zuza

UWAGA! Polak Maruda

Dzisiaj mija sześć tygodni od mojego powrotu.

Bardzo dużo się wydarzyło. Mam wrażenie, że jestem tu ze trzy miesiące.

Przed powrotem wielokrotnie uprzedzano mnie, że może być trudno. Byłam świadoma, że nagle wracam po dwuletniej nieobecności i jak krzywy puzzel znów wpasowuje się w układankę. Wracam, a i ja, i moi bliscy pamiętają rzeczywistość sprzed kilkudziesięciu miesięcy. Dopiero po powrocie zmiany, które w nas zaszły, nabierają realnych kształtów. Wyobrażenia i oczekiwania mogą zakrzywić faktyczny stan rzeczy, skonfliktować strony, utrudniać ponowne dotarcie się.

Jednak najbardziej ostrzegano mnie przed powrotem do szarej i smutnej Polski.

Straszono mnie marudzącymi i zawistnymi Polakami. Szczególnie gdy wracam po tak kolorowych „wakacjach” życia, gdzie była zupełnie oderwana od przyziemnych spraw. A może miałam inne na głowie? No, ale już się naszalałaś to wracaj do normalności. Zdejmij te durne tęczowe sukienki, dziecinne naszyjniki z muszelek i przestań gadać pierdoły o podróżach. Nikt nie lubi ludzi co się wychylają. Pożegnaj Tajlandię, to zamknięty rozdział. Nikt Cię tam nie zrozumie,będziesz samotna. Tak mi mówiono.

Sama tak sobie Polskę wyobrażałam. Taka prawda. Gdy siedziałam za granicą, to szczególnie stawało się to jaskrawe w rozmowach z podróżnikami których tam spotykałam. Jakbyśmy stanowili „inny” obóz, który na pewno nie zostanie zrozumiany w swoich dążeniach, postawach i celach w Polsce.

My Polacy, sfazowaliśmy się na tych Polaków Cebulaków Buraków.

Samospełniająca się przepowiednia.

Może to też bardzo polskie –  szukanie negatywów, narzekactwo i to do tego stopnia, że na samych siebie? Narzekanie, że oni narzekają. Kółko się zamyka. Może trochę zaklinamy rzeczywistość i tak już marudzimy, że to się staje realne? Trochę przeginamy.

Odkąd wróciłam jestem cudownie zaskoczona Polską.

Na razie żadna z tych czarnych wizji się nie spełniła. Na swojej drodze spotykam samych super ludzi. Faceta z kiosku który opowiada mi przezabawne historie z kolejki w Biedronce, a ja w tym czasie kupuje miesięczny. Babkę w sklepie, co zaczepia mnie, bo kupuje sobie mini palmę, więc rozprawiamy o liściach, hodowaniu i czy na pewno nie jest trująca dla kotów. Kasjerów, którzy rozmieniają mi banknoty bez łachy, a tak żartują, aż się śmieję w głos razem z ludźmi z kolejki.

No dobra, tylko Pan Tramwajarz zamknął mi drzwi przed nosem, a ja zaklęłam niewybrednie. Wyjątek.

Ostatnio miałam ciekawą historię. Stoję na przystanku, piździ jak siema, podchodzi do mnie bezdomny. Z automatu odsuwam się o krok z podejrzliwym wyrazem twarzy. Pan się zdrowo zdenerwował:

-Co się odsuwasz?

Zatrzymałam się i myślę sobie, że rzeczywiście, bez paranoi. Patrzę pytającym wzrokiem. Okazuje się, ze pan dzierży w dłoni dwie pełne siatki produktów spożywczych. Spogląda na mnie i zachypiniętym głosem pyta gdzie i komu może to oddać. Szuka kogoś w potrzebie.

