kuchnia

Tkliwość, przestrzeń i banały. Brzmi jak niezły bajzel.

Zawsze przychodzi znienacka.

Moja dobra znajoma.

Tkliwość.

Sprawia, że mam ochotę otulić się różowym, miękkim, puchowym kocem. Koniecznie w ananasy.

Kiedyś z tym walczyłam. To uczucie wprawiało mnie w smutek. Zamyślona spoglądałam przez okno na bujające się liście i grzałam dłonie trzymając kubek ciepłej kawy. Tak bezbronna i bezsilna wobec tej wewnętrznej potrzeby czułości. Samotność kuła mnie prosto w bok.

Mam okropny bajzel w kuchni.

Chociaż… To zależy co się uważa za „bajzel”. Dobra, z brudnymi garami się nie negocjuje, tak samo z zapleśniałą śmietaną i zjełczałym, masłowym barankiem w lodówce. Ten duet był skazany na kosz na śmieci.

kuchnia

Zgromadziłam w kuchni strasznie dużo przedmiotów. Niektórzy uznają je za zbędne graty, są wręcz zniesmaczeni ilością pierdół na ścianach, szafkach, półkach – przecież można by usunąć je z widoku. Inni dopytują o historie – a dlaczego taki magnes? Kto rysował ten obrazek? Dlaczego mam powieszone gołe żarówki na czerwonym kablu? Zaskakująco często zdarzają się osoby o ambiwalentnym stosunku. Z jednej strony niebieska miotła wraz z toną pustych butelek w kącie jakoś im nie gra, ale już olejna, goła baba nad lodówką i wiersz spisany ostatniej, nocnej posiadówki, budzą ciekawość. I w sumie najbardziej to w tej dziwacznej przestrzeni lubię – że wywołuje tak wiele reakcji.

Ostatnio narysowałam coś na ścianie węglem.

Moje dzieło jest brzydkie. Za takie je uważam, co poradzę. Nawet próbując wpisać je w kontekst sztuki w której samo dzieło jest traktowane bardzo fizycznie, bez jakiegokolwiek nadawania znaczenia, ot węgiel na ścianie, bo najważniejsza jest reakcja odbiorcy i osobista interpretacja. Nawet walcząc o świat, w którym to czas pokaże jak bardzo zmieniają się kanony, a mój talent zostanie odkryty po mojej śmierci. Nawet lobbując twierdzenie, że nie ma czegoś takiego jak „piękno”, bo to tylko pojęcie konstruowane społeczne… No nie. To jest brzydkie. Ale nieważne. W tym akcie beztalencia chodzi o to jak traktuję przestrzeń. Jest moja i to ja mam się w niej czuć dobrze. Więc jak mam ochotę, to sobie maluję po ścianach, a co! I mam gdzieś oparcia krzeseł rysujące mi białą farbę. Albo kilkaset sztuk zdjęć analogowych Oli, którymi wykleiłyśmy całe mieszkanie organizując wernisaż, a teraz nam się nie chce ich zdjąć.

Zresztą, wyjście z schematów „poprawnych” praktyk traktowania mieszkania, jest bardzo wyzwalające. Znałam kiedyś dziewczynę, która w szufladzie w kuchni miała specjalną wkładkę, w której po kolei, wciskając w odpowiednie dziurki, układało się sztućce. Widelec po widelcu. Łyżeczka za łyżeczką. Nożyk obok nożyka. Leżały równiutko, pięknie, idealnie. I ja się pytam – po co?

Zuza Mądralo – może ona czuła się dobrze właśnie w takiej przestrzeni? Daj jej spokój! Ma do tego święte prawo!

Racja.

kuchnia

Ta dzisiejsza kuchnia, to chwilowa awaria. Jakiś czas temu posprzątałam mieszkanie. Nie żeby to był jakiś wielki wyczyn, ale to nie było zwykłe odkurzenie parapetów i zmycie podłóg. To było takie generalne, totalne i ostateczne sprzątanie, które robi się kilka razy w życiu. Ostatnio tak sprzątałam mieszkanie po powrocie z Tajlandii. Wtedy siedziałam na podłodze, w niