W Tajlandii przez jakiś czas mieszkałam w Bangkoku. Razem z Emilem wynajmowaliśmy mieszkanie u znajomego Polaka. Nad rzeką, wśród bananowców i bujnych, kolorowych kwiatów. Lokalny klimat. To ten sławny dom, o którym tak często i tkliwie wspominamy. Na tym ogromnym tarasie z widokiem na tropikalne rośliny codziennie słuchaliśmy śpiewu ptaków jedząc świeżego arbuza na śniadanie.
Dziadek ma koło 60 lat. Jest emerytowanym wojskowym. Dziadek zawsze chodził bez koszulki. Jego klatkę piersiową zdobyła długa blizna. Pamiątka po operacji serca.
Jego dom stał ścianę ścianę z naszym. Wyobraź sobie typowy tajski dom. Drewniany z blaszanym dachem na krótkich palach. Kable wiją się na zewnątrz, wokół sterczą plastikowe, niebieskie rury. Dom posklecanym dziwacznych materiałów – starych płócien reklamowych, metalowych blach, kolorowych folii ogrodniczych. Na zewnątrz otwarta kuchnia na ganku. Zlew, lodówka, goła żarówka na białym kablu, kilka woków, zielona z butla z gazem pod blatem zbitym z surowych desek. Na półkach poupychane dziwaczne przedmioty, niby zapominane, niepotrzebne, zakurzone, które nadal mają duszę i kiedyś mogą się przydać. Ostrzałka do noża w siatce z 7eleven sprzed dwudziestu lat. Zdezelowany, zardzewiały wiatrak, który działa, gdy kabel jest wykręcony pod dobrym kątem. Pod sufitem wisi kilka klatek dla ptaków, kolorowe lampki, plastikowe dziurawe sitka. Pod domem stoi metalowy wózek na którym wozi się zakupy z głównej drogi uważnie prowadząc urządzenie po wąskiej betonowej dróżce wzdłuż kanału. Znajdzie się też tasak do mięsa lub obcinania zeschniętych liści bananowca. Przy schodach wisi słomkowy kapelusz. Jest swojsko.
Codziennie rano, gdy robiłam śniadanie, zalewając wodą płatki owsiane z dodatkiem oleju kokosowego i świeżych owoców, dziadek smażył ryż z kurczakiem i warzywami. Zawsze machał mi i uśmiechał się szeroko pokazując swoje ostatnie dwa zęby – górne jedynki. Bardzo sympatyczny człowiek.
Przede wszystkim, brał różową miotłę i zamiatał dom, kuchnię oraz obejście. Gdy już zrobił porządki, to zjadał klasyczne tajskie śniadanie – zawsze ryż. Następnie zajmował się swoimi ptakami. Hodował ich kilka.
Tajowie wierzą, że zwracanie wolności, przynosi dobrą karmę. Zwierzęta uwalniane są w trakcie ważnych buddyjskich świąt lub wydarzeń życiowych, takich jak ślub.
Ptaki siedziały w drewnianych, niewielkich klatkach, wiszących na metalowych hakach na lince, która ciągnęła się z dachu domu do słupa elektrycznego. Dziadek wymieniał ptaszkom wodę, z czułością obierał i dokładał papaję, która rosła na drzewku pod domem, sprzątał użyte gazety z dna klatki. Na końcu zawsze przewieszał klatki spod dachu na linkę wśród bananowców, tak by ptaki nacieszyły się słońcem. Czasami siadał na ławce obok i z telefonu puszczał swoim ulubieńcom melodyjnie śpiewające ptaki z youtube i wsłuchiwał się w żywe reakcje swoich podopiecznych.
Kolejnym punktem dnia był trening. Dziadek brał bambusowy kij i zaczynał chodzić po betonowej ścieżce. W tę i z powrotem. Kilkadziesiąt razy po drodze o długości kilkunastu metrów. Gdy tak chodził w kółko z zaciętą miną, nic nie rozpraszało Jego uwagi, chyba, że przechodzień, do którego promiennie się uśmiechał.
Po południu, brał rower i wybierał się na przejażdżkę na lokalny targ. Powolutku, pozdrawiających innych sąsiadów po drodze, podjeżdżał do znajomych stoisk i kupował plastikowe woreczki wypełnione tajskimi specjałami. Po powrocie, razem z żoną, która pracowała na pobliskiej stacji benzynowej, przygotowywał obiad.
Wieczorami, gdy upał lżał a ptaki zapadały w drzemkę, siadał na drewnianej ławeczce obok domu, pod drzewem. Ławka była wyjątkowa. Pamiętam dzień, gdy Dziadek wygrzebał spod domu lub gdzieś z zapomnianych, starych rzeczy, rozwalającą się, brudną i beznadziejną ławkę. Z Emilem patrzyliśmy na ten nowy mebel, nie rozumiejąc jaki to skarb. Dziadkowi zabrał się za odnawianie. Cierpliwie i wytrwale pracował zgarbiony przez kilka dni, klękając w pochyleniu i nieśpiesznie oddając swój czas temu wyjątkowemu przedmiotowi. Wyszlifował, umył, pomalował (notabene w charakterystycznych kolorach – żółtym, zielonym i czerwonym).
I tak, po zachodzie słońca, dziadek siadał na swojej odpicowanej ławce. Najczęściej z innymi członkami rodziny. Najczęściej z wnuczką. I rozmawiał. Godzinami. Nigdy do końca nie rozumieliśmy o czym, ale zdawały się to mądre rozmowy Dziadka z wnuczką o życiu.
Czego nigdy nie zapomnę… Gdy Dziadek odnowił swoją ławeczkę, przy czym swoją pracą i wytrwałością, a także doborem kolorystycznym bardzo nas ujął, pomyśleliśmy, że do dopełnienia klimatu wieczornych wymian mądrości życiowych, brakuje ciepłego światła lampek. My mieliśmy kilka sznurów sławnych okrągłych, bawełnianych lampek (cotton balls), które królują na tajskich targowiskach. Podarowaliśmy Dziadkowi zielone.
Uśmiechnął się i od razu rozwiesił je pod dachem, zaraz nad ławeczką.
Następnego dnia, gdy tylko wstałam z rana i otworzyłam drzwi, na schodach znalazłam drobną, żółciutką i piękną kiść bananów z drzewka obok naszego domu.
Tajlandia i blog to były piękne przygody. Ale czas na nowe! :) Spędziłam niemal rok…
Podróżowanie to coś więcej niż wspaniałe przygody, piękne krajobrazy i egzotyczne kultury. Szczególnie, gdy w…
O KURDEEEEE, praca zdalna jest taka zajebista, nic tylko leżeć w hamaku na jakiejś rajskiej…
Maroko. Byłam. Widziałam. Fajno. W listopadzie 2018 spędziłam w Maroko 10 dni - mega intensywne,…
Zazwyczaj to ja odpowiadam na Wasze pytania dotyczące Tajlandii. Dzisiaj to ja Was proszę o…
Czym jest dla Ciebie „prawdziwa Tajlandia”? O, czyżby jakieś obrazy, słowa, dźwięki i zapachy przypływały…