Jak wygląda dzieciństwo w Tajlandii znam z tego, co zdążyłam zaobserwować przez dwa lata, szczególnie gdy pracowałam na tajskiej wsi. Tam życie wyglądało inaczej niż w Bangkoku. Wiadomo – prowincja. Na pewno napłynęły Ci już do głowy obrazy sielskiego dzieciństwa, które znamy z Polski. Jazda na worku z sianem, ganianie kur, podchody w lesie, budowanie domku na drzewie, łapanie żab i ślimaków do słoików, drużynowe zabawy pod blokiem, bujanie się na trzepakach. Wszyscy to znamy. Tam gdzie miałam okazje dzieci obserwować, wygląda to podobnie jak z naszych wyobrażeń i polskich doświadczeń. Dodajmy tylko palmy i popękanego smartfona.
Bawią się jak oszalałe! Latają po ulicy, jeżdżą na rowerze, psom rysują kolorowe brwi. W co chcą, kiedy chcą i jak chcą. Robią to, co przyjdzie im do głowy, o ile swoim rozbrykaniem nie zwrócą uwagi rozgniewanych rodziców. Nie odniosłam zbytniego wrażenia, że dorośli martwią się. Na dzieci nie zwraca się aż tak uwagi. Mają zająć się sobą same, przez co zmuszone są do nauki samodzielności, szybkiej adaptacji do panujących warunków, ponoszenia konsekwencji za swoje czyny, uważności. Chociaż czasem to aż mrozi krew w żyłach gdy dzieci 8-12 letnie siedzą na dziurawym pomoście przy głębokim kanale, łowią ryby, a potem wsiadają na rower i przejeżdżają przez tory, by zdobycz pokazać mamie.
Z jednej strony, dzieci bogatych rodziców, są rozpuszczone. Kochane, wychuchane, wyciućkane. Wolno im wszystko. W dupie mają nauczyciela. Mamusia pozwala jeść czpisy na lekcji i grać na telefonie podczas odrabiania lekcji, bo to i tak mama pisze w zeszycie i robi zadania domowe, coby swojego słodkiego robaczka nie zmęczyć. Ale to bardzo specyficzna i myślę relatywnie małą grupa dzieci. Rozwarstwienie społeczne jest duże, ale bogatych zawsze jest mniej. Za dobrze tej grupy nie znam, tylko raz uczyłam w szkole prywatnej dla bogatych dzieciaków i szczerze przyznam, że za tym nie przepadałam. Brakowało mi dreszczyku emocji i zaskoczenia kreatywnym sprytem moich wichłaczy z wiejskiej szkoły.
Z drugiej strony w Tajlandii z dziećmi się nie negocjuje. Nie mają własnego zdania. rację ma zawsze nauczyciel, rodzic lub ktoś starszy. Co więcej, mam wrażenie, że starszy ma rację ze względu na swój wiek lub siłę, nie musi tego argumentować. Dziecko ma słuchać i tyle. Nie musi tego rozumieć. Ma być posłuszne.
Widoczne szczególnie w szkole. Słabsze jednostki mają przesrane. Szturchane, wyśmiewane, muszą sobie radzić sprytem lub siłą. W Tajlandii zauważyłam silną skłonność grupy do znęcania się nad tymi, którzy odstają. Hierarchia jest mocno podkreślana. Chociaż te obserwacje dotyczą wszystkich dzieci świata. Jednak mam wrażenie, że w Tajlandii jest to tym bardziej zauważalne. Trochę tak jak zbudowana jest relacja rodzic – dziecko, czy nauczyciel – dziecko, o czym pisałam powyżej, tak samo dzieci traktują się w grupie. Nawet jako nauczyciel mam doświadczenia, że przede wszystkim powinnam być szanowana ze względu na moją siłę fizyczną. Musiałam być po prostu silniejsza. Może wynikać to z kar cielesnych, które są powszechnie stosowane w tajskiej szkole (pomimo zakazu prawa). Posłuszeństwo i konsekwencja, a także autorytet i wiedza, kojarzone są z przede wszystkim z siłą fizyczną (wiwat bambusowy kijek!). Może dlatego tak bardzo zauważyłam przemocowe zarządzanie grupą.
Dzieci w Tajlandii mają obowiązki. Ich placem zabaw często jest knajpa w której pracują rodzice. Nieważne, że otwarta do późnej godziny nocnej. Nie ma to znaczenia, że lekcje trzeba zrobić na kolanie, gdzieś w kącie, albo na ziemi pomiędzy stołami. Nie liczy się to, że mama nie ma czasu, bo od rana smaży ryż dla klientów. Trzeba się sobą umieć zająć, ale co więcej, trzeba się uczyć pomagać. W przyszłości córka czy syn pewnie knajpę odziedziczy.
Jeżeli ktoś był w Tajlandii to na pewno pamięta uliczne, tanie restauracje, które wręcz wyglądały na domowe. Jest kuchnia, stoły i krzesła dla klientów, ale gdzieś w oddali stoi bambusowe łóżko, na szafeczce mały telewizor, może kojec dla maluchów i porozwalane zabawki. Co zrobić z dzieckiem, gdy trzeba zarobić na chleb? Zabiera się je ze sobą.
Nie raz, gdy dzieci jednej z tajskich nauczycielek były chore, zabierała je ze sobą do pracy. Nie miała wyboru. Kaszlące i zasmarkane dzieci siedziały grzecznie na kocyku pod biurkiem mamy, bawiąc się klockami, przekładając papiery, podając zszywacz. Mimo złego samopoczucia, gdy musiały, chodziły z mamą na zajęcia.
