dziewczyna w knajpie

Planeta Młodych, tajski dentysta i dziwna amnezja

Ostatni wtorek był abstrakcyjny.

Budzę się rano, jak zwykle o 6.30. Dzień jak co dzień, wskazuję w nauczycielski mundurek i jadę do pracy. Na porannym szkolnym apelu stoję z boku i obserwuję dzieci modlące się do Króla, psa przeciskającego się między równo ustawionymi rzędami uczniów i tajskich nauczycieli grających na telefonach w kulki.

I nagle, jak piorun strzelił, przeżywa mnie ból. Znienacka, niespodziewany, mocny! Aua!

Boli mnie ząb.

No, masz ci los! W mojej głowie rusza maszyna kreujące najczarniejsze scenariusze. Wyrwą. Na bank wyrwą. Nie dadzą znieczulenia! A co jak nie zadziała? Boże –  a jak czeka mnie leczenie kanałowe? Czy mój ubezpieczyciel za to zapłaci? A co jak będzie trzeba wstawić koronę? O matko, lubię moje zęby, tak skrzętnie i boleśnie prostowane aparatem ortodontycznym!

Mam wykupioną Kartę Planeta Młodych. Wariant travel, rozszerzony o sporty ekstremalne, 130 zeta rocznie. Dzwonię do ubezpieczyciela – Gothear. Miła Pani umawia mnie w ciągu godziny na bezgotówkową wizytę. Super. Zwalniam się z pracy i jadę na przygodę!

Prywatny, ogromny szpital, z lądowiskiem dla helikoptera na dachu. Okej. Jest fajnie. Informacja kieruje mnie na trzecie piętro do „Departamentu Stomatologii”. Brzmi poważnie. Wsiadam do windy.

Od wejścia krzyczę: bezgotówkowa wizyta na ubezpieczyciela! No jasne! Wszystkie panie w rejestracji kiwają głowami uśmiechając się szeroko. Mówią wystarczającym angielskim, by się dogadać. Wypełniam druczki. Co mnie zaskakuje? Otrzymuję dokument z prawami pacjenta. Podkreślona jest niemożliwość dyskryminacji ze względy na rasę, płeć czy religię, poglądy polityczne, pochodzenie czy status społeczny. Co mi się należy, czego mogę żądać oraz w jakich sytuacjach mogę zgłaszać sprzeciw. (Czy w Polsce też się coś takiego dostaje, bo ja sobie nie przypominam?) Czytam z uwagą, oddaję papierki i siadam w wygodnym fotelu. Dostaję kubek wody do ręki. Miło tu.

Pytam o toaletę ale na szybko upewniam się ponownie: wizyta na bank bezgotówkowa? Toaleta na wprost i w prawo, wizyta bezgotówkowa. Ok. Wychodzi piguła i zaprasza do gabinetu, więc znów daje im ostatnią szansę: wizyta na milion procent bezgotówkowa na mojego ubezpieczyciela? Pewka! Sekretarki wraz z pigułą i lekarką po stokroć zapewniają mnie, że wiadomka i luzik.

W gabinecie doznałam szoku. Okazało się, że zęby zdrowie, więc o co mi w ogóle chodzi. Ale mnie boli! I tu pani dentystka wykazała się kreatywnością i sprytem. Zaczęła wypytywać mnie o rodzaj bólu. Potem kazała mi zagryzać kolorowy papierek. A na końcu zapytała czy przypadkiem w nocy nie lubię sobie pozgrzytam zębami. I nagle doznałam objawienia! Rezczywiście – Emil wspominał coś, że czasem gdy śpię, to go ten zgrzyt budzi, a szczęka to aż mi piszczy.

