Pewnego dnia poszłam z Emilem do kawiarni. Było wcześnie rano, jakaś 9, w sumie spieszyliśmy się do pracy, ale zachciało nam się dobrej kawy i porządnego śniadania. Niedaleko naszego domu otworzono nowe miejsce B’Chill. Prowadzone przez Tajów, ale z europejskim klimatem. Taka typowa kawiarnia co to na placu Zbawiciela by stać mogła. Jedynie bez wina. I z drewnianymi, twardymi krzesłami (Oh God, why?).
Wchodzimy, siadamy na tych pożalsięboże krzesłach i zamawiamy dwie czarne kawy. Przeglądamy menu, które dostajemy od kelnerki. W oko wpada nam omlet na ryżu. Zamawiamy więc dwa. Pani z uśmiechem przyjęła zamówienie i dopytała czy z warzywami czy z kurczakiem. Czekamy.
A teraz tak się wtrącę. Dlaczego Tajowie mają takie zamiłowanie do niewygodnych, twardych konstrukcji służących do siedzenia? Nie rozumiem tego! Niby te ławki wyglądają stylowo, ale spróbuj wysiedzieć na niej kilka godzin podczas pracy na komputerze! Ale jeszcze większy absurd jest taki, że ta kawiarnia powstała specjalnie dla studentów pobliskiego uniwersytetu. W zamyśle ma być to miejsce spotkań, pogaduszek, wspólnego odrabiania lekcji, dyskusji nad lekturami i pracy przy komputerze. I to nie tylko ta jedna knajpa! No nic, kwadratowa dupa, krzywe kolana, skręcone kręgi i wystające łopatki. Po tym poznasz Taja magistra, co to lubił się uczyć w kawiarni na osiedlu.
No dobra. Mimo tego, że zdążyłaś/eś przeczytać powyższy akapit, ja i Emil nadal siedzimy na tym najtwardszych na świecie krzesłach. I czekamy. Nic się nie dzieje. Była już 9.30, a 30 minut na usmażenie dwóch omletów, to wieczność. Szczególnie w Tajlandii, gdzie przygotowanie grillowanych krewetek, wraz z zupą, duszonymi warzywami i surówką z papai, zajmuje jakieś 5 sekund. W końcu, zniecierpliwieni, podchodzimy do kelnerki i z lekkim wyrzutem pytamy co się dzieje z naszym śniadanie.
A Pani Tajka, uśmiechając się pogodnie powiada:
-Kuchnia czynna od 12.
No ja pier****. Kwintesencja tajskości.
Serio. Nie wiem z czego to wynika, ale takie sytuacje spotykają mnie wręcz codziennie. Może wynika to z tego, że jestem Europejką, więc zakładam, że pewne rzeczy są oczywiste. Tak jak na przykład powiedzenie, że kuchnia jest otwarta od 12, gdy ktoś składa zamówienie na śniadanie o 9. Nie wiem. Może to też wina mojego łamanego tajskiego? Jasne, że czasem wspomogę się angielskim albo pomylę tony. Ale staram się. I zawsze składam zamówienia w języku tajskim. Co więcej, jestem świadoma, że Tajowie otwarcie nie przyznają się do błędu, więc zawsze upewniam się, czy wiadomo o co chodzi!
Byłam kiedyś w kawiarni. Innej, ale tak – krzesła są metalowe i bardzo niewygodne. W Tajlandii, kawa jest w standardzie słodka. Czy to americano czy to espresso. Tam gdzie nie ma turystów, słodka kawa, to po prostu kawa. Jeżeli ma być bez cukru trzeba to jasno zaznaczyć. Co ważniejsze, nie wystarczy powiedzieć „poproszę nie słodką kawę” (kafe maj łan), bo wtedy dostaniemy kawę jedynie mniej słodką niż standardowo. Prawidłowo należy powiedzieć „poproszę kawę bez wkładania cukru” (kafe maj saj natal). Okej.