No widzicie? Pogawędziliśmy chwilę o tym gdzie najlepiej taką sprawę załatwić. Pan dostał więcej niż mógł unieść czy zjeść i chciał się z kimś podzielić, by nie zmarnować. Piękna sprawa. Gdybym się nie zatrzymała, uciekła w popłochu i pozwoliła zawładnąć się jakimś głupim strachem zbudowanym na stereotypie „bo bezdomny”, to pewnie bym tej przemiłej rozmowy nie odbyła.

Mam też wrażenie, że może moja energia jest inna. Podróż dała mi siłę i pewność siebie. Wewnętrznie czuję się naładowana ciepłem i słońcem. Wiem jak bardzo lubię ludzi. Mam przyjemność w przebywaniu z drugim człowiekiem. Odwaga pozwala mi się bardziej otwierać. Rozpoczynać rozmowę, ale też wyrażać otwarty sprzeciw, gdy coś mi się nie podoba. A przy okazji nie brać do siebie drobnostek i nie spinać się o pierdoły. Jestem asertywna? Spokojniejsza? Wyluzowana?

Ostatnio nawet bliżej poznałam sąsiadów, z którymi nigdy nie gadałam. Zupełnie przypadkiem wywiązała się rozmowa, a ostatecznie to ja podjęłam świadomie decyzję, by pociągnąć wątek, który mogłabym skończyć na „do widzenia”, a nasza relacja powróciłaby do już znanej nam formy nijakości.

Coś mnie tknęło.

Zaraz po powrocie doprowadzałam moje mieszkanie do porządku. Sporo ostatnio wyrzucam. Okazuje się, że nie potrzebuję wielu rzeczy. Bezlitośnie wszystko segreguje i oddaje. I tak po raz kolejny wychodziłam z mieszkania obładowana szpargałami.

Drugie wiadro od mopa (po cholerę!?), stelaż starego skrzypiącego łóżka, siata pełna za dużych ubrań, buty „a może w nich kiedyś pójdę na spacer z psem którego nie mam, więc dobrze mieć takie nie za nowe, do dobicia”, kartony po sprzętach RTV i AGD (no bo przecież do reklamacji na pewno trzeba mieć to pudło), beznadziejna i podarta pościel co leży na dnie szuflady, bo „a może zrobię z niej szmaty, albo kiedyś namiot, albo rakietę w kosmos”.

Idę jak ten wielbłąd, a sąsiad stoi na klatce, pali papierosa, patrzy na mnie zaskoczony i uprzejmie pyta:

-Pomóc?

Odpowiadam szybko:

-Nie, dzięki, poradzę sobie.

Uśmiecham się szeroko. I już chwytam za klamkę, już mam odejść, a nasze stosunki międzysąsiedzkie mają powrócić do pozorów, ale nie myśląc za wiele rzucam szybko:

-Ach, wróciłam po dwóch latach i teraz sprzątam. Tamci lokatorzy się wyprowadzili. Teraz znów ja będę mieszkać.

-Taaak? A gdzie byłaś?

Niewiele trzeba było by rozpocząć krótką żwyczliwą rozmowę, która skończyła się zaproszeniem na wspólną sąsiedzką kolację. W końcu już tyle lat mieszkamy obok siebie, a jakoś nadal nie było okazji. Czy chęci.

Z ręką na sercu, gdyby nie ta pogoda, to jest zajebiście.

Może Polska wcale się nie zmieniła, a to jedynie moje nastawienie?

Wierzę w dobrą energię.

Uczę się tego, pilnuję by moja była ok. To jeden z ważniejszych czynników, dzięki któremu widzę taką zmianę w Polsce. Ja się zmieniłam!

A po drugie, chyba tak przywykłam i polubiłam codzienne rozmówki o głupotach z uśmiechniętymi Tajami, że praktykuję to i tutaj, czasem szukając byle powodu do rozpoczęcia rozmowy czy rzucenia żartu.

Nie wiem.

Wiem, że mi z tym spoko i żyje się lżej.

Chyba czasem za dużo marudzimy na to marudzenie i spirala się sama nakręca.
A Polska jest super.
Posted in Z ŻYCIA MILLENIALSA.