wkurzony Taj w Bangkoku

Alfabet tajskości – A jak Agresja

W tajskiej kulturze otwarte wyrażanie negatywnych emocji jest niedozwolone. Wiadomo, Tajlandia nie bez powodu nazywana jest Krainą Uśmiechu. Ale to mocne naciągnięcie mięśni twarzoczaszki, odsłaniające zęby, często służy jako przykrywka dla niewiedzy, zakłopotania, irytacji czy właśnie złości.

Agresja udziela się Tajom wręcz otwarcie, gdy stracą twarz. A w gruncie rzeczy, może to być niebezpieczne. Utrata twarzy, to sytuacji w której Taj zostaje zakłopotany lub ośmieszony. Nie zna odpowiedzi na jasno postawione pytanie (szczególnie jako przełożony). Nie potrafi wykonać jakiejś czynności (a uchodzi za eksperta). Zataił prawdę (przemilczał niewygodny fakt), którą ktoś odkrył, a na dodatek głośno i dosadnie podkreślił. To ujma na honorze. Taj, który traci twarz zostaje zapędzony w kozi róg. Nie ma wyboru, musi się bronić. I może stać się agresywny.

Spotkała mnie kiedyś taka sytuacja. Z mojego punktu widzenia, czyli białej Europejki, totalnie absurdalna. Miałam rację!

Przed wyjazdem dostałam od przyjaciółek srebrny naszyjnik. Dzielnie towarzyszył mi we wszystkich moich przygodach. Pewnego dnia niespodziewanie zerwał się. Kółeczko łączące łańcuszek z wisiorkiem nie dało rady. Ale kółeczko się ostało. Wystarczyło znaleźć jubilera, co ma narzędzia i lupę, by przedziać łańcuszek przez kółeczko i połączyć z wisiorkiem.

Pewnego dnia przechodziłam ulicą w Bangkoku, niedaleko Khao San Road. Trafiłam na mobilne stoisko Taja sprzedającego i reperującego buddyjskie naszyjniki. Zaczepiłam go i poprosiłam o pomoc. Pokazałam na czym polega sprawa. Pan zgodził się mi pomóc. Oddałam mu łańcuszek i kółeczko w woreczku. Miał do tego sprzęt i dokładnie wiedział, jak to naprawić. Powiedziałam, że pójdę coś zjeść i wrócę za jakiś czas.

Niestety. Gdy wróciłam do stoiska okazało się, że Tajowi nie udało się naprawić mojej ozdoby. Wzruszyłam ramionami. Dostałam mój woreczek z powrotem i poszłam dalej. Dosłownie 100 metrów dalej, znalazłam jubilerski sklep. Ponownie podjęłam próbę naprawy. Weszłam do środka i opowiadając o moim problemie wysypałam zawartość woreczka na ladę.

Oj. Brakuje srebrnego kółeczka! Pan musiał zapomnieć go włożyć do środka! Może zostało u niego na wózku naprawczym.

Szybkim krokiem wróciłam do stoiska Taja. I od razu zauważyłam, że patrzy na mnie spod byka. Ale jakoś przez myśl mi nie przeszło, że to może zwiastować coś niedobrego. Naprawdę nie miałam złych zamiarów. Przecież kółeczko mogło zostać na jego stoliku, mógł zapomnieć go włożyć do woreczka. Podeszłam i grzecznie zapytałam o kółeczko, pokazując że brakuje go w woreczku.

Taj nagle uniósł się. Nerwowym, podniesionym głosem krzyknął:

-Nie mam go! Włożyłem do woreczka!

To wzbudziło moją podejrzliwość, ale zachowałam spokój. Uprzejmie zapytałam, czy na pewno, bo w woreczku go nie ma. Spojrzałam na stół pełen szpargałów i zasugerowałam, by przeszukać te drobiazgi. Może się znajdzie!

-Nie mam go, nie mam! Oddałem! – Taj ze zmarszczonymi brwiami machnął ręką. Następnie zaczął mnie ignorować i przestał odpowiadać na moje prośby przeszukania blatu. Przyznam, że się nastroszyłam. No co za problem poszukać cholernego kółeczka!

