Mieszkałam kiedyś na tajskiej wsi. Z Emilem, przez pół roku, gdy uczyliśmy w publicznej szkole. To była nasza pierwsza praca nauczycielska. Często wspominam ten okres, który z jednej strony był niesamowity, ale… Nigdy bym tego drugi raz w życiu nie zrobiła!
Widok z naszego balkonu na wsi w Tajlandii. Ten zielony budynek to szkoła.
Wiejska stacja benzynowa.
Mieszkaliśmy w Bannie, miejscowości oddalonej o około 120 km na północ od Bangkoku. Ogromne, ruchliwe skrzyżowanie, drogi rozchodziły się na Bangkok, Laos i Kambodżę. Dziennie setki tirów, kurzu, pyłu i hałasu. Klimat bardzo swojski. Wszyscy się znali. Od razu wiadomo było, że dwa białasy uczą w pobliskiej szkole – którą zresztą widzieliśmy z balkonu naszego mieszkania. Dwa 7eleven, jedno małe tesco, kilkanaście knajp. Wszystko zamknięte do 21. Niektórzy Tajowie podejrzliwie wodzili z nami wzrokiem, gdy po ciemku chodziliśmy po wsi. Byliśmy obserwowani. Co ubieramy? Co kupujemy? Ile piw pijemy po pracy? W końcu nauczyciele! A to wiąże się z wysoką pozycją w hierarchii społecznej w Tajlandii. Prestiż jak ta lala.
Mieliśmy swoją ulubioną knajpę – „babcię” – jak zwykliśmy nazywać uliczną garkuchnię z parasolami i plastikowymi, kolorowymi stolikami. Najlepsze Pad Khra Pao (mielona wieprzowina smażona z chili, tajską bazylią i sosem rybnym) jakie w życiu jadłam! Ale jedyna opcja na dogadanie się to były gesty lub pokazywanie obrazków. Siłą rzeczy, gdy palcem wskazywałam na szklankę, a gospodyni krzyczała”aaaa, geu, geu!”, to jakoś samo przez się zapamiętywałam, że szklanka to geu i już.
Kuchnia u Babci.
W Bannie po turystach ani widu ani słychu. Dzięki temu lokalna społeczność traktowała nas nieco inaczej. Trochę czułam się szpiegowana. Piwo staraliśmy się kupować z innych sklepach. W końcu nauczycielom pić nie przystoi. Za każdym razem gdy wychodziłam z domu miałam na uwadze to, by dostosować mój strój (spódnica, spodnie do kolan, zakryte ramiona, zero dekoltu) do norm kulturowych w Tajlandii. Wcale to nie było proste, czasem irytujące, jednak pracowaliśmy nad pokorą. Z drugiej strony, to tam przekonałam się o tajskiej życzliwości. O tym, że za tymi uśmiechami kryją się naprawdę pomocni i dobrzy ludzie.
Wciągnęliśmy się w życie lokalsów, zżyliśmy z nimi. Ze łzami w oczach opuszczaliśmy wieś i naszą szkołę, gdy zostaliśmy zmuszeni przez agencje, która nie wypłaciła nam pensji.
W poniedziałek trafiłam do miejsca, które mi czule przypomniało tajską wieś i emocje, których tam doświadczałam. Niecałe 150 kilometrów od Warszawy, na pograniczy Mazowsza i Podlasia, znajduje się malutka wieś Ołtarze Gołacze. Mieszka tu Pani Krysia, która serdecznie przyjęła mnie i ekipę Cooking Van – Asię, Michała, Adama.
Miejscowość znajduje się nad Bugiem. Próżno szukać tu wielkomiejskich rozrywek. W sumie nie dzieje się tu nic. Zwykła wieś. Nie jest oszałamiająco, nie ma cudów, palmów i atrakcji turystycznych. Polska wieś. Drewniane domy. Kilkadziesiąt osób. Rzeka. Drzewa. Kapliczka.
Tak sobie dzisiaj stanęłam nad Bugiem, wdychałam mroźne powietrze, wiatr wdzierał się pod płaszcz, cisza dzwoniła w uszach. A ja poczułam taki spokój, że aż się uśmiechnęłam.
Pani Krysia w swoim domu przyjmuje gości. Na parterze Jej kuchnia i salon, na piętrze pokoje dla gości. Przypomina mi to tajski guesthouse. Jak tylko wpadliśmy z ekipą, czekał na nas domowy pyszny obiad. Zupa jarzynowa, pieczony kurczak, ziemniaki w mundurkach z ogrodu, ciasto z jabłek. Nic wielkiego, ale ciepło się zrobiło na sercu. Pani Krysia to przesympatyczna kobita z werwą, która uwielbia ludzi i prowadzi jedyną we wsi agroturystykę nad Bugiem. I tak jak ja, czuje ten klimat totalnie. Pamiętam jak razem z Emilem przyjmowaliśmy gości w Bangkoku, którzy przyjeżdżali na jedną noc na twardej ziemi, a zostawali z nami cały tydzień czy miesiąc. Nagle, pomiędzy nieznajomymi nawiązywała się więź, a dobra energia opływała przestrzeń. Lubię to. U Pani Krysi w domu jest tak samo. A wnet bardziej domowo niż w guesthousach w Tajlandii.