Ponoć wyrobią mi taki śmieszny plastikowy wkładzik do buzi  – szynę releksacyjną – co mam od teraz całe życie ze sobą mieć i na noc zakładać zawsze. Koniec z harcami. Od dziś tylko ten wszystkim znany dźwięk siorbnięcia ślinki wypływajacej spod aparatu… No cóż.  Szyna relaksacyjna pomoże, ale źródła dolegliwości nie zniweluje. A ona leży w mojej głowie. Ewidentnie Tajlandia wychodzi mi zębami.

Taka prawda, że ostatnio w moim życiu było stresu aż w nadmiarze. Rozprawy w sądzie pracy, ciągłe przeprowadzki, niepewność materialna, brak stabilizacji, praca nauczyciela, a teraz widmo powrotu, studia i kolejne zmiany.

Na szczęście ubezpieczyciel Gothear odjął mi trochę zmartwień. Bo oczywiście, gdy wyszłam z gabinetu, to już czekał rachunek. Oczywiście, że na mnie! W przeliczeniu 150 polskich złotych. I te same panie w recepcji, co mnie tak gorąco zapewniały, że wizyta bezgotówkowa na ubezpieczyciela, teraz kierują mnie do kasy z pytaniem: kartą czy gotówką?

Ach ta Tajlandia.

Zdziwiona patrzę w oczy kasjera i widzę jedynie czarną dziurę.

Ale jaki ubezpieczyciel? My nic nie wiemy.

Ale tu Karta Planeta Młodych i Gothear nie winię, bo się profesjonalnie zachowali i błyskawicznie sprawę wyjaśnili. Oczywiście, w szpitalu nagle zaginęła osoba, która dziś z ubezpieczycielem rozmawiała, nagła amnezja dotknęła wszystkie pielęgniarki, a sekretarki ukradkiem wymknęły się na lunch.

No wiadomo, że ktoś się walną, ale nie było komu się przyznać. Tajska klasyka. Z takim zachowaniem często się spotkasz w Tajlandii. Tajowie, nawet jeżeli nie wiedzą o co chodzi, to i tak pokiwają głowami. I ja niby wiem, że tak się tu dzieje i pytałam sto razy czy wizyta bezgotówkowa, ale Tajki i tak zapewniały mnie, potwierdzały i uspokajały! Co jeszcze mogłam zrobić? Dla mnie, kobiety ze świata zachodniego, to totalnie niezrozumiałe. Przecież już na wstępie wystarczyłoby dopytać o jakiego ubezpieczyciela chodzi i załatwić całą procedurę na początku. Łatwiej tak, niż potem przez godzinę odkręcać wszystko co już wstukane w system. Po co maskować swój brak wiedzy, by potem to i tak wyszło na jaw i tylko przysporzyło dodatkowych kłopotów i pracy?

Najzabawniejsze jest to, że ktoś to zgłoszenie od ubezpieczyciela przyjął i wpisał mnie na wizytę do dentysty. Czyli jakaś pani ze szpitalnej recepcji musiała rozmawiać z Polską. A skąd wiem? Bo szpital do mnie dzwonił i potwierdzał umówienie wizyty i przemiła Tajka ze świetnym angielskim, dopytywała czy na bank nie chcę zmienić godziny, bo ubezpieczyciel wybrał 15. I gdy przyszło do wyjaśniania sprawy, to nagle, cudownie i trwale – wszyscy wszystko zapomnieli. Haha. Tajska amnezja.

No cóż. TAJLANDIA.

Cierpliwie posiedziałam na miękkim fotelu z darmową wodą w ręku, a ubezpieczyciel wyjaśniła sytuacje za mnie.

Sukces! Więc wizyta bezgotówkowa! Z małym ale…
Ubezpieczyciel nie pokrywa kosztów administracyjnych szpitala. W moim przypadku aż dwie dyszki. Mam chociaż nadzieję, że ten hajs się nie zmarnuje i zostanie zainwestowany w kapsułki wspomagające pamięć – dla całego szpitalnego personelu.

Posted in PORADY, PRZYGODY and tagged , , .