Za dużo. Za bardzo. Za mocno.

Znowu zniknęłam. Po raz pierwszy zniknęłam w lipcu. Na chwilę. Potem we wrześniu na 3 tygodnie. Tym razem nie było mnie w Internecie ponad 40 dni. Hmm. Swoją drogą – dlaczego nieobecność online, a skupienie się na życiu offline, nazywam „zniknięciem”? Ciekawe.

Nie wiem.

Ale wiem, że seria „Jak tam po powrocie z Tajlandii?” mogłaby mieć część czwartą – która dzieje się aktualnie, już od jakiegoś czasu. Jednak mimo wszystko – weźmy o tym nie gadajmy!

Dlaczego zrezygnowałam z Internetu? Przestałam wrzucać zdjęcia na Instagram? Pisać na blogu? Nagrywać moje ukochane stories? Oglądać innych twórców? Jak posrana śledzić nowości na youtubie i fejsie? Z wypiekami googlować najnowsze trendy?

Nie uwierzycie. Zorientowałam się, że jestem zmęczona tym moim (naszym?) „więcej, mocniej, bardziej, dalej, głębiej, wyżej”. Przebodźcowałam się. Mój umysł nie nadążał za tymi wszystkimi informacjami, emocjami, zmianami, trendami, ludźmi, migającymi obrazkami, dźwiękami, mailami. Chaos. Totalny chaos.

Za dużo. Za bardzo. Za mocno. Za daleko. Za głęboko. Za wysoko.

Masz babo placek.

A tak na chwile abstrahując, wcale nie muszę być obecna w tych Internetach 24h – skoro nie mam nic do powiedzenia – się nie udzielam. Wierzę też, że i ja i Ty i my – jako ludzie Ananasy – możemy czasem znikać z Internetów i nic to nie zmienia. Relacje z ludźmi pozostają relacjami. Rozmowa jest rozmową. Brak foteczek na Insta to tylko brak zasięgu, cyferek, statystyk i wskaźników. Świat się nie wali.

Mam wrażenie, że przeszłam jakiś naturalny cykl. Przeżyłam rozpalającą wnętrze fascynację, do granic możliwości, która finalnie wypala i pozostawia pustkę, poczucie bez sensu – zmusza do zdystansowania się. Bo gdy się nieco oddalę i pomyślę, że tak wiele życia spędzam w jakiejś sieci, oglądając kolorowe obrazki i czytając napisy na stories tylu osób, że zajmuje mi to 2 godziny dziennie, a potem siedzę w pracy i wymyślam dokładnie to samo, co potem sama konsumuję i ba – to wszystko miesza mi w głowie, tak po cichu, tak, że nie zauważam, a budzę się w nocy zestresowana, bo też mogłabym więcej, bardziej i lepiej… O nie. Coś tu jest nie tak.

Nie wiem.

O, albo wiem.

Banały. Nic nowego. Cóż. Życie.

ALE!

Wcale nie twierdzę, że Internety to jakieś zło i fe i be i co to ma być za marnowanie czasu i idźcie zająć się PRAWDZIWYM życiem i blablabla. Nope. No way. Internet jest super, ludzie w nim też i treści mega zajebiste. To ja nie umiałam się z tym prawidłowo obchodzić. Sama się dałam wkręcić i zapętlić. Nie w sam Internet. Raczej w wyobrażenie ludzi i świata, jakie buduje w mojej głowie. Seeerio.

Już nie chcę tak na wariata.

Już raz tak pojechałam do Tajlandii. Bez hajsu, z biletem w jedną stronę, bez planu i pracy. Już wiem jak to jest i jakie niesie konsekwencje.

Teraz chcę WOLMO a nie SZYPKO.

Teraz chcę bardziej przemyślanie. Dbając o siebie.

W zgodzie z sobą. Swoim rytmem. Swoimi uczuciami i potrzebami.

Powoli. Nie śpiesz się. Nie musisz gonić wszystkich. Nie musisz wszystkiego od razu. W ogóle nic nie musisz. Easy girl. Skup się na tu i teraz. Wsłuchaj w siebie. Weź głęboki oddech.

Ostatnio zdarzyła mi się taka cudna chwila, gdy świat zatrzymał się…

Siedzę sobie zgarbiona na kanapie i pracuję z komputerem na kolanach. W bezruchu przez kilku godzin stukam w klawiaturę. Ignoruję szczypiące oczy, bolące plecy i siku, które mi się chce od godziny, ale przecież jeszcze jeden mail.

Nagle, zza ciężkich, szarych, zimowych chmur wychodzi słońce. Bezwstydnie oświetla moje skurczone ciało. Momentalnie odrywam wzrok od ekranu, patrzę prosto w ognistą kulę, mrużę oczy w przyjemnym cieple i otulam się promieniami.

Niespodziewanie przychodzi wspomnienie Tajlandii. Jakaś tęsknota za tą wyimaginowaną beztroską, za utopijnym spokojem, jakaś tkliwość na myśl o tym raju utraconym. Ech.

Chwila zapomnienia, chwila smutku, chwila dziwnego szczęścia. I olśnienie!

Tajlandia. Praca zdalna. Podróż. Koniec 2019.

Cel się nie zmienił. Zmierzam tam gdzie chcę, ale z większą uważnością, czułością i wyrozumiałością.

No, przynajmniej się staram.

Posted in Z ŻYCIA MILLENIALSA.