Z doświadczenia aspirującej cyfrowej nomadki: Jak znaleźć pracę marzeń?

Dzisiaj napiszę Wam dlaczego szukałam pracy prawie dwa miesiące, czemu wysłałam setki CV, a miałam tylko dwie rozmowy o pracę i dlaczego ubrałam na nie dziurawy sweter.

Kilka dni temu wrzuciłam jakby pierwszą część tego posta: Z życia aspirującej cyfrowej nomadki: zanim zaczniesz szukać pracy – trzy kwestie do rozważenia. 

Poświęć czas na przygotowanie fajnego CV.

To NIE jest rocket science! Czasy w których CV w wordzie jest fajne – już dawno minęły. Mam taką jedną znajomą, co to siedzi w średniej pracy, gdzie ją wykorzystują i za mało płacą. Marzy, że pewnego dnia to zmieni na robotę w branży, która ją kręci. No i ja się pytam czy chociaż zaczęła szukać…? Nie. Bo Ona fajnego CV nie ma. A ja mówię – no to zrób? Ona nie wie jak, przecież do tej branży musi mieć super CV – neony, wodotryski i melodyjki, że to nie takie proste, że nie ma czasu bla bla bla [wstaw dowolną wymówkę].

Cholera, w Canvie jest ileś set darmowych szablonów! Nawet talentu graficznego mieć nie musisz. Wystarczy przepisać info z nudngo wordowskiego CV do szablonu. Więc nawet mnie nie denerwujcie! Jeden wieczór i gotowe.

Chrzanić wymagania!

Ta sama znajoma, jeszcze CV nie stworzyła, jeszcze żadnej wyszukiwarki ofert nie odpaliła, a już wie, że pracy nie dostanie, bo nie spełnia wymagań. CO?! Ja wysyłałam maile jak leci. Jak tylko mi się stanowisko podobało, to mimo iż nie mam dwu letniego doświadczenia na podobnym stanowisku w dużej firmie, to wysyłałam maila. A nóż się uda! Co mam do stracenia prócz 60 sekund na napisanie maila?

Ach, jak już jesteśmy przy mailach, to starajcie się je personalizować. Wiecie, formułka z pracuj.pl może brzmi „profesjonalnie”, ale jakbym taką dostała jako rekruter, to bym od razu przeniosła do spamu. Wiem, że to trochę więcej pracy, ale skoro rozważyliście już trzy ważne kwestie z poprzedniego wpisu, to dokładnie wiecie dla kogo, jak i gdzie chcecie pracować, więc maili na bank wysyłacie mniej. Polecam obczaić stronę internetową firmy dla której chcecie pracować, przejrzeć portfolio i social media. Szukacie jakiegoś punktu wspólnego i nawiązujecie do tego w mailu. To sprawia, że od razu wytwarza się między Wami więź, a nie ma co się oszukiwać, wolimy zatrudniać ludzi, których lubimy i którzy są do nas podobni, a przy okazji kompetentni 😀

Jak ja obczaiłam moją pracę? Na facebooku, w jednej z grup związanych z social mediami, mignął mi post z ofertą pracy. Co przykuło moją uwagę? Środa Dzień Bloga. Jako blogerka, słyszałam o tym wydarzeniu już jakiś czas temu, a moi znajomi blogerzy mieli o tym evencie bardzo pozytywne zdanie, że bardzo merytoryczne i w luźnej atmosferze. Szybko napisałam maila z CV i nawiązałam właśnie do ŚDB. Joł. Zgadnijcie, kto teraz w robocie pomaga w organizacji tego fajnego wydarzenia dla twórców internetowych? 😀

Znaczy się, z tym „chrzanieniem wymagań”, bądźmy realistami. Jak szukają chirurga, a Ty z wykształcenia jesteś polonistką, to raczej szans nie masz. Mówię tutaj o zwykłym nie przejmowaniu się tym idealnym typem kandydata na jakieś stanowisko. Przecież wiadomo, że lista tych wszystkich kompetencji, to istne spełnienie marzeń HR. Skoro spełniasz część wymagań, to wysyłaj CV bez obaw. A jak się na czymś nie znasz, to fajnie! W końcu ustaliliśmy już, że mamy parcie na rozwój, więc nawet jak czegoś nie potrafimy, to się nauczymy, prawda?

Na rozmowę o pracę ubierz się tak jak chcesz w niej wyglądać na co dzień.

Nie wiem czy to jest najmądrzejsza rada, bo pewnie zależy od branży i stanowiska, ale ja ją zastosowałam. Dlaczego?

Dwa lata przebrana chodziłam do pracy. Rzygałam na widok ołówkowej spódnicy do kolana i białej bluzeczki z guzikami pod szyję. Zawód nauczyciela w Tajlandii tego ode mnie wymagał. Dostosowałam się, ale powiedziała sobie – nigdy więcej. Praca to zbyt ważna część życia, by nie czuć się w niej sobą.

