Kiedy ktoś pyta mnie: jacy są Tajowie? Odpowiadam: życzliwi, zamknięci i właśnie sprytni. Spryt w Tajlandii jest bardzo ważny. Ale to nic dziwnego w kraju, gdzie zarobki są niewielkie, a społeczeństwo cechuje duże rozwarstwienie i mocny podział na biednych i bogatych. Ponadto, w Tajlandii podatki nie są wysokie, ale co za tym idzie – polityka społeczna okrojona. Rząd gwarantuje pomoc jedynie nielicznym. Reszta radzi sobie sama. Czy wiesz, że edukacja w Tajlandii jest płatna? Co prawda, publiczne szkoły nie są drogie. Nasza kosztuje koło 300 złotych za semestr za samą szkołę – plus mundurek, książki i wyposażenie, ale już za wykształcenie wyższe trzeba słono zapłacić. Ponadto, w Tajlandii nie ma zagwarantowanych emerytur dla wszystkich. Z tego co mi wiadomo dostają je jedynie urzędnicy państwowi. Nie ma lekko.
Tajowie jak tylko wyniuchają okazję na lepszy zarobek, to dadzą sobie szansę, nawet irracjonalną. Przykład z życia. Mówię po tajsku, nieźle znam Bangkok i etykietę taksówkarską. Czy muszę wspominać, że jeżdżę wyłącznie na taksometrze? Gdy taksiarz w miejscu turystycznym kręci nosem, to okej, ucinam dyskusje, zamykam drzwi i idę szukać dalej. Maks 5 minut i zawsze znajdzie się taksometr. I uwaga! W takiej sytuacji objawia się tajski spryt w wydaniu: no serio!?
Podchodzę pewnym krokiem i przez okno zagaduję taksiarza. Po tajsku mówię dokąd chcę jechać, podaję nazwę dystryktu lub numer ulicy (soi). Robię to bez wahania, bije ode mnie „mieszkam tutaj i kumam jak to działa”, już znam wszystkie sztuczki i nie dam się nabrać. To jest nieważne. Bardzo często taksiarz widząc moją białą twarz i tak spróbuje wynegocjować ze mną podwójny hajs za przejazd lub zacznie ściemniać, że po 22 taksometry już nie działają.
Takie zachowanie zazwyczaj budzi mój uśmiech. Szczerzę zęby, zamykam drzwi i szukam kolejnej taksówki. A taksiarzowi życzę, by znalazł się jakiś nawiniak.
Typ numer dwa. W stylu: ojej, nie zauważyłem. Pewnego dnia jechałam z Emilem na wyspę Koh Chang. Wysiedliśmy na jednym z dworców autobusowych, mieliśmy dosłownie sekundową przesiadkę z autokaru do vana. Niestety miałam jedynie tysiąc batów i kierowca nie miał jak mi wydać. Na szybciocha wysiadłam z vana, podbiegłam do innego kierowcy i poprosiłam o rozmianę. Wszystko w totalnym pośpiechu. Taj uśmiechnął się i z kieszeni wyjął plik banknotów o nominale 100. Chwyciłam je i pobiegłam do vana. Jednak coś mnie tknęło i biegnąc przeliczyłam papierki. Okazało się, że dostałam ich 8 a nie 10. Pędem zawróciłam i jak tylko spojrzałam na Taja, od razu wyjął z kieszeni jeszcze 200 batów i podał mi je uśmiechając się głupkowato. Przynajmniej próbował. Takie sytuacje mnie w sumie bawią. Idealne wykorzystanie sytuacji, by zrobić faranga (białasa) na dwie dyszki.
Kolejny wymiar. Za tą odmianą sprytu nie przepadam. Nie lubię tego, ze względu na to, że czuje się traktowana jak człowiek drugiej kategorii. Nie przepadam za podkreślaniem podziału między „nasi” i „obcy” i wykorzystywaniu tego. Jestem gościem w ich kraju, ale przecież staram się dostosowywać. Uczę się tajskiego, ubieram się tak by nie naruszać konwenansów, poznaję kulturę i jestem sympatyczna. Ale bez przesady – jako białaska nie jestem chodzącym workiem z hajsem. I nie jestem gorsza od Tajów.
Takie sytuacje spotykają mnie codziennie. Jeden przykład. Poszłam na lokalny targ, na którym nie widać turystów, po warzywa i owoce. Podeszłam do Taja i poprosiłam o paczki z owocami. Jak zwykle w języku tajskim. Ananas, arbuz i papaja. Sprzedawca zażyczył sobie 60 thb. Jasne, że to super mało, chociaż jestem świadoma, że na takich nieturystycznych targach ceny są jeszcze niższe.
Jednocześnie do stoiska podeszła młoda Tajka. Kupiła dokładnie to samo. Od Niej sprzedawca poprosił połowę pieniędzy. Głupia nie jestem, tyle po tajsku zrozumiałam. Spojrzałam na sprzedawcę i ponowie zapytałam ile mam zapłacić. 60 thb. Trochę bezczelne. Ale w tym miejscu szacuneczek należy się młodej Tajce, która oburzyła się na tę praktykę i stanęła w mojej obronie. Wprost zapytała, dlaczego ja płacę 60 a ona 30. I ups. Sprzedawca złapał zonka, stracił twarz i nijak nie mógł na to odpowiedzieć.