Co mnie najbardziej zaskoczyło tutaj, to obwoźna piekarnia. Wiem, że w Tajlandii to standard. Wiadomo, warzywa, owoce, świeże mięso, miotły, dywaniki czy zestawy obiadowe, to w Kraju Uśmiechu klasyka, ale nie myślałam, że w Polsce też coś takiego funkcjonuje. Co się okazuje, wieś jest na tyle mała, że sklep nie ma racji bytu, a jednak chleb każdy chce mieć z rana świeży. Dlatego codziennie wieczorem główną drogą przejeżdża duży transporter, a facet trąbi wniebogłosy. Psy szczekają jak oszalałe, a ludzie już czekają na ulicy na świeże drożdżówki.
Pani Krysia zaprosiła nas, byśmy mogli nagrać pierwszy odcinek programu kulinarno-podróżniczego na kanał youtube Cooking Van. Zostałam zaproszona do współpracy i ciekawością podglądam projekt, który ma ogromny potencjał.
Pomysł jest taki, by drużyna Cooking Vana objeżdżała świat kamperem, kręcąc odcinki na youtube. Program kulinarny, połączony z relacją z podróży. Może vlog? Może widoczki? Może codzienne życie z miejsc które odwiedzają? Pierwszy odcinek, gotowanie w żeliwnym kociołku Pani Krysi, w Jej ogrodzie tuż nad rzeką, już za niedługo oficjalnie w intrnecie. Na pewno dam Wam znać, bo sama jestem zaintrygowana i obserwuje ten projekt. Pierwsza daleka podróż do Rumunii. Ale kto tam wie, gdzie ich poniesie?
Tutaj się wyciszam. W głowie migają mi studia, kampania reklamowa, którą mam do zrobienia w najbliższych miesiącach, książki których nie przeczytałam, telefony których nie wykonałam, maile do odpisania. Jednak ja siadam sobie w naszym vanie, sama, na wygodnej kanapie. Przez okno patrzę na drewniany dom sąsiada i żółknące liście jabłoni. Oddycham.
Jedyne za czym tęsknię na polskiej wsi, to uliczne garkuchnie w Tajlandii… Tam jedzenie jest wszędzie. Jest tanie. Na plastikowych stołkach wśród ruchu aut. Nikogo to nie obchodzi. Dzięki temu codziennie wychodzi się na jedzenie poza dom. W Tajlandii to uwielbiałam. Dzięki tym ulicznym knajpkom, życie społeczne rozwija się w najlepsze. Wspólne spożywanie posiłków zbliża. Nagle okazuje się, że to najlepsza i najprostsza okazja do kontaktu. Ludzie się spotykają, rozmawiają, śmieją. Każdego na to stać, każdy ma na to czas. Zbierasz grupę przyjaciół, rodzinę i wychodzisz z domu. Zamieniasz dwa słowa z sąsiadem obok, razem zjecie zupę, pomachasz do kolegi z pracy, co wciąga makaron na przeciwko. Życie.
Dom Pani Krysi nad Bugiem, ekipa Cooking Van i ten kociołek wypełniony warzywami, to dla mnie namiastka tego nocnego, społecznego życia w Tajlandii, które skupia się na gotowaniu i wspólnym spożywaniu posiłków. Właśnie w tej chwili, pisząc tego posta, nadal siedzę sama w vanie.
Jeżeli macie ochotę odwiedzić Panią Krysię, to zapraszam na Jej stronę na facebooku:
Agroturystyka nad Bugiem u Krysi.
A ekipę Cooking Van możecie śledzić tu:
Tajlandia i blog to były piękne przygody. Ale czas na nowe! :) Spędziłam niemal rok…
Podróżowanie to coś więcej niż wspaniałe przygody, piękne krajobrazy i egzotyczne kultury. Szczególnie, gdy w…
O KURDEEEEE, praca zdalna jest taka zajebista, nic tylko leżeć w hamaku na jakiejś rajskiej…
Maroko. Byłam. Widziałam. Fajno. W listopadzie 2018 spędziłam w Maroko 10 dni - mega intensywne,…
Zazwyczaj to ja odpowiadam na Wasze pytania dotyczące Tajlandii. Dzisiaj to ja Was proszę o…
Czym jest dla Ciebie „prawdziwa Tajlandia”? O, czyżby jakieś obrazy, słowa, dźwięki i zapachy przypływały…
View Comments
1. Racja - u Pani Krysi jest w dechę...
2. Racja - było zimno w nocy...
3. Racja - kociołek jest znakomitym pomysłem na danie dla większej ekipy...
4. Racja - cisza, spokój, Bug, deszcz stukając o dach campera...
5. Racja - nie mam pojęcia jak jest w Tajlandii... jeszcze...
Dzięki za wpis!
Dzięki ZUZA... Fajnie, że byłaś i mogłaś wejść do Cooking Vana i powiedzieć: "Hej, jestem Zuza" ;)