Wiem, zaraz krzykniecie, że branża kreatywna, to mi wolno. Może. Ale ja tym sweterkowym manifestem szukałam też odpowiednich wibracji w nowej firmie. Wiecie, czasami jest tak, że spotykacie kogoś i nie klika. Jest jakoś sztywno, rozmowa się nie klei, niby firma super i niby wypadacie fajnie, jesteście kompetentni, nawet nieźle radzicie sobie z casem podczas rekrutacji, ale Wasz przyszły szef łypie wciąż na ten wisiorek z muszelek. Zależało mi na tym, by poczuć „flow” od razu. Wiem, to może być złudne, ale jakoś ten przepływ energii jest dla mnie ważny.

W pracy chcę wyglądać i czuć się sobą. A taki dziurawy sweterek, to wystarczający test dla pracodawcy. Jak Was nie zatrudni, bo kompetencje ok, ale strój się nie podoba, to siemasz – i tak byście nie chcieli dla kogoś takiego pracować, a ten pracodawca i tak nie chce zatrudniać kogoś takiego jak Wy.

Szacunek to podstawa.

Tutaj będzie przypowieść o mojej pierwszej rozmowie rekrutacyjnej. Firma także zajmująca się Influencer Marketingiem. Słyszałam o niej już wcześniej jako blogerka, brałam udział w ich inicjatywach, kojarzyłam szefostwo z podcastów i szkoleń. Zależało mi, by dostać u nich pracę – w końcu – moja pierwsza rozmowa o pracę w stosie tych olanych maili i zadań rekrutacyjnych.

Poszłam w tym dziurawym swetrze, nie wiem jak wypadłam, czułam się trochę spięta, zdawało mi się, że dobrze mi poszło. Na rozmowie otrzymałam informację, że w ciągu tygodnia zostaną ogłoszone wyniki rekrutacji. Dostanę maila z feedbackiem z rozmowy, nawet jeżeli nie otrzymam pracy. To mega fajne. Ok. Czekam.

Minął tydzień. Zdarza się w ferworze pracy zapomnieć o jakimś tam mailu do Zuzy, a że mi na pracy zależało, to napisałam uprzejmego maila na zasadzie: Strasznie chciałabym u Was pracować i  niecierpliwie czekam na wyniki rekrutacji!

UPS. Zero odpowiedzi. Nie powiem – lekko się zirytowałam. To strasznie nie fajne obiecywać maila, nie wysyłać go, a na mojego nie odpowiadać.

ALE! Nas – ludzi szukających pracy – tyczy się to samo. Zdaje się to szczególne ważne w pracy zdalnej – dedlajny. Jak się z kimś umawiacie mailowo, że zadzwonicie w poniedziałek o 15, podeślecie gotowe zadanie rekrutacyjne do końca tygodnia czy odeślecie uwagi do umowy do piątku – to się z tego wywiązujcie. Jeżeli się wywiązać nie możecie (bo sytuacje wyjątkowe się zdarzają) – uprzedźcie mailowo o spóźnieniu. To takie proste! Wiem, że w sumie nikt Was nie goni i case z zadaniem można podesłać dzień później. Niby nic się nie stanie, ale to beznadziejnie wypada w oczach pracodawcy. Gdzie tu konsekwencja i dyscyplina? Skoro maila nie potrafimy wysłać na czas, to jak mamy zdalnie pracować i to na etat?

Zresztą. Po prostu szanujmy siebie, innych i nasz czas.

Na rozmowę rekrutacyjnej od razu zaznacz, że pewnego dnia chcesz pracować całkowicie zdalnie.

A teraz uwaga, cyfrowi nomadzi wannabe, szukajcie pracodawcy, który to zaakceptuje! Sama aktualnie siedzę w biurze 3 dni w tygodniu, ale połowę roboty robię zakopana w kołdrze w łóżku, w kawiarni, albo na wyjeździe rodzinnym w górach, gdy wszyscy ucinają sobie drzemkę. Po prostu o tym wspomniałam, a że mój szef z tą pracą zdalną jest ok, to niejako dzieje się to samo i jest ekstra.

Naszym problemem jest to, że zbyt rzadko dopuszczamy możliwość, że coś się uda, a zbyt często zakładamy, że na bank nie ma szans. Tak jak ta moja znajoma, co już wie, że pracy nie dostanie, a jeszcze CV nie stworzyła. Hej! Próbujmy! W NAJGORSZYM razie, człowiek po drugiej stronie powiem nam NIE. I co się przez to wydarzy? No nic. Przynajmniej sprawa jasna, wiemy na czym stoimy, a druga osoba ma same konkrety.

Dobrze się zastanówcie jakie macie priorytety. Jasne, że możecie znaleźć lepiej płatną pracę w znanej, dużej korpo, wraz z bonusami, siedzieć etat w klimatyzowanym biurze w Mordorze, uśmiechać się na złudny widok zazdrosnych znajomych, coby się dali pokroić za taką robotę i odbierać gratulacje od dumnej rodziny.

Pytanie jest tylko jedno. Skoro kręci Was cyfrowy nomadzyzm – to PO CO?!

Posted in PRACA ZDALNA.