pies na ulicy Bangkoku

Tajlandio, jak ja cię nie cierpię!

Wszyscy rozwodzą się nad tym, jaka to Tajlandia piękna, uśmiechnięta, gorąca i smaczna. A co z ciemnymi stronami Kraju Uśmiechu?

I zaznaczę na wstępie. Ten post będzie napisany z perspektywy białej Europejki. Tekst będzie pełen emocji, generalizacji, bez racjonalizowania i tłumaczenia. Mieszkam tu od dwóch lat i nie sposób na co dzień oddzielić moje uczucia od doświadczenia, pomimo świadomości istnienia i zrozumienia różnić kulturowych. Więc postaw się na moim miejscu i wyobraź sobie, że te problemy dotykają mnie codziennie i muszę sobie z nimi radzić, by móc funkcjonować. Szczególnie w pracy nauczyciela.

Tajlandia mnie wkurza niemiłosiernie.

Fałszywy uśmiech

Przyznam – tak mnie irytują te gadki o tajskim uśmiechu.  Jacy to Tajowie nie są kochani, przyjaźni, zadowoleni i szczęśliwi. A prawda jest taka, że większość ludzi przyjeżdża do Tajlandii na dwa tygodnie, na wakacje. Spotykają Tajów w turystycznych miejscach, szastają zaoszczędzonym hajsem, a potem zachwycają się jacy to Tajowie uśmiechnięci. Hmmm. A co jeśli uśmiechają się, bo wydajesz tutaj pieniążki? A może Tajowie pod tym uśmiechem chowają swoją złość, niewiedzę, wstręt? Rzeczywiście – Tajlandia to Kraina Uśmiechu – ale częściej fałszywego niż szczerego.

Tajska szopka

Skoro fałszywy uśmiech to i „udawactwo”. Tajowie mogliby zostać narodem aktorów światowej sławy. Tajskie gierki mnie mega wkurzają, bo co gorsza – nie mam wyboru! Muszę grać według ich zasad. I staram się, ale czasem aż mnie wzdryga. Przykład z życia wzięty. Nie przepadam za swoją przełożoną w pracy, miałyśmy kilka spięć. Ale gdy mija mnie na korytarzu, to nagle jej twarz rozpromienia uśmiech od ucha do ucha. Naciąga mięśnie twarzoczaszki, przystaje, mruży oczy i energicznie mi macha powtarzając „dzień dobry”. Po co ta udawana sympatia? Nie musimy się lubić, żeby się szanować i razem pracować.  Słodko i sztucznie do porzygu.

Ale tajska szopka ma też inny wymiar. W Tajlandii ważna jest hierarchia społeczna, wykształcenie, prezencja, znajomości. Więc Tajowie w ważnym towarzystwie uwielbiają się chwalić. Na wyrost i irracjonalnie. Zazwyczaj starają się być przy tym zabawnie nonszalanccy.

A ja to znam tego sędziego (krzyczy Taj na pierwszym spotkaniu pokazując prywatne rozmowy w dowodzie). A ja to mam dwa domy i trzy ville na Koh Samui! Mogę sobie z tobą zrobić zdjęcie, ładna białasko? Wstawię na fejsa, to podbiję swoją pozycję i szacuneczek wśród znajomych. UUU. A ja to ostatnio byłem w Ameryce i stać mnie, by moje dzieci jeździły na wymiany zagraniczne. Tak stać mnie, mam dużo pieniędzy, całe góry złota za tą polaną, o tam! Spójrz, tam rozciągają się moje własności, zbuduję tam hotel – największy jaki świat widział. Albo nie. Statek kosmiczny. Rakietę! Zrobimy sobie tego selfiaczka? Postawie ci kawę i jedzenie. Mnóstwo jedzenia. Kupię tyle jedzenia, że go nigdy nie zjesz, zmarnuje się i wrzucimy – coby podkreślić ile mam złota. Jestem taki ważny i bogaty!

Serio?

Nie obchodzi mnie to. Sorry.

Głupie podążanie za wytycznymi

Ach, to bardzo skomplikowana cecha, która ma swoje głębokie korzenie w całokształcie kultury. O Tajach co kochają podążać za schematami, a w gruncie rzeczy tak ich nauczono, bo głupkami łatwiej rządzić – napiszę w przyszłym tygodniu. Jednak dziś o tym za co Tajlandii nie cierpię.

