YOLO Cypr – jak zostać Januszem biznesu i podróży?

Zacznijmy od tego, że tego wcale nie planowałam. Ale gdy dostaje się telefon od kumpla sprzed lat – ej, jakaś laska złamała nogę i mamy wolne miejsce – to się dwa razy nie zastanawiasz! Bierzesz w ciemno, choćby miało to być w Pścimiu Dolnym. Okazało się, że to Cypr. Dobra – tam mnie jeszcze nie było. Jak tylko zadzwonił do mnie Szymon sprawdziliśmy bilety – Wizzair do Larnaki, za 350 zeta w dwie strony.

Trochę sknociłam sprawę. Mimo iż uważam siebie za całkiem spontaniczną osobę, na ręku mam wytatuowane „why not”, a do Tajlandii kupiłam bilet bo ktoś mi powiedział, że „tam jest ciepło i tanio”, to się za długo zastanawiałam.

„Kurdęęęę. Nie mam hajsu! Nie powinnam jechać! Przecież nie będę miała za co żyć!”

Jak tylko słyszę takie zdania w głowię, to załącza mi się YOLO ZUZA, która przekonuje mnie, że przecież za kilka lat nawet nie będę pamiętać tych kilkuset złotych, że przecież w życiu chodzi o piękne chwile, że takich okazji się nie odpuszcza, że wszystko ma sens tylko tu i teraz, a hajs to tylko hajs, że jedź dziewczyno, bo tylko raz się żyje!

ps. Na tym zdjęciu mam rybolaczki. Przełaziłam w nich pół Cypru. Przypał czy nie? 😀

Myślę sobie, dobra, nie zapłacę czynszu, to jakoś to posklejam. Ta myśl zajęła mi dobę, przez co wcale nie tanie bilety stały się już w ogóle drogie – cena podskoczyła do 600 złotych.

($#&@(&@(#(#^!@##$&)(*&!!@!@!!

Masz ci los. A już się nakręciłam tym kolekcjonowaniem wspomnień.

Przyznaję, chciałam odpuścić. Rozsądna Zuza napisała do Szymona, przeprosiła za całą akcję i wytłumaczyła, całkiem zresztą mądrze, że ani nie ma pieniędzy na ten trip, ani w sumie czasu, przecież studia i szukanie pracy, przecież bilety zdrożały. Co zrobisz jak nic nie zrobisz. W domu, razem z moją przyjaciółką Olą (to ta co mi tak ekstra montuje vlogaski – kto nie widział proszę oglądać – Jestem Zuza Youtube), rozpaczałyśmy, że nam się nie udało na ten Cypr załapać.

Jednak moje wewnętrzne YOLO nie da się udobruchać jakimś głupim tłumaczeniem.

Spać w nocy nie mogła, bo rozmyślałam, jak pięknie mogłabym się grzać w słońcu i opychać serem feta, zamiast gnić w domu. Ani się obejrzałam, już siedziałam pod kołdrą z laptopem na kolanach i grzebałam w wyszukiwarkach tanich lotów. A może z innego miasta w Europie? Nie musimy lecieć z Warszawy! A może stopem!? Ups, Cypr to wyspa. A jakby dojechać do Grecji? Jest jakiś prom? Nie bardzo. To może lot z Aten? Cholera, drogo. Ej, a jakby poszukać jakie trasy dokładnie lata Wizzair i połączyć loty? O, to jest myśl!

I tak, po dwóch godzinach wyszukiwań, okazało się, że lot z Katowic do Larnaki w dwie strony jest za 500 zeta! Może to nie jest 350, ale też mniej niż 600. Byle stopem do Katowic i będzie git. No interes jak siema!

TA.

Summa summarum, to jeden z droższych wyjazdów w moim życiu ever. W tym miesiącu znów czynszu nie zapłacę, a siostra z litości robi mi zakupy w biedronce.

Materiał na vloga też nagrany – będzie film z Cypru!

Ale dlaczego? Co się stało Zuza? Ty, taka wprawna podróżniczka z Tajlandii wydałaś takie morze gotówki?

Tak proszę Państwa. Bo nie podróżowałam po Europie (ps. Cypr jest w Azji Zachodniej hehe) i nie mam pojęcia jak to robić. Wiecie jak działa Azja. Wszystko, wszędzie, tu i teraz i za grosze! 1000 kilometrów w pociągu trzeciej klasy na drewnianym siedzeniu z kurą pod pachą, to jakieś marne 20 złotych. Vany nie mają rozkładów jazdy, bo i tak jeżdżą jak chcą, jak się ludzie zbiorą, a z ręką na sercu – w Tajlandii dłużej niż 15 minut na vana nie czekałam. NIGDY nie kupiłam biletu z wyprzedzeniem, nie rezerwowałam, nie planowałam. Stop łapał się sam, a lokalny „ludziowóz” songthaew to zazwyczaj koszt maksymalnie złotówki, by objechać miasto wkoło i to driftem. W najgorszym razie, jak była jakaś wioska i czwarta rano, to zaczepiało się lokalnych, by podrzucili skuterkiem. No kurde.

Jak się okazuje, podróżowanie poza Azją nie jest aż tak łatwe i tanie. Katowice – wstydzcie się – transfer na lotnisko za 30 zeta!?

Chcecie się jeszcze pośmiać? Wspominałam, optymistycznie, że do Katowic pojedziemy stopem? No okazało się jednak, że Ola pracuje do późna, że lotnisko jest na jakimś zadupiu (pozdrawiam Pyrzowice), że lot o 11 i możemy nie zdążyć. Trudno. Bierzemy pociąg. No i znowu okazało się, że nie ma za bardzo takich z rana i nie ma opcji by na 11 zdążyć na lot, no chyba że na styk, a wiadomo, że PKP lubi się spóźnić. UPS. Już czujecie dokąd to zmierza? Dokładnie tak! Do Katowic pojechałyśmy dzień wcześniej i musiałyśmy opłacić dodatkowy nocleg.

Brawo Zuza.

Już nawet nie chcę wspominać ile hajsu pochłonął sam Cypr, bo trafiłam do najdroższej i najbardziej turystycznej miejscowości na całym świecie. Ayia Napę nazywa się drugą Ibizą, a bułka w sklepie kosztuje 10 złotych. 3 dni pod rząd jadłam fasolę z puszki. Na śniadanie, obiad i kolację. Czasem z makaronem, czasem z kukurydzą. Pycha!

A wisienką na torcie jest fakt, że w tym słońcu, co o nim tak marzyłam, że się wygrzeję, to sobie spaliłam twarz. Tak ostro! Gęba spuchła, że wyglądałam jak Michalczewski po walce o pas wszechświata. Cały dzień przeleżałam na kanapie jęcząc z bólu, a ludzie podchodzili do mnie i pocieszali słowami „Boże Zuza, jak Ty wyglądasz!”. Ale uwaga – to nie koniec! Jutro idę pierwszy dzień do nowej, wymarzonej roboty. I co?! I CO!? Wyglądam jak wąż zrzucający skórę. Nawet na powiekach! Ekstra.

CUSZ. Zuza Ledworowska – Januszka biznesu i podróżowania. Tak mi napiszą na nagrobku.

Także tego. Polecam Wam naprawdę dobry risercz jeżeli się gdziekolwiek wybieracie. I krem z filtrem na słońce.

A z drugiej strony… YOLO. Wyjazd na Cypr zapamiętam do końca życia. A czy właśnie nie o to w tym wszystkim chodzi?

Posted in PRZYGODY and tagged .