dzewczyna Koh Chang

Alfabet tajskości – F jak Farang

Farang. Osoba białej rasy, obcy.

Tak generalnie nazywa się nas w Tajlandii. Każdy białas na ulicy to z automatu farang.

Kiedy poznałam to określenie? To chyba jedno z pierwszych słów w języku tajskim, którego się nauczyłam. Wystarczyło zwrócić się do taksiarza o pomoc we wskazaniu drogi, a już rozprawiał z kolegami, że „farang” chce gdzieś dojechać.

Szczerze, to na początku za tym słowem nie przepadałam. Kojarzyło mi się z „ciapatym” czy „czarnuchem”. Zabarwione pejoratywnie. Zawsze wypowiedziane lekko kpiąco.  Z drugiej strony innej nazwy na ludzi z zachodu w języku tajskim nie ma.

Status białego człowieka w Azji jest dość… ciekawy. Jak zestawić moje pierwsze wrażenie co do drwiącej postawy Tajów względem białych, z powszechnym stereotypem, że białym w Azji jest łatwiej i lepiej?

Niech żyje Królewna Śnieżka!

Z jednej strony rzeczywiście biała skóra w Tajlandii to istne szaleństwo. Dodaj do tego długie blond włosy i okrągłe, zielone oczy, to otrzymujesz mieszankę idealną. Kremy, żele pod prysznic, pasty wybielające się dostępne masowo. Wręcz ciężko dostać coś innego. Celebrytki na plakatach lśnią śnieżnobiałym połyskiem, zoperowane, okrągłe oczy wpatrują się w przechodniów niebieskimi źrenicami. Kluby fitnessowe często zdobią zdjęcia umięśnionej i pięknej pary prosto z Ameryki. Biały, wykształcony, (najlepiej bogaty) człowiek z Zachodu to pożądana persona.

Kult białego pewnie łączy się z okresem kolonizacji. Chociaż Tajlandia nie została zagrabiona, to została otoczona przez Brytyjczyków, Francuzów i Amerykanów. Ściśle współpracowała z zachodnimi rządami.

Tak na marginesie, strasznie mnie wkurzają Polacy, którzy siedzą sobie w ciepłej i taniej Tajlandii, są świadomi jak bardzo ten durny odcień skóry wpływa na naszą sprawę tutaj, a porównują to z sytuacją imigrantów w Polsce. „Co ten Hindus czy Czarny tak marudzi, że niby dyskryminacja, że niby piętnowani na ulicy, że niby im grożą! Jak mu się nie podoba to niech wyjeżdża z Polszy! Wypad! Mi się nie podobało to teraz mieszkam w Tajlandii, a tu też jestem taki biedny, bo przecież mówią na mnie farang i to takie straszne, że muszę mieć wizę, olaboga, no chyba mam gorzej niż ci kolorowi w Polsce.”

Tak, w Tajlandii też jest rasizm, choć białych to nie dotyczy. Na widok osób czarnoskórych część Tajów przewróci oczami, a część od razu zrezygnuje z ich zatrudnienia czy obsługi. No cóż. Rasizm zatruwa serca i omamia umysły.

Biały? Krawacik? Ładne buty? Idealny nauczyciel!

W pracy nauczyciela… Wizerunek jest ważniejszy od kompetencji. Jeżeli jesteś ładnym białasem z szerokim uśmiechem i szytą na miarę koszulą, to umiejętności schodzą na daleki, drugi plan.

Ma to drugą stronę, bo tak naprawdę nauczyciele farangi w większości zatrudniani są w szkołach jako maskotki. Rzeczywiście, są szkoły prywatne o całkiem niezłym poziomie, w których taka praktyka jest połączona z kwalifikacjami, ale w gruncie rzeczy, biały nauczyciel ma zachwycać uczniów, rodziców i dyrekcje. Ładnie się prezentować na zdjęciach i przed szkolną bramą.

„To takie niesprawiedliwie, że ona urodziła się z blond włosami!”

To zdanie usłyszałam kiedyś od mojej uczennicy. Oczywiście nie wprost. Za dużo rozumiem już tajskiego i ku jej zdziwieniu, gdy z rozżaleniem zwróciła się do koleżanki, odwróciłam się i zaskoczona spojrzałam jej prosto w oczy.

