Jezu. To pierwsze pytanie, które mi wszyscy ciągle zadają, po dwóch latach spędzonych w Tajlandii. Mam go serdecznie dosyć. Bo co mam odpowiedzieć? Jak zmieścić 24 miesiące doświadczenia i wszystkie moje uczucia w jedno słowo? W zależności od mojego humoru i poziomu zirytowania mam przygotowane trzy zestawy:
„I jak tam po powrocie?” część 1. ZIMNO
Przed Wami premiera drugiego odcinka pod tytułem SPOKO. A już za jakiś czas dowiecie się dlaczego aktualnie jest totalnie chujowo…
Teraz na pewno zastanawiacie się dlaczego było spoko. Jak tylko się wychorowałam, wyryczałam i z pięć razy powstrzymałam od kupienia biletu powrotnego do Tajlandii, było już tylko lepiej. Szczególnie pomogło mi uporządkowanie mojego mieszkania, rozpakowanie ciuchów i opróżnienie kartonów.
Dobra, kłamię. Dwa jeszcze stoją.
Tak czy siak, coś w tym stwierdzeniu jest. Porządek w mieszkaniu pomaga ułożyć myśli w głowie. Bardzo to polecam osobom, które właśnie wracają po dłuższym czasie. Dajcie sobie chwilę na ogarnięcie życia. Zadbajcie o to, by ponownie poczuć się jak w domu. Najgorsze co może być, to poczucie „tymczasowości”. To nie pomaga. Wiem, że ta mistyczna piwnica zawalona pakunkami po sam sufit to jama czystego zła. Też bałam się tam wejść. W towarzystwie zawsze raźniej! Szwagier pomógł mi wnieść katony. Siostra trajkotała o pierdołach, wsuwając moje spalone frytki z batatów, gdy ja sortowałam bambetle. Przyjaciółka dolewała wina.
Rozpakowałam się i poczułam dobrze. Cieszyłam się, że mam znów bliskich dookoła.
O, wiecie jaką miałam mundrą myśl?
Pamiętam, jak rok temu wróciłam z Emilem na miesiąc do Polski. W Tajlandii mieliśmy szkolne wakacje. Zamieszkaliśmy u kumpla Emsa w pustym mieszkaniu. Łóżko, pościel pożyczona od taty, kilka łyżek, noży, czajnik i kubki. Nic więcej. Nic mojego, nic znanego, nic bliskiego. To nie było moje miejsce. Nie miałam ze sobą żadnych ciepłych ciuchów. Miesiąc chodziłam w dresach mojej psiapsi, dwóch parach czarnych rajstop, jednej sukience i kolorowej narzutce.
Przez cały miesiąc czułam się totalnie beznadziejnie. Jak puzzel nie pasujący do układanki. Przecież wróciliśmy na zaledwie kilkadziesiąt dni, więc bez sensu było się przyzwyczajać. Grałam w grę pod tytułem „wróciłam, ale tylko na chwilę”. Przyznam, że miałam już ochotę na trochę spokoju i stabilizacji. A tu znowu na walizkach. Ta „tymczasowość” była mega męcząca.
Zuza, która była w Polsce była mi obca. Patrzyła na nagie drzewa, a w jej sercu była pustka. Czułam się, jakbym nigdy w Tajlandii nie była. Jak w jakimś dziwnym śnie. Cofnęłam się o rok. Znów miałam na sobie czarne ciuchy, czerwoną szminkę. Podróż do Tajlandii nie istniała. Tak było rok temu.
Tym razem wróciłam na poważnie. Koniec z tą fatalną tymczasowością. Wróciłam w całości. Ja, wszystkie moje rzeczy i wspomnienia. Do mojego mieszkania. Miałam na sobie tęczowe ciuchy, muszelki na nadgarstku, nowe tatuaże, kolorowe warkoczyki, magnesy z każdej wyspy. Ten powrót zamknął rozdział tamtej podróży do Tajlandii.
Wychodziłam na ulicę, a Polska mnie pięknie zaskakiwała. Cebulactwo? Buractwo? Co? Gdzie? W ogóle tego nie zauważam i mam nadzieję, że się to nie zmieni. Był październik, pogoda była znośna. Przyszło kilka ciepłych dni. Popylałam sobie po ulicach Warszawy w moich różowych espadrylach kupionych w Bangkoku. Uśmiechałam się szeroko do wszystkich przechodniów. Kogo nie spotkałam, to podkreślał, że bije ode mnie dobra energia. Czułam się jak małe tajskie słoneczko.
Wyobraźcie sobie teraz dziewczynę, która właśnie zdobyła szczyt góry. Dumnie stoi na samym wierzchołku. Wyprostowane plecy, ręce pod bok, wysoko uniesiona głowa. Delikatny wiatr rozwiewa złote pukle poskręcane morskim powietrzem. Na twarz padają ciepłe promienie słońca. Lekko się uśmiecha, zawadiacko podnosząc jeden kącik ust. Spokojnie oddycha pełną piersią. Promienieje dobrą energią. Skupiony wzrok, pełen wiary i determinacji, skanuje horyzont. Jej zielone oczy są pełne życia.
O, właśnie tak się czułam. Gotowa na kolejne wyzwania, pewna siebie, silna. Niezwyciężona.
Czułam wewnętrzny spokój. Serio. Nigdy, ale to jeszcze nigdy nie uświadczyłam takiej harmonii w swoim pojebanych życiu. Wiedziałam, że wszystko jest na swoim miejscu. Oswajałam się z myślą, że cudownie odkryłam istotę siebie. Zaprzyjaźniłam się z nią. To właśnie jestem ja.
Czar prysł jakoś po miesiącu.
Dlaczego? To Tajlandia czy miłość…?
Jest chujowo.
Kolejny odcinek „I jak tam po powrocie – część. 3 „JA PIERDOLĘ ” już za jakiś czas.
Nie chcesz przegapić? Zapraszam na mój fajny fanpage. Zawsze odpisuje na wiadomości i komentarze. Serio. A jak nie wierzysz to sprawdź. Uwielbiam jak ktoś do mnie napisze ? – Jestem Zuza na facebooku.
Tajlandia i blog to były piękne przygody. Ale czas na nowe! :) Spędziłam niemal rok…
Podróżowanie to coś więcej niż wspaniałe przygody, piękne krajobrazy i egzotyczne kultury. Szczególnie, gdy w…
O KURDEEEEE, praca zdalna jest taka zajebista, nic tylko leżeć w hamaku na jakiejś rajskiej…
Maroko. Byłam. Widziałam. Fajno. W listopadzie 2018 spędziłam w Maroko 10 dni - mega intensywne,…
Zazwyczaj to ja odpowiadam na Wasze pytania dotyczące Tajlandii. Dzisiaj to ja Was proszę o…
Czym jest dla Ciebie „prawdziwa Tajlandia”? O, czyżby jakieś obrazy, słowa, dźwięki i zapachy przypływały…
View Comments
Ej, wiem jak się czujesz. Ja do tej pory mam wzloty i upadki. Niby ta Lizbona piękna, niby cieplej i jakoś przyjemniej niż w Polsce, więc powinnam być niby pozytywnie nastawiona. Ale kuuurde, Europa nie jest dla mnie. Nie podoba mi się, że jest taka ułożona i przewidywalna (mimo, że Portugalczycy są pewnie mniej ułożeni od reszty Europy) i że tak mnie nie zaskakuje. Ciągle mam nadzieję, że się jakoś tutaj odnajdę.....
Ojej, dzięki za ten komentarz. Nie tylko ja mam takie dziwne stany - to podnosi na duchu :) Ale jaki masz feeling? Dotrzesz się z Portugalią czy tam Europą, czy jednak w głowie myśl, by do Azji wrócić?
Nie wiem czy się dotre. Póki co ta zima dała mi się we znaki, mimo, że było aż 10 stopni na plusie. 10 lat docierałam się w Londynie, więc nie wiem czy to mi się tutaj uda. Następną zimę postaram się spędzić poza Europą.
Zastanawiam się, co będzie dalej. Tak trzymam kciuki, żeby to spoko już zostało, albo wróciło (jak przypuszczam po kolejnym stanie). Przecież to nie jest rewelacja, ale choć daje się żyć i funkcjonować.