Kryminalne zagadki Bangkoku, część 3.

Ostatnie 4 tygodnie były po-sra-ne.

Korzystając z wakacji w tajskiej szkole cały październik spędziliśmy w Polsce. Jednak o tym napiszemy kiedy indziej. W tym poście chcielibyśmy wytłumaczyć Wam całą sytuacje i problemy z Agencją i co działo się, przez ostatnie tygodnie, po naszym powrocie do Tajlandii.

Chcesz dowiedzieć się o co chodzi? Przeczytaj poprzednie części!

Kryminalne zagadki Bangkoku, część 1 (1.11-9.11.2016).

Kryminalne zagadki Bangkoku, część 2 (10.11.2016).

Część 3 (11.11-23.11.2016).

Zniszczyli nas.

Zdewastowani wróciliśmy do domu na wieś.  Wzięliśmy wolne na żądanie i kupiliśmy dwie butelki wina by się oszołomić.

Traf chciał, gdy byłam dopiero po jednej szklance kojącego napoju, niespodziewanie zadzwonił prawnik, z który rozmawialiśmy kilka dni temu.

How was the meeting? – zapytał.

It was shit – odpowiedziałam bezpośrednio i jednoznacznie.

Bo spotkanie z Agencją przebiegło wręcz bardzo ch*****. Prawnik zaproponował by omówić co się wydarzyło następnego dnia. Poprosiłam Go, by zadzwonił później, bo musimy ochłonąć.

Agencja miała w ciągu kilku dni, wraz z ich prawnikiem, przygotować oświadczenie oczyszczające ich z zarzutów i stwierdzające, że to my kłamaliśmy i zniesławiliśmy ich dobre imię. Po podpisaniu papierka mieliśmy grzecznie wrócić do pracy i dostać kilka marnych groszy z kwoty naszych należności.

Pijana siedziałam na łóżku, bujałam się na krawędzi. Zastanawiałam się co teraz. Byliśmy zmuszeni mimo wszystko dopełnić kontraktu i uczyć dla Agencji przez kolejnych 5 miesięcy. Może nie ma się co zastanawiać, zwijać manatki i wracać do kraju? Albo przynajmniej wyjechać za granicę? Laos też jest piękny. Może tam pouczymy angielskiego? A może lepiej zamknąć dziób i przemęczyć się tych kilka miesięcy, odrobić chociaż część pieniędzy, a potem przeprowadzić się na drugi koniec Tajlandii i na nowo ułożyć życie?

Biliśmy się z myślami. Włączyła się nam paranoja, że nie jesteśmy u siebie w kraju, że nam coś zrobią, że anulują dokumenty, że deportują, że pozwą.

Jednak, wśród wszystkich myśli kołaczących się w naszych głowach, jedna zdawała się być oczywista. Gdy pierwsze emocje opadły, zgodnie stwierdziliśmy – nie ma opcji, że podpiszemy oświadczenie oczyszczające Agencje. NIE MA OPCJI. Zostaliśmy  wykorzystani, oszukani, sponiewierani. Na razie stawką w grze były jedynie pieniądze. W naszym odczuciu pieniądze zostały zepchnięte na drugi plan, chodziło o honor. Dla paru groszy nie warto zaprzedać duszy diabłu.

Wspólnie podjęliśmy decyzje, że i tak nie ma nic do stracenia. Musimy spotkać się z prawnikiem dla własnego spokoju ducha. Porada prawna ukoi nasze nerwy. Dowiemy się co możemy zrobić, czy coś nam realnie grozi.

I tak 11.11, w Święto Niepodległości, wstaliśmy z kolan. Krawat, sukienka, teczka dokumentów. Od rana czekaliśmy na prawnika w kawiarni w centrum Bangkoku. Zestresowana miętoliłam palce i kręciłam z włosów kołtuny.

Zadzwonił telefon i usłyszałam śpiewny brytyjski akcent. Już jest. Emil został przy stoliku, a ja poszłam po prawnika. Gdy Go zobaczyłam, a raczej gdy Ich zobaczyłam, aż mi się gęba uśmiechnęła. Taj z krwi i kości. A w sumie jeden Taj i dwie Tajki. Okazało się, że mamy spotkanie nie z jednym, a z trzema prawnikami! Prokuratorski szwadron podążył za mną do kawiarni. Gdy Emil ich ujrzał, jego oczy zaświeciły się jak pięć złotych. Dzisiaj mówi, że gdy tylko zobaczył mnie na czele grupy tych profesjonalnych prawników, którzy pewnym krokiem przecinają pasaże centrum handlowego, to od razu wiedział, że nasza walka nie jest skończona.

Usiedliśmy do stołu.

Pierwsze co usłyszeliśmy z ust prawnika to zdecydowane i bezkompromisowe:

We sue them! – Pozywamy ich!

CO? Do sądu? Do sądy pracy? Do sądu pracy w Tajlandii ?!