Ponadto, kilkuletnie maluchy pomagają w knajpie – przynoszą sztućce, sosy, zabierają brudne naczynia. Nastolatki regularnie pracują w pełnym wymiarze godzinowym. Na wsi w Bananie codziennie spotykałam moją czternastoletnią uczennicę. Zaraz po szkole szła do restauracji. Zamiast uczyć się i odrabiać lekcje, nakładała ryż, podawała dania klientom, myła naczynia. Trzy razy w tygodniu, do 22. Pracowała, by pomóc rodzinie i mieć na własne wydatki. A teraz uwaga, ile zarabiała?
2 zł na godzinę.
Zapowietrzyłeś się?
Nie do uwierzenia, prawda?
Robią zabawki ze śmieci. Niewiele im trzeba, by się czymś zająć, w coś pobawić. W końcu nawet praca w restauracji może być niezłą okazją do rozrywki. Stare opony, bambusowe kijki, parę samolotów z papieru, szklane butelki po coli i już można pobawić się w wojnę, dom czy drużynowe zadania. Tak jak pisałam w poprzedniej części – C jak Cwaniaki – dzieci są mistrzami sprytu i pięknie go wykorzystują na co dzień.
Cieszą małe rzeczy. Ale to chyba wspólne u wszystkich dzieci, dopóki ich potrzeby materialne nie zostaną sztucznie nadmuchane. Jedyne, co bardzo cieszy, a nie jest w zgodzie z wizją prostego, sielskiego dzieciństwa, to telefony komórkowe. Must have. Każdy dzieciak ma tablet albo komórkę. Popękane, brudne, ale działające. Co więcej, rodzice nie bardzo zwracają uwagę jakie treści są oglądane w internecie, czy gry są odpowiednie dla dzieci, z kim młody nawiązuje znajomości. Co nie zmienia faktu, że każde dziecko ma telefon. Bez wyjątku.
Jedyne czego osobiście nie lubię, to tak władczego wychowania dzieci, twardą ręką. Bez negocjacji, dawania miejsca na własną opinię, wspierania w wyborach, które nie zawsze rodzicom się podobają. Ja preferuję zdrowe, partnerskie relacje, które pomagają budować poczucie własnej wartości. Ze względu na kulturę i tradycję, taki model wychowania w Tajlandii to rzadkość.
Można by było sobie pomyśleć: o jakie biedne te dzieci! Nie mają normalnych warunków! To straszne mieć takie dzieciństwo!
Nie zgadzam się z tym.
Dzieci tak na to nie patrzą. Tam realia są inne, ludzie radzą sobie jak mogą. Czasem ograniczają ich pieniądze, czasem niektóre zachowania wynikają z kultury, tradycji czy nawet warunków klimatycznych. Tak jak dorośli Tajowie są pogodni, nie narzekają na warunki swojego życia, z uśmiechem przyjmują to co dostają od życia i nie roztrząsają dlaczego to właśnie oni tak muszą żyć (częściowo wynika to z buddyzmu), tak i dzieci nie zastanawiają się czemu muszą robić lekcje skulone w kącie knajpy. Przecież mama jest obok i gotuje im najpyszniejszy ryż z kurczakiem.
Z drugiej strony można by było odnieść wrażenie, że dzieciństwo w Tajlandii jest prawdziwsze – proste, radosne, beztroskie.
To też nie prawda. Pamiętajmy, że wiele dzieci w mojej szkole na wsi nie miało w domu elektryczności, dostępu do bieżącej wody. W domach często mieszkali na klepiskach. A co z przemocą fizyczną, na którą panuje społeczne przyzwolenie? Co się dzieje za zamkniętymi drzwiami zostaje w domu. Nauczyciel, czy nawet policja, nie mają prawa mieszać się do spraw rodzinnych.
Ja wiem, że to może nie jest większość, a Tajowie na swój los się nie skarżą, dzieci radują się z prostych rzeczy, ale to nie są najlepsze warunki do dorastania, kształcenia się. Zaspokojenie podstawowych potrzeb jest ważniejsze niż jakaś głupia satysfakcja z nauczenia się nowego języka czy świadomy rozwój umiejętności interpersonalnych. Dobrze, że dzieci uczą się ciężkiej pracy, odpowiedzialności i samodzielności, ale mam wrażenie, że nie zawsze jest to w ich interesie. W tym miejscu to szkołą powinna stwarzać równe warunku rozwoju dla każdego, jednak tajski system edukacji ni jest idealny.
Wręcz beznadziejny. Napiszę o tym w kolejnej części: Alfabet tajskości – E jak Edukacja.
Alfabet tajskości:
Tajlandia i blog to były piękne przygody. Ale czas na nowe! :) Spędziłam niemal rok…
Podróżowanie to coś więcej niż wspaniałe przygody, piękne krajobrazy i egzotyczne kultury. Szczególnie, gdy w…
O KURDEEEEE, praca zdalna jest taka zajebista, nic tylko leżeć w hamaku na jakiejś rajskiej…
Maroko. Byłam. Widziałam. Fajno. W listopadzie 2018 spędziłam w Maroko 10 dni - mega intensywne,…
Zazwyczaj to ja odpowiadam na Wasze pytania dotyczące Tajlandii. Dzisiaj to ja Was proszę o…
Czym jest dla Ciebie „prawdziwa Tajlandia”? O, czyżby jakieś obrazy, słowa, dźwięki i zapachy przypływały…