Jednak Taj zaparł się i brnął w swoją wersję. Zdawało się to absurdalne! W końcu ja wiedziałam, że kółeczka w środku nie było! Słowo przeciwko słowu. Próbowałam tłumaczyć, że poszłam do następnego sklepu i tam zdałam sobie z tego sprawę. Zależy mi na tym kółeczku, bo jest oryginalne, od łańcuszka prezentu, który dużo dla mnie znaczy i tylko tyle! Taj głośno zaprzeczał. Nieoczekiwanie poderwał się z siedzenia  i nerwowo wrzasnął, że przecież kółeczka nie ma! Że przecież włożył je do środka!

Aż odsunęłam się o krok. Było to totalnie dziwne zachowanie! Ja tylko szukam kółeczka! I wtedy już wiedziałam. Po Jego reakcji poznałam, że właśnie traci twarz. Znając życie kółeczko w trakcie naprawy pękło. Lub wysmyknęło się z rąk i teraz nie sposób go znaleźć wśród rozrzuconych części biżuteryjnych lub na chodniku.

Spróbowałam jeszcze raz. Zaskoczona skrajną reakcją Taja, podejrzewając co się mogło wydarzyć, zapytałam ponownie, tym razem mocnym i zdecydowanym tonem. Ze złością potrząsnęłam torebeczką z łańcuszkiem:

-Gdzie jest moje kółeczko? Nie ma go w woreczku!

I to był punkt zapalny. Nieoczekiwanie Taj stał się agresywny! Gwałtownie wstał i ruszył w moją stronę z rękami w gotowości do walki! Ha! Wyobrażasz sobie? Emil był obok i od razu zareagował głosem jak i swoją postawą, więc Taj cofnął się. Ale emocje mu puściły i totalnie wkurwiony zaczął odganiać nas od swojego wózka. A to wzbudziło zainteresowanie jego znajomych ze stoisk na tej samej ulicy. Wszyscy zaczęli na nas patrzeć, część podeszła bliżej i obserwowała rozwój wydarzeń. Oczywiście, to na mnie i Emila patrzono jak na wrogów narodu.

Sprawa rozchodziła się o głupie kółeczko, więc nie było wyboru jak odpuścić i pójść w swoją stronę. W starciu z bandą Tajów, co zawsze poprą swojego, nie mielibyśmy szansy. Mimo, że miałam rację, a kółeczka rzeczywiście nie było. Wkurzyłam się. Serio, nic by się przecież nie wydarzyło, gdyby Taj otwarcie się przyznał, że w trakcie naprawy kółeczko przepadło. Przecież nie mogłabym mieć pretensji, bo sama tej usługi oczekiwałam. Rozumiałam, ze robię to na własną odpowiedzialność. Chodziło o zwykłą szczerość. Ale w Tajlandii, otwarte przyznawanie się do błędów, nieumiejętność lub niewiedzy, uchodzi za życiowy dramat. Więc nic dziwnego, że Taj tak zareagował. W końcu  to ja postawiłam go pod ścianą. Po prostu. Spięliśmy się przez różnice kulturowe.

Ale w takich sytuacjach, gdy przedmiot sporu nie jest wart międzykulturowej wojny, lepiej odpuścić. Mai pen rai („nevermind”, „nic się nie stało”) i do przodu!

Wróćmy do agresji. Nawet jeżeli uważasz, że masz rację, to lepiej do eskalacji konfliktu nie doprowadzać. W mojej opinii, w tajskiej kulturze pozornego spokoju, agresja udziela się szczególnie. Negatywne emocje często są tłumione, bo tak nakazują konwenanse kulturowe. Wszyscy uśmiechają się do siebie, starają opanowywać nerwy, wewnętrznie duszą złość. Emocje, które nie znajdują ujścia, kumulują się w ciele. Gdzieś w środku, zbiera się zła siła, która w końcu musi wystrzelić. I wtedy jest niepohamowana, nieokiełznana. Zaślepia umysł. Nie raz czytałam o sytuacjach, gdy kogoś dźgnięto nożem, pobito, przejechano, nawet zamordowano, bo sprawa rozchodziła się o głupie 20 thb. Nie jesteśmy tutaj u siebie.

Co z tego, że w Europie miałbyś rację, jak tutaj nikogo to nie obchodzi, bo panują inne zasady.

A już za tydzień w niedzielę po południu, kolejny post z serii „Alfabet tajskości”. Tym razem „B jak Błąd systemu”.

Posted in ŻYCIE W TAJLANDII and tagged .