Ja z początku byłam bardzo nieufna i wystraszona. Po co rozgrzebywać sprawę, lepiej ją zamknąć i ruszyć do przodu. A co z korupcją? Co z niejednoznacznym tajskim prawem? Co z kosztami sądowymi? A co z beznadziejnym kontraktem? Co z imigracyjnym? Co z raportem policyjnym? Po co ładować się w to bagno?

Prawnik wyczuł mój strach i od razu zweryfikował swoją bojową postawę. Zwolnił tempo i zaczął objaśniać nam prawo pracy w Tajlandii, jak działają sądy i jak ma się nasza sprawa w świetle zaistniałych wydarzeń, kontraktów i aktów prawnych. Przeglądał dokumenty, wyjaśniał wszelkie szczegóły i odpowiadał na miliony moich pytań. Trwało to ponad dwie godziny. Raz po raz spoglądałam na Emila, który już wiedział i ze spokojem patrzył w moje oczy. Czekał, aż nabiorę odwagi. W końcu udało się mnie przekonać, by prawnik najpierw zadzwonił do naszej Szefowej w szkole Adzian A., a dopiero potem do ówczesnej Agentki.

Wziął telefon do ręki, a ja zapowietrzyłam się w przypływie ostatecznych wątpliwości.

Spojrzał na mnie z miażdżącą pewnością siebie i łagodnym głosem powiedział: Suzy, stay strong.

Poszła lawina.

Rozmowa przebiegła ciekawie. Prawnik na początku przedstawił się jako nasz tajski przyjaciel, który rozmawia w naszym imieniu, ponieważ nie do końca rozumiemy sprawę. Agentka się wściekła i weszła na wysoki ton, ochrzaniając naszego „przyjaciela”. Wtedy prawnik podkręcił rozmowę i przedstawił się, kim naprawdę jest. UPS. Tego się nie spodziewali.

Tak, tak, oczywiście, przyjrzymy się sprawie ponownie i przemyślimy – niespodziewania zmiana frontu.

W poniedziałek, 14.11, jak gdyby nigdy nic poszliśmy do pracy. Nic specjalnego się nie wydarzyło. Po kontrolnym telefonie prawnika Agencja nie odzywała się. Nasza Szefowa także nie komentowała rozmowy. Okej, przynajmniej trochę spokoju.

Ale, ale, ale!

Wybiła 16, skończyliśmy pracę i spakowaliśmy bambetle. Wtem, jeden z tajskich nauczycieli prosi nas, byśmy zeszli do pokoju konferencyjnego. No spoko. W szkole zdarzają się jakieś spotkania, rady pedagogiczne i inne bzdety. Wyluzowani wchodzimy do sali i jakby ktoś nas oblał wiadrem lodowatej wody! Kawka, herbatka, ciasteczka, Szefowa Departamentu, Wicedyrektor, tajska nauczycielka, Szef Agencji, Agentka i księgowo-sekretarka. Gwiazdorska obsada!

Jednak tym razem, pełni spokoju, siadamy do stołu. Szefuncio spocony, Agentka niczym przestraszona łania, jedynie Laleczka wyglądała na poirytowaną. Z gracją siorbała kawkę rzucając nam nienawistne spojrzenia. Takie spotkanie niespodzianka było zastanawiające. Czyżby Agencja cykała?

Tym razem obecna była nasza Szefowa, która starała się nam pomóc jak tylko mogła. Wychwytywała wszelkie niespójności i zadawała niewygodne pytania. Podnieśliśmy się po ostatniej przegranej bitwie. Właśnie toczyliśmy kolejną, a przed nami cała wojna. Jednak nie pozwoliliśmy, by pewność siebie uderzyła nam do głowy. Siedzieliśmy wyprostowani, ze spuszczonymi głowami, raz po raz popijając wodę. Słuchaliśmy, bez rzucania się. Agencja zaproponowała trochę więcej pieniędzy w zamian za podpisanie ich oczyszczających papierów. Szef tłumaczyła się, że najbardziej zależy mu na szkole, która nie chce mieć problemu.

Musimy skontaktować się z prawnikiem.

Przyjmujecie układ?

Musimy skontaktować się z prawnikiem.

Chcecie więcej pieniędzy?!

Musimy skontaktować się z prawnikiem.

Zwalniam was!

Musimy skontaktować się z prawnikiem.

Oddajcie dokumenty! Anulujemy je!

Musimy skontaktować się z prawnikiem.

Jestem waszym pracodawcą, zwalniam was! Oddawać te dokumenty!

Musimy skontaktować się z prawnikiem.

I tak w kółko macieju, przez dwie godziny. Znowu nie chcieli wypuścić nas z sali. Nie daliśmy się po dobroci, więc ponownie padały groźby, a szkoła naciskała, by rozwiązać problem.