A ja chciałabym mieć taki odcień skóry jak Ty – odpowiedziałam. – Wiesz ile godzin muszę leżeć plackiem na słońcu, by opalić się i wyglądać jak Ty?

Koh Rong

Proszę bardzo – leżę plackiem w Kambodży, aż miło!

Oczywiście nie spotkało się to ze zrozumieniem. Dzieci z uporem maniaka przesuwały moje bransoletki, które przykrywały mój nadgarstek. Pod sznurkami skóra była zupełnie blada. Nieważne, że całe moje ciało jest już opalone na miodowy, brązowy odcień, który zresztą jest wręcz identyczny jak ich kolor skóry. Nie. Biały zachwycał.

Zdarzało się, że sprzedawcy w sklepie, obsługa restauracji, taksiarze, kierowcy autobusów, komplementowali moją egzotyczną urodę. Dziewczyny pracujące w 7eleven dotykały mojej skóry i wzdychały, że chcą taką samą. Panie pracujące w urzędzie imigracyjnym myśląc, że nie rozumiem tajskiego, rozprawiały o moich blond włosach na przedramionach. W końcu, wprawiając je w totalną konsternację, zażartowałam, że pofarbuję je na różowo.

Jesteśmy jacy jesteśmy, czasem podobni, czasem zupełnie inni. I tak jest fajnie.
black and white

W trakcie szkolnego konkursu. Zadaniem dzieci było zrobić zdjęcie czemuś biało-czarnemu.

Wiesz, że według mojego mózgu tajskie oczy wcale nie są skośne? Nie wiem kiedy się to stało, ale przestałam widzieć ich twarze jako typowo azjatyckie. Nie myślę o Tajach w tej kategorii. Widzę po prostu twarze. I wcale nie są identyczne. Trudno mi to wytłumaczyć, ale mam wrażenie, że tak długo z nimi mieszkałam, obcowałam, patrzyłam, rozmawiałam, że w mojej głowie coś przeskoczyło. Skośne oczy to po prostu oczy.

Jak na farangów reagują Tajowie?

Wróćmy do tematu, bo trochę popłynęłam.

Z jednej strony cała kulturą zachodu jakoś im imponuje. Lubią to, że jesteśmy wykształceni i zostawiamy tam pieniądze. Podglądają nasze rozwiązania, pomysły, czasami kreatywne obchodzenie zasad, luz w zachowaniu i po prostu odmienność.

Nawet jeżeli robię dla nich coś dziwnego i nie do przyjęcia w szkolnej etykiecie (np. dłuższe włosy u mężczyzny związane w kitkę), to skoro robi to farang, to może jednak to coś fajnego. Jeżeli ta praktyka nie odnosi się do podstaw kultury, nie kłóci się z buddyzmem, nie narusza twardych wzorców, to można wypróbować, mimo iż to jakieś dziwactwo i gdyby Taj spróbował taką innowację w wyglądzie wprowadzić, to zostałby wyśmiany.

Z drugiej strony Tajowie, szczególnie nauczyciele w szkole, nie przepadają za naszą europejską kreatywnością w obchodzeniu zasad. Publiczna szkoła wymaga, bym jako kobieta nosiła spódnicę za kolano, białą bluzeczkę zakrywającą ramiona oraz pełne buty. Takie wskazówki dostałam w wytycznych. Do pracy chodziłam w espadrylach (czasem w czarnych, czasem w kaktusy). Niby kolory stonowane, niby  buty pełne, a jednak trochę nieformalne. Jednak według wytycznych buty miały po prostu zakrywać palce, nikt nie zabronił mi nosić butów w których podeszwa oklejona jest sznurkiem. No i co zrobić z takim farangiem, co stosuje się o zasad, a je jednak nagina?

Z drugiej strony nic dziwnego, że patrzą na ludzi z zachodu czasem krzywo, bo nie brakuje farangów co wpadają do szkoły i od razu lecą do dyrektora tłumacząc świat „bo u nas w Europie robi się tak i tak jest lepiej”. Były sprawy, na które się nie godziłam (przemoc wobec dzieci), jednak nie jestem tam zatrudniona na misji, by naprawiać ich system edukacji. Nic dziwnego, że Tajowie na takie akcje reagują skwaśniałą miną.

EXPACI

Farangi mieszkające (ciekawe słowo, które można różnorako odmieniać) w Tajlandii dłużej, którzy pracują (które pracują?) i mówią po tajsku są traktowani inaczej. Wiadomo, ze znają realia i nie naciągnie się ich tak łatwo. Mam wrażenie, że Tajowie pracujący w przemyśle turystycznym, wręcz nas nie lubią, szczególnie gdy mówimy po tajsku, bo to odbiera im możliwość wyższego zarobku. My znamy tajskie ceny i nie damy sobie wcisnąć kitu. Co nie zmienia faktu ze niektórzy i tak próbują, i zadają sobie wiele trudu, by wkręcić w jakiś nieopłacalny biznes (taksiarze i taksometr to klasyka). To mnie bardzo irytowało. Pisałam o tym w poście C jak Cwaniaki.

Klasyczne farangi na Khao San – backpackerskiej ulicy w Bangkoku.

TURYŚCI

Odrębna kategorie farangów stanowią turyści.

Turyści są super. Wydaja mnóstwo hajsu i są zachwyceni, a po wszystkim wracają do siebie do kraju. Wcale nie twierdzę tutaj, ze Tajowie wszystko robią dla pieniędzy, są życzliwi, ale wiadomo… Łatwiej negocjować z człowiekiem który jest tutaj dopiero dwa dni i jeszcze nie wciągnął się w lokalne zwyczaje i nie wie czego się tak do końca spodziewać.

Z drugiej strony za turystami się milcząco nie przepada. To dotyczy nie tylko Tajów. Ja także po jakiś czasie zaczęłam to rozumieć i identyfikować się z expatami, a nie turystami. Dokładnie wiem dlaczego białasy na wakacjach tak wkurzają.

W metrze wpychają się w kolejkę, chociaż jak byk na ziemi namalowane są ogromne żółte znaki, które regulują ruch na peronie. Do sklepów wchodzą bez koszulek lub w samym bikini, bo przecież jest gorąco, a oni maja wakacje i wszystko w dupie. Do świątyń wbijają się w klapkach i brudzą nie wiedząc, ze przed wejściem do świętych obiektów, a nawet tajskich domów i sklepów, buty często się zdejmuje. Zdaje mi się, że Tajowie często traktują grupy turystów jak takie głupie owieczki, co to je trzeba poprowadzić żeby sobie krzywdy nie zrobiły, bo nie mają zielonego pojęcia ja ten świat działa.

I nie raz farang może spojrzeć na Taja z góry, bo to białas wydaje właśnie 200 zeta na alkohol (podróba jak elo) i myśli, że jest zajebisty, a ta biedna kobieta za ladą pewnie nawet nie zna angielskiego i nigdy takiej dobrej whisky nie piła. A taka sklepowa wzdycha sobie, cynicznie uśmiecha się pod nosem, beznamiętnie przelicza grube pliki banknotów i dokładnie wie swoje. Z uśmiechem macha na pożegnanie. Może jutro ten durny farang znów przyjdzie po butelkę.

Często spotykały mnie sytuacje, ze białasi myśleli że są mądrzejsi, a nawet nie byli świadomi, jak Tajowie ich na coś rolują, czarują albo i tak robią swoje pozornie się uśmiechając. Tajowie są cwani. Uwielbiam ten ich życzliwy spryt. Bo często i ja wiedziałam o co chodzi i Taj wiedział o co chodzi, a farang myślał, że chodzi o coś zupełnie innego.

I to milczące zrozumienie było niesamowite. Nagle odnosiłam wrażenie, że należę do tamtego świata, a Taj który stoi przede mną jest mi bliższy, niż farang obok.

Alfabet tajskości:

A jak Agresja

B jak Błąd systemu

C jak Cwaniaki

D jak Dzieci

E jak Edukacja


ps. Na focie głównej wyglądam jak klasyczna Farnaga na wakacjach, co nie? 😀

Posted in ŻYCIE W TAJLANDII and tagged .