Wzruszyłam ramionami i podałam 60 thb. Nie zbiednieję. Ale Taj niespodziewanie podał mi dodatkowe dwa woreczki ze smoczym owocem. Gratis, gratis – powtarzał. Młoda Tajka uśmiechnęła się pod nosem, zwróciła na mnie wzrok i pięknym angielskim dodała: spróbuj dragon fruita, jest bardzo smaczny.
Bardzo ich lubię. Świetni marketingowcy, coby sprzedali piasek na pustyni. Zawsze robią to w zawadiacki sposób, z szerokim uśmiechem, są błyskotliwi. Pięknie zachwalają swoje produkty i usługi, ale robią to w taki sposób, że przebijają się przez mur sceptycyzmu. Sprawiają, że im wierzę, a przy okazji są bardzo sympatyczni! Pamiętam jak kiedyś szłam Chatuchakiem (weekendowy ogromny market). Na ziemi siedział młody chłopak, którego mijałam kilka razy. Skręcał proste bransoletki z kolorowych sznureczków. Wychwycił mnie w tłumie, zakodował, że mam na nadgarstkach mnóstwo bransoletek i szybko złapał mój wzrok. Jak tylko na mnie spojrzał, uśmiechnął się i wskazał na moje ręce.
Capnął mnie. Podeszłam. Rozpoczął przemiłą pogawędkę. Zapytał mnie o ulubione kolory, na miejscu bez pytania skręcił mi bransoletkę. No dobra, już nie bardzo miałam wybór, więc szczerząc zęby mówię, że luz, no wezmę, co mam nie wziąć. Chłopak wyczuł bluesa. Od razu do pierwszej bransoletki dodał dwie kolejne, wszystkie skręcił w większość całość i na szybko zawiązał mi na ręku, tłumacząc jak pięknie wyglądają i jak świetnie pasują do moich oczu. Ach. No cóż. Kupiłam i zapłaciłam potrójnie.
Budzi mój podziw. Wszystko jest na patencie. Czasami ma się wrażenie, że te misternie zbudowane konstrukcje upadną, gdy tylko się na nie dmuchnie. Stare butelki, powykrzywiane druty, zużyte opony, źle docięte deski, kartony po piwie. Każdy element potrzebny. Niektóre stanowią podstawę, niektóre zdobią. Jedynie całość trzyma się kupy, choć wygląda licho. Ale nie. Nawet mocny wiatr porty deszczowej nie jest w stanie ich zdmuchnąć. Zachwycił mnie pomysł stoisk na kółkach na targowisku Maeklong Trainmarket, przez które przejeżdża pociąg. Pyk, za jednym dotknięciem wszystkie towary przesunięte, a pociąg spokojnie się mieści. Piękna sprawa.
Uwielbiam też przyglądać się ulicznym sprzedawcom. Czasem nie mogę nadziwić się, że wpadli na taki pomysł. Zabawki z piłeczek pingpongowych, głośniki z bambusa, auta ze starych puszek, torebki splecione z plastiku.
O! Albo świetny przykład kreatywnego, pragmatycznego cwaniactwa, według mnie. Szeroka, czteropasmowa droga, przedzielona pasem zieli ni rowem. Dla mieszkańców, to prawdziwe utrapienie, szczególnie tych na skuterach. Muszą jeździć i nadrabiać kilometry do dużych skrzyżować. Po co? Można położyć wąską deseczkę nad rowem i pewnie trzymając kierownicę przejechać na drugą stronę. Dzięki temu droga jest krótsza, życie przyjemniejsze, a i światła zostają ominięte.
Jeszce jedna sytuacja ze szkoły. Studenciaki. To są dopiero aparaty. Sprawdzałam kiedyś zadania domowe w zeszycie. Miałam kilku takich cwanych, co się przemęczać nie chcieli. Brali zeszyty od kujonów i najpierw próbowali wcisnąć mi taki zeszyt. Czerwony znaczek na stronie i inne nazwisko ich zdradzało. Co robili? Nie poddawali się! Zamazywali korektorem imię kolegi i wpisywali własne. Niestety ponownie odrzucałam pracę – mój czerwony znaczek nakreślony po sprawdzeniu nadal ich demaskował. Dlatego klasowi spryciarze podejmowali ostatnią próbę. Wybielali mój czerwony długopis, a następnie podając mi zeszyt palcami zasłaniali to miejsce.
Ich upór mnie zawsze rozbawiał do łez. Dobre oceny dawałam tylko tym, którym udało się mnie omamić i już zaliczyłam zadanie, a dopiero potem zorientowałam się, że dałam się nabrać.
Tajlandia i blog to były piękne przygody. Ale czas na nowe! :) Spędziłam niemal rok…
Podróżowanie to coś więcej niż wspaniałe przygody, piękne krajobrazy i egzotyczne kultury. Szczególnie, gdy w…
O KURDEEEEE, praca zdalna jest taka zajebista, nic tylko leżeć w hamaku na jakiejś rajskiej…
Maroko. Byłam. Widziałam. Fajno. W listopadzie 2018 spędziłam w Maroko 10 dni - mega intensywne,…
Zazwyczaj to ja odpowiadam na Wasze pytania dotyczące Tajlandii. Dzisiaj to ja Was proszę o…
Czym jest dla Ciebie „prawdziwa Tajlandia”? O, czyżby jakieś obrazy, słowa, dźwięki i zapachy przypływały…