Akcja zdawała się trwać w nieskończoność i nudzić publiczność. Cięcie! Wstaliśmy od stołu i oznajmiliśmy, że wychodzimy. Jak tylko „skontaktujemy się z prawnikiem” damy Agencji znać co myślimy o układzie i jakie są nasze warunki, ale generalnie sprawa zostanie wyjaśniona, gdy zapłacą nam całość pensji, która nam się należy – za każdy przepracowany dzień. Nic więcej, nic mniej. Na do widzenia Szef wręczył nam list, który rzekomo był naszym wypowiedzeniem z pracy (czy muszę wspominać, że był po tajsku?).

Oczywiście wszystkie papiery i propozycje zostały przesłane prawnikowi. I chyba dopiero wtedy zdał sobie sprawę z kim ma do czynienia. „To oburzające, nie do zaakceptowania!” – powtarzał to zdanie kilka razy. List zawierał jedynie ciężkie oskarżenia pod naszym adresem i prawnik poinstruował nas, by pod żadnym pozorem niczego nie podpisywać, nie traktować tego jako zerwania kontraktu, a we wtorek normalnie stawić się w pracy.

I tak znów przepracowaliśmy w spokoju dwa dni. Prowadziliśmy najzwyklejsze na świecie lekcje języka angielskiego, szeroko uśmiechając się do naszych nieświadomych dzieciaków. Nie wciągaliśmy ich w brudne gierki dorosłych.

Gdy zastraszanie nas przestało działać, Agencja zwróciła się do Dyrektora. Wysłała oficjalny list o naszej „niesubordynacji”, naszych „kłamstwach” i postawiła szkołę w trudnej sytuacji. W środę 16.11 ponownie spotkaliśmy się z naszą Szefową, która bezsilnie przyznała, że na podstawie listu z Agencji i w świetle prawa, nie jesteśmy już ich pracownikami. Jeżeli w czwartek przyjdziemy do pracy, to „wtargniemy na teren szkoły jako intruzi” i Dyrektor będzie musiał zdecydować, czy wezwać policję. „Dogadać się” nie działało w żadnym stopniu. Nasza dobra wola została zbita jeszcze dłuższą listą agencyjnych oskarżeń. I w tej sytuacji nic więcej nie mogliśmy zrobić. Po konsultacji z prawnikiem oficjalnie odeszliśmy z pracy.

Najbardziej byłam rozgoryczona faktem, że tak naprawdę nie dostaliśmy szansy, by porządnie pożegnać się z dziećmi. Kompletnie nie rozumiały co się dzieje, czemu raz uczę ja, a za chwilę niezliczona ilość zastępstw. A co z dodatkowymi, darmowymi zajęciami dla ambitnych? Nie będzie? Dlaczego? Dlaczego ich porzuciłam? Dlaczego udawałam pozytywną i wesołą, zapewniałam, że mi zależy, a potem nagle odeszłam bez uprzedzenia? W gruncie rzeczy, przez tą całą awanturę najbardziej oberwało się dzieciakom. To niesprawiedliwe.

Przez tych kilka dni zdążyliśmy zgłębić tajskie prawo pracy i przyzwyczaić się do myśli, że nasza sprawa skończy się w sądzie. To nie jest koniec świata. „Składamy pozew!” – grzmiał prawnik. Mieliśmy stos dokumentów do załatwienia. Wisiała nad nami groźba, że Agencja zechce wykorzystać swoje oskarżenia, by pozwać nas w sądzie o zadośćuczynienie, uzasadniając, że to my pierwsi zerwaliśmy kontrakt nie stawiając się w pracy. Byłoby to bardzo zuchwałe, ale nie wykluczaliśmy żadnej możliwości. Musieliśmy konkretnie przygotować się do walki, zdobyć wszelkie formalne świstki, podkładki, referencje, raporty i odpowiedzi na zarzuty. Zbieraliśmy kopie dokumentów, kontraktów, kwitków, wyciągów z konta. Łącznie koło tysiąca stron. Stosy, stosy dokumentów.

23.11.2016, wpłynął nasz pozew przeciwko Agencji do Sądu Pracy w Tajlandii.

Pierwsza rozprawa? 1.05.2017

Taaaa.. Ale nie przejmujemy się tym. Odłożyliśmy problemy z dawną Agencją na bok, wygrzebaliśmy się z syfu i ruszyliśmy do przodu. Przekuliśmy siłę złych emocji w rozwój. Pisząc „Kryminalne zagadki Bangkoku” musieliśmy wszystko przeżyć od nowa, ale zależało nam by podzielić się z Wami naszymi doświadczeniami. Może dzięki tej historii chociaż ktoś z Was przyjemniej rozpocznie swoją przygodę w Tajlandii. Dzielcie się naszą historią, zadawajcie pytania, a jak będziecie w opałach to dajcie znać – spróbujemy pomóc!

Nadal optymistycznie spoglądamy w przyszłość i z uśmiechem witamy dzień. Sparzeni, ale wciąż wierzymy w ludzi i pozytywną energię – dobro wraca 🙂

Byle dalej, byle z fartem!

Trzymajcie za nas kciuki!

Zuza

 

Posted in PRZYGODY and tagged , , , , .