samui kraków

Kraków – tajska restauracja Samui – recenzja

Podczas mojego ostatniego pobytu w Krakowie chciałam odnaleźć choć cząstkę Tajlandii. Moje ukochane smocze skały i lazurową wodę znalazłam nad zalewem Zakrzówek. Natomiast wraz z Anią, którą poznałam w Bangkoku, wybrałyśmy się do polecanej tajskiej knajpy – Samui.

W knajpie kucharzami są Tajowie.

Za to duży plus. Moim ulubionym daniem, na którym testuje wszystkie tajskie knajpy, jest curry. Zazwyczaj biorę czerwone, ale w Krainie Uśmiechu wśród lokalnych jada się zielone. Taki też był mój wybór. Zielone curry z tofu. Ostrość? Tajska.

Ach! Jak macie ochotę na wspominki czy nowe doświadczenia, to na miejscu piwo Chang czy Singha też na stanie. Małe za 12 zeta.

I jak tam moje wrażenia po tym curry? Pozytywne. Kremowe, bardzo gęste, mocno kokosowe. Z dużą ilością warzyw, lekko przegotowanych i sporych kawałkach tofu.

samui krakówChociaż tutaj mam pewien dylemat.

Tak naprawdę, zielone curry w Tajlandii podaje się zazwyczaj bez mieszanki warzyw. Może pływa tam jakaś marchewka czy bambus, ale jest to raczej dodatek do mięsa albo inwencja twórcza kucharki. Jednak to się rzadko zdarza. Podstawowym warzywem w tajskim zielonym curry jest bakłażan. Taka zielona kulka wielkości piłki golfowej. Uwielbiam ją! Ponadto, prócz tego większego bakłażana (tzw. eggplant) dodaje się czasem bakłażan groszkowy. Takie niewielkie kuleczki, gorzkie po przegryzieniu. Idealnie dopełniają słodki smak mleczka kokosowego.

Zupy pełne warzyw (cukinia, kalafior, brokuł) podaje się zazwyczaj w bardziej turystycznych miejscach dopasowując lokalną kuchnię pod gust przybyszy. I stąd mój dylemat. Tak naprawdę curry w restauracji Samui to jego turystyczna wersja. Niewiele ma wspólnego z zupą, którą dostałabym na prowincji, gdzie farangów (białasów) brak. Ale nie gniewam się za to, bo akurat osobiście wolę jak mam więcej warzyw do pochrupania. Ta zupa była bardzo w moim osobistym guście. Pycha.

Porcje są przeogromne.

Zielone curry można spokojnie wziąć jedno na dwie osoby, a do tego dobrać drugie danie lub kilka mniejszych. A to bardzo tajski akcent. Uwielbiam ten azjatycki styl jedzenia. Zupełnie odmienny od europejskiego. Tutaj każdy zazwyczaj zamawia jedną potrawę. W Tajlandii na stole ląduje kilkanaście małych talerzy z przysmakami, a każdy nakłada sobie do swojej miseczki wedle smaku i uznania. Szczerze przyznam, że całego curry w Samui w siebie nie wcisnęłam, tak samo jak Ania. Ekstra!

Teraz będzie mega pochwała! Ostrość curry była idealna. Nareszcie iście po tajsku! Aż mi się miło zrobiło. To pierwszy lokal w Polsce, który zaserwował mi takie piekielne atrakcje.  Zgrzałam się, spociłam, posmarkałam. A następnego dnia była moc. Dobre ostre piecze dwa razy! 😀

Ryżyk był idealny. To już w Tajlandii go prędzej rozgotują i podadzą jak garść trocin. Jedno co mnie w sumie rozbawiło, to ten samotny listek pietruszki na górze kopca ryżyku. Ładna dekoracja. Ale dlaczego pietruszka? Czy to była kolendra? 😀

Cena? 29 złotych. Dużo czy mało? Jak na Tajlandię, to w pip. Ale oceniając przez pryzmat Polski, to chyba przystępnie za tak duże i smaczne danie.

Do czego mogłabym się doczepić?

Po pierwsze, jedyna jedzeniowa wtopa. Na moim pysznym, ostrym i zielonym curry w ramach dekoracji ułożono bazylię. Ale nie tajską, tylko taką pospolitą. O nie! Serce mnie zabolało. Wiem, że tajską bazylię nie zawsze łatwo dostać, ale bez tej przyprawy tajska kuchnia, to jakby nie tajska. Noł noł noł. Szanujący się lokal z kuchnią tajską powinien to świeże ziele mieć zawsze na stanie.

Po drugie, w restauracji muzyka była zbyt cicha. Niestety, przez to miało się wrażenie pustej, zimnej sali. Stoliki stoją w sumie blisko siebie, nie są oddzielone, a brak klimatycznej muzyki powoduje niezręczne rozmowy. Trzeba szeptać, szczególnie gdy rozmawia się na osobiste tematy. Nie przepadam za tym. Zdecydowanie tajska muzyka mogłaby głośniejsza, by umilić egzotyczne doświadczenie, a ponadto uprzyjemnić towarzyskie rozmowy, bez obaw, że stolik obok wsłuchuje się w moje sercowe historie.

Ach! Koniecznie chcę podkreślić, że obsługa była przemiła. Dziewczyny się cudnie uśmiechały a ja lubię, gdy ktoś mnie wita z takim bananem na twarzy. Superowo.

Kraków SamuiKu mojemu zaskoczeniu, lokal jest po Kuchennych Rewolucjach. Przeczytałam o tym dopiero po fakcie, lustrując ich stronę internetową. To przezabawne. Zawsze chciałam odwiedzić restauracje tkniętą ręką Magdy Gessler. Zrobiłam to na zupełnej nieświadomce.

Zielone curry z tofu z restauracji Samui mogę z czystym sumieniem polecić. Po tym daniu mam ochotę, by spróbować więcej.

Do zobaczenia w Krakowie!

Tutaj znajdziecie stronę internetową – tajska restauracja Samui.

Kraków, ulica Wiślna 10.

No. To kto by się wybrał? 🙂

Posted in TAJSKIE SMAKI.