Podchodzę do okienka i zamawiam napój Bogów. Pytam o espresso. Jest. Okej. Mówię, że chcę bez cukru. I chcę też drugą kawę – cappuccino, ale standardowe. Z cukrem. Jednak dwa zamówienia na raz, tym bardziej tak pomieszane, są skomplikowaną akcją do wykonania. Widzę w oczach faceta, że nie kuma co ja w ogóle chcę zamówić, ale kiwa głową, że wszystko okej. Wiem jak to działa i spoko, rozumiem, więc najczęściej uprzejmie upewniam się, czy wiadomo o co chodzi i powtarzam zamówienie. I uwaga! W kawiarni klientką jest też Tajka, studentka, która dobrze mówi po angielsku. Widząc, że właściciel nie do końca rozumie mój łamany tajski, podchodzi i pyta mnie czego chcę od życia. Espresso bez cukru. Cappuccino z cukrem. I UWAGA! Ta przemiła kobieta, po tajsku (no tyle to rozumiem) prosi faceta o dwie kawy, według mojego zamówienia.
Zgadnij co dostałam.
Oczywiście, że espresso z cukrem i cappuccino bez.
Można rzec, że przypadek i się czepiam. Ale to się zdarza po prostu zbyt często. Na 10 zamówień, z 5 jest problem. Przypadek? Nie sądzę.
O. Kolejny przykład.
Idę do knajpy. Kuchni w domu nie mam. Lubię jeść warzywa, Tajowie nie bardzo. Jestem upierdliwym klientem. Często kupuję warzywa, przynoszę do knajpy i proszę o dołożenie do zupy, makaronu czy ryżu. Po prostu – zamawiam standardowe danie, takie jak jem tam od zawsze, moje ulubione – powiedzmy, że zielone curry i podchodzę do kucharki, podaję kawałek marchewki czy dyni i proszę o dorzucenie do środka. Tłumaczę, że jem warzywa, bo dbam o zdrowie. Zawsze zaznaczam, że zapłacę więcej za fatygę. Co się najczęściej dzieje? Tajowie wyciągają z zupy warzywa, które oni wrzucają, a zamiast tamtych dokładają moje. Jasne, przecież chcę jeść więcej warzyw i po tajsku to tłumaczę, więc najlepiej w ogóle wyjąć mi warzywa z zupy. No dobra. Tutaj akurat się czepiam. Ale tylko trochę.
Jednak najzabawniej jest iść do tajskiej knajpy dużą grupą. Osób cztery lub więcej. Przy składaniu zamówienia, mimo tego, że po tajsku, mimo, że kelner czy kelnerka wszystko zapisują i upewniają się, mimo, że każdy zamawia po kolei i nie miesza w składnikach… Zazwyczaj potrawy i tak przychodzą pochrzanione! Ha! Always. Nagle dwa dania zamiast jednego, jednak z podwójnym chili, czasem zupa zamiast makaronu, czasem kurczak dla wegetarianina. I jak to wytłumaczyć? Nie wiem w czym tkwi szkopuł. Szczególnie, że gdyby ta sama ilość osób zamiast w grupie usiadła przy osobnych stolikach – to wszystko będzie w porządku! Serio!
Sześć osób przy trzech stolikach to luz. Ale sześć osób przy jednym stole, to skomplikowana operacja.
Ja to żartobliwie nazywam błędem systemu, ale tak naprawdę nie mam pojęcia z czego to wynika. Najprawdopodobniej z tego, że przyjechałam tu z Europy, z jakimiś schematami w głowie, które uważam za oczywiste. Mówię łamanym tajskim, który mi się zdaje zajebisty, ale dla Tajów jestem pewnie tak zrozumiała, jak Taj mówiący po polsku byłby dla mnie. No i może czasem po prostu za dużo mieszam! Kto to widział w restauracji by przynosić swoje warzywa, a w kraju gdzie kawa jest słodka, prosić o taką bez cukru!