Tajowie uwielbiają wytyczne. Odhaczanie kolejnych punktów sprawia, że ich praca została wykonana dobrze. Schematy. Odtwórczość. Bezrefleksyjność. Skoro robią coś tak jak im się każe, to przecież robią to dobrze. Mimo, że jest to pozbawione sensu.

Bolączka każdego expaty – urząd imigracyjny.

Według wytycznych, każdy nauczyciel ubiegający się o wizę pracowniczą musi mieć przynajmniej dyplom licencjata (bachelor’s degree). Pewnego słonecznego dnia, agencja dzwoni do Emila (magister inżynier) i prosi by przesłał im kopie swojego dyplomu inżyniera. Niestety, urząd imigracyjny twierdził, że do otrzymania pozwolenia na prace magister nie wystarczy, bo w wytycznych wpisany jest licencjat. WHAT?

Co się okazało? Inżynier też oficerów nie zadowala. Bo to nie licencjat. A wytyczne jasno mówią, że ma być LICENCJAT! Rozwiązanie? Przetłumaczyć dyplom Emila raz jeszcze i zastąpić „inżynier” słowem „licencjat”. Absurd nad absurdami.

O. Przykład z dzisiaj. Właśnie przedłużono nam wizy pracownicze. Przyjechaliśmy do imigracyjnego ze stosem dokumentów – zebranych, przygotowanych i wypisanych przez agencje. Na wejściu dostaliśmy „nowe” formularze do wypełnienia. Patrzymy, porównujemy no i kurde – formularze nasze i te „nowe” identyczne. 4 strony tekstu? Po co to przepisywać?

Emil podchodzi do urzędniczki. Pokazuje, że to i tak to samo, po co to wypełniać.

Ale nie, te „nowe” są nowe i mamy wypełnić.

A my uprzejmie pytamy – czym się różnią?

Kobieta sama nie wie, ale skoro kazali wypełniać te nowo drukowane, to mamy wypełnić. Na dodatek jest niemiła, bo co my tu się rządzimy, skoro te „takie same, ale nowe” formularze wdrukowano dziś z rana, więc na pewno nie są takie jak my mamy w dokumentach tylko NOWE, bo w końcu kiedy indziej drukowane. Seems legit.

Upieramy się przy swoim i nalegamy, by dokładnie wskazać czym się różnią, bo sprawdziliśmy wszystko i sorry, ale są takie, kurwa, same.

Niestety. Zdarta płyta. Jest wytyczna? To tak trzeba zrobić. Nawet jak to nie ma krzty sensu, nawet gdy zero w tym logiki, nawet jak takie same, to przełożony powiedział, że nowe są nowe, to nowe mamy wypełnić. Wizy nie przedłużę póki tego uroczego punkcika na mojej liście nie odhaczę. A jeszcze jak sfazuje się Taj siedzący w mundurze, w którym czuje, że ma władzę –  zapomnij o frytkach i rzeczowej rozmowie.

Nie bo nie i spadaj na bambus.

Cholerna utrata twarzy

W codziennym życiu tajska skłonność do nie przyznawania się do błędów czy niewiedzy jest bardzo irytująca. Nie dość, że dogadać się z nimi to koszmar, to i ja nie powinnam okazywać słabości, by nie stracić w ich oczach. Chrzanię to. Wsiadam do taksówki, a facet wiezie mnie przez bezdroża, krąży jak wściekła osa, w końcu wywozi mnie na drugi koniec miasta. O ile łatwiej by było gdyby na początku się przyznał, że nie wie dokąd jechać i skorzystał z GPSa, którego zaproponowałam jako pomoc. I jeszcze taksiarz żąda za taką przejażdżkę pełnej kwoty. Jasne!

Pytam typka na ulicy o drogę. Czy tak trudno wprost powiedzieć, że się nie wie? Zamiast na oślep wskazywać drogę? Ileż razy nadrabiałam kilometry, bo Tajowie nie chcieli stracić twarzy, więc machali rękami w przypadkowym kierunku.

Albo jak mało wiele nie dostałam zęby tylko dlatego, że miałam rację. Pisałam o tej sytuacji w Alfabet tajskości – A jak Agresja. Nie rozumiem, kółeczko się zgubiło czy pękło, sama tej usługi oczekiwałam, więc o co całe halo. Wystarczyło powiedzieć mi wprost, a poszłabym dalej, bez tej awantury.

Słońce to śmierć

Kojarzysz tę grę za czasów dzieciństwa? W Tajlandii można pograć w  „słońce to lawa”. Niesie śmierć i zniszczenie. Nie wolno ani na sekundę wystawić gołej skóry na słońce, bo wtedy się umiera. Należy nosić długie spodnie, rękawy, twarz chronić parasolem lub gazetą, a przynajmniej dłonią. I już sama nie wiem co jest dla Tajów gorsze – upał czy opalanie się. Tak tylko napomknę, że w Tajlandii kupienie kremu, który nie wybiela na Królewnę Śnieżkę, jest wręcz niemożliwe.

Do jakich absurdów doprowadza strach przed słońcem i obsesja na punkcie podkreślania swojej pozycji?

Pracowałam kiedyś na wsi. Na przeciwko szkoły była poczta. Od bramy szkoły do drzwi wejściowych poczty w linii prostej może 100 metrów. Obiekty dzieliła dwupasmowa ulica z pasem zieleni. Nad drogą była kładka. Jednak przejście kładką wymagało wystawienia się na śmiercionośną siłę słońca i użycia dwóch nóg, by pokonać dystans – a jak wiadomo, chodzą tylko głupki i biedaki. No i białasy.

Dlatego nauczyciele z mojej szkoły, by dostać się do poczty, nie ryzykowali przejścia mostem śmierci w otoczeniu rozżarzonej lawy. Odpalali auto, klimę i samochodem nadrabiali z kilometr aż do pasu, który zwracał w stronę poczty. I z powrotem. Najzabawniej było, gdy pewnego dnia tajska nauczycielka spotkała mnie i Emila na poczcie i przecierała oczy ze zdumienia. Nie mogła uwierzyć, że sami, własnonożnie, pokonaliśmy kładkę w ogniu! Oczywiście nie  przyjęła odmowy i do pracy odwiozła nas autem. W klimce.

Ach, to też tak wtrącę. Klimatyzacja to kolejna tajska obsesja. Ustawiona zawsze na minus milion. I nie ważne, że wszyscy siedzą okryci kocami, rozgrzewają zmarznięte ręce nad ogniskiem, a z ust wydobywa się para, która zamienia się w kryształki lodu. Klima to klima! Luksus. A co – stać nas!

SYF

Syf, syf, syf i syf. Wszędzie syf. Walające się plastikowe torebki, styropianowe miski, jednorazowe widelczyki, pety, kubeczki po jogurtach, butelki, worki, opony, beczki, druty, pudełka po jedzeniu. Stosy śmieci pod mostami, przy sklepach, w krzakach i na ulicy. Na dodatek ścieki wypuszczane do rzek, pylące samochody bez przeglądów technicznych, autobusy szkolne wydalające czarny dym z rur wydechowych, zgniłe resztki jedzenia porozrzucane wokół domów. Lepiące się krzesła w restauracjach, brudne sztućce, otłuszczone kuchenki, spalone garnki i patelnie, zakurzone ołtarzyki i meble, poplamiona pościel, niemyte kible, grzyb na ścianach, pleśń na warzywach. SMRÓD.

Nasze różnice potrafią przytłoczyć. Tajska kultura jest czasami totalnie niezrozumiała dla człowieka z Europy. W Azji wszystko stoi na głowie. Moim zdaniem, gdy przyjeżdża się do Tajlandii na wakacje, to odmienność zachwyca. Nie zdąży zmęczyć i zirytować. Jednak gdy człowiek tu mieszka, to każdego dnia napotyka problemy wynikające z różnic kulturowych. One porządkują lub burzą tą wspólną rzeczywistość. Rodzą się konflikty. I czasem gdy emocje się udzielają, to nie sposób się opanować.

Ciągle się łapię na tym, że coś mnie zaskakuje, wkurza lub nie mieści się w głowie. Każdy dzień to pełne skupienie, czujność i nieustająca walka w zauważaniu, rozumieniu i akceptacji tych odmienności.

Czyjś świat nie musi wyglądać tak jak mój. Jeżeli przegrzebię się przez własne schematy, perspektywy i wzorce, to dotknę tej odmienności, może ją pojmę lub po prostu spojrzę na życie pod innym kątem. Sabai sabai!

PS. Urzędu imigracyjnego nigdy nie zrozumiem.

 

Posted in ŻYCIE W TAJLANDII and tagged .