem kolejki w tajskiej ambasadzie są astronomiczne! Wąż ludzi wije się, aż poza mury tajskiego urzędu. Setki ludzi, godziny czekania, ogrom stresu. Na samą myśl o tej ambasadzie robi mi się słabo… Ale w tym roku Agencja nas zaskoczyła! Zamiast do Wientian wybraliśmy się do Savannakhet – małego miasteczka położonego zaraz za wschodnią granicą Tajlandii, około 450 km od stolica Laosu na południe. Nawet nie tak daleko, bo jedyne 650 km od Bangkoku!
Z Bangkoku z dworca autobusowego Mo Chit. Najpierw autobus do Mukdahan, bilet to koszt około 500 thb. Polecamy firmę ze stoiska 999, autobusy były nowe, czyste, z wejściami usb i uwaga… Z masażerem w siedzeniu! Wow! Tajowie o swoich dbają 😀 I nie dajcie się nabrać na podwójną cenę biletu. Za każdym razem próbują nam wkręcić. Pytajcie o tani bilet za 400 coś batów (si roj bat). Powinno zadziałać.
W Mukdahan nie dajcie się tuktukarzom. Z dworca jest lokalny autobus, który dojeżdża do granicy, czeka na pasażerów, a następnie zawozi na dworzec autobusowy w Savannakhet. Bilet 50 thb. Polecamy!
My z polecenia zawitaliśmy do Sala Thong Yon Guesthouse. I z czystym sercem polecamy tę miejscówkę! Prowadzona przez uroczą i wyluzowaną Laotankę, która przyjmuje gości jak domowników. Kilka bungalowsów pomiędzy tropikalnym, lekko zadbanym, a lekko dzikim buszem. Mnóstwo kwiatów, palm i nieznanych nam liści. W oddali staw. Prawdziwa chilloutowa dżungla w środku miasta! Motylki latają, hamaki się bujają, atmosfera sprzyja relaksowi. Bungalowsy są drewniane, proste i czyste. Z rana można zjeść leniwe śniadanie na tarasie domu właścicielki, wtulając się w wygodny fotel, z kotem na kolanach i filiżanką laotańskiej kawy w ręku. Piękna sprawa. Pokochaliśmy to miejsce 🙂 Cena za noc to 400 thb.
W Savannakhet znajduje się muzeum dinozaurów. Wejście jedynie 50thb. Czy warto? Na pewno jest zabawnie. Trzy sale kości. Muzeum jest bardzo stare, ale ma swój klimat. Kości prawdziwych dinozaurów, znalezionych właśnie w Laosie! Co prawda, na wystawach są repliki, ale w szufladach ogólnodostępnych poukrywane są oryginały. Dlaczego tak? Nie wiadomo 😀 Ponadto, można zajrzeć na zaplecze i podejrzeć prace archeologów. To nieziemsko ciekawe. Choć muzeum samo w sobie jest upiorne i pachnie zgnilizną, panie recepcjonistki pozwalają dotknąć prawdziwego kolana tyranozaura z szuflady. Jest mega ciężkie! Robi wrażenie! Abstrakcyjna i dziwaczna, ale atrakcja!
PS. Kto zauważy niespodziankę na focie? 😉
Tajlandia i blog to były piękne przygody. Ale czas na nowe! :) Spędziłam niemal rok…
Podróżowanie to coś więcej niż wspaniałe przygody, piękne krajobrazy i egzotyczne kultury. Szczególnie, gdy w…
O KURDEEEEE, praca zdalna jest taka zajebista, nic tylko leżeć w hamaku na jakiejś rajskiej…
Maroko. Byłam. Widziałam. Fajno. W listopadzie 2018 spędziłam w Maroko 10 dni - mega intensywne,…
Zazwyczaj to ja odpowiadam na Wasze pytania dotyczące Tajlandii. Dzisiaj to ja Was proszę o…
Czym jest dla Ciebie „prawdziwa Tajlandia”? O, czyżby jakieś obrazy, słowa, dźwięki i zapachy przypływały…