Gekony. Nieoczywisty symbol Tajlandii.
Małe piaskowo-brązowe jaszczurki, które zwinnie biegają po ścianach. Przyklejają się do sufitu i w mgnieniu oka łapią komary, muchy, ćmy. Po angielsku zwane „Gecko”, z tajskiego „Tukke”, ponieważ wydają charakterystyczny, skrzeczący dźwięk, który brzmi jak stara, zachrypnięta żaba, która rytmicznie wyszczekuje „Gekoooo” przeciągając każdą ostatnią sylabę, aż głos cichnie w przestrzeni.
Zawsze uśmiechnięte.
Gekony to goście w każdym tajskim domu.
Gdy nadchodzi zmierzch, wypełzają na ściany w poszukiwaniu lamp, które przyciągają owady. Bezszelestnie poruszają się po ścianach. Czasami uganiają się ze sobą z miłości, zazdrości lub złości. Wystraszone odrzucają ogon, który wijąc się przyciąga drapieżnika, umożliwiając szybką ucieczkę. Sprytne.
Blog, który prowadzę z Emilem, nazywa się 'mójGekon', ponieważ te małe gady skradły nasze serca już w pierwszych dniach w Tajlandii. Gdy pełni emocji jedliśmy pierwsze krewetki na kolacje, na tarasie z widokiem na palmy i bananowce, i usłyszeliśmy to charakterystyczne szczekanie… Spojrzeliśmy w górę i ujrzeliśmy kilkanaście Gekonów śmigających nad naszymi głowami. Towarzyszyły nam codziennie, pożerając komary i nieśmiało uśmiechając się zza drewnianej okiennicy. Tak powstało myGecko.
Pewnego dnia gotowałam obiad. Podnosząc jeden z garnków odkryłam, że chowa się pod nim mały Gekon. Zdziwiłam się, że nie uciekł w popłochu. Przysunęłam twarz i przyjrzałam się jaszczurce. Jedna z jego czteropalczastych łapek była urwana.

To właśnie ten Gekonik z kuchni. Nie ma lewej łapki 🙁
Ojej. Od razu pobiegłam na taras i zaaferowałam Emila. Podjęliśmy decyzję, że coś musimy z tym zrobić. Przeszukaliśmy internet, by dowiedzieć się jak najwięcej o tych małych jaszczurkach. Z metalowego wiaderka na lód zrobiliśmy gadzi domek. Wyłożyliśmy je liśćmi bananowca, z trawy ukręciliśmy schronienie, do nakrętki od butelki nalaliśmy wody. Terrarium położyłam na stole w kuchni, w takiej pozycji, by Gekon mógł swobodnie wchodzić i wychodzić ze swojego nowego domku. Czułam się jak mama na stażu.
Okej, Gekony jedzą owady, więc oboje jak durnie biegaliśmy po tarasie łapiąc dorodne okazy i podtykając je naszemu Gekonowi. Po dwóch dniach głodówki, zmartwiliśmy się. Okazało się, że jaszczurki rzeczywiście jedzą insekty, ale jedynie żywe. No. To teraz wyobraźcie nas sobie, jak dwie głupie kozy skaczących po ścianach, byleby tylko przytknąć dłoń do ściany i zamknąć w niej jakiegoś świeżego komarka dla naszego Gekona, a każdy sukces kończył się salwą okrzyków radości i błyskawicznym biegiem do kuchni.
Tajowie to penie mieli z nas niezły ubaw.
Po tygodniu Gekon zniknął. Mam nadzieje, że nadal mu się dobrze wiedzie, mimo jego niepełnosprawności.
Tajowie za tymi jaszczurkami nie przepadają. Dlaczego? Mają jedną wadę. Złapanie, pożarcie i strawienie komara, jest bardzo użyteczne, ale kończy się… kupą. Gekony robią małe, podłużne kupki, które zostawiają za sobą. Albo przyklejone na ścianach albo… No własnie. Wspominałam, że czasami wiszą na suficie do góry nogami? To co się dzieje z kupą? Spada. Prosto na fotel, stół, do herbaty czy na głowę. Ale mnie to w sumie bawi i nie żywię urazy 😀
Generalnie Gekon w domu to szczęście.
Przekonaliśmy się o tym szczególnie, gdy mieszkaliśmy w Kambodży na wyspie. Pracowaliśmy tam w barze, w zamian za robotę otrzymaliśmy skromną pensję, wyżywienie i miejsce do spania. (Jeżeli też chciałbyś zamieszkać na wyspie w Kambodży przeczytaj ten post – Praca barmańska na wyspie w Kambodży). Była to metalowa chata (coś jak garaż na działce), obita bambusem. I tyle. Pomiędzy ścianami a dachem była przestrzeń, w której zmieściłby się nawet kot. Ale w Kambodży koty to miłe stworzenia. Nawet myszkujące między ścianami szczury, które budziły nas w środku nocy odgłosami chrobotania, szurania i gryzienia, to luz.
Jednak węża, to nikt w domu nie chce. Na pewno nie my!
Khmerzy tłumaczyli nam, że dopóki w domu biegają szczury i gekony, to węża nie ma. Jak tylko się pojawi, inne zwierzęta albo odejdą wystraszone albo zostaną zjedzone. Cisza w nocy w bambusowej chatce to zły znak.
A w naszym domku mieszkał Toke. Taki duży Gekon, który jest niemal do łokcia. Szaro niebieski w czerwone plamki. Naprawdę okazały jaszczur, który ponoć potrafi capnąć nawet szczura. Towarzyszył nam codziennie, czatując na ofiary zawsze na tej samej ścianie. Pilnował nas.


Tak się zastanawiałam, jaką puentę ma mieć ten post.
Gekony są dla mnie wyjątkowe.
Ach ten sentyment.
I ja i Emil utożsamialiśmy się z Gekonami. Sami czuliśmy się jak dwie małe, uśmiechnięte jaszczurki, co zwinnie popylają po Tajlandii. Przyjazne, pożyteczne, z każdym skleją piątkę.
Na myGecko zaczynałam wraz z Emilem przygodę z blogowaniem. Na początku naszej podróży uruchomiliśmy fanpage na facebooku, potem stronę internetową. Oboje byliśmy entuzjastyczni, zmotywowani, tryskaliśmy kreatywnością i jak dwie zosie samosie czasem błądziliśmy w ciemnościach internetu i trudach profesjonalizmu. Przez te dwa lata sporo się nauczyłam, doświadczyłam, sprawdziłam, przekonałam się co najlepiej rezonuje w social mediach, potrafię postawić stronę internetową i wypracowałam sobie konsekwencje i systematyczność w tworzeniu treści. MyGecko nadało kierunek mojemu życiu.
Dzięki Gekonowi spotykaliśmy cudownych ludzi, otaczali nas dobrą energią, zbudowaliśmy super społeczność, a niektóre znajomości z internetu stały się realne i nadal trwają. Jestem za to bardzo wdzięczna.
Chociaż teraz prowadzę Jestem Zuza, to Gekon na zawsze pozostanie w moim sercu.
Nie sposób zapomnieć uśmiechnięte pyszczki tych przyjaznych jaszczurek.
Alfabet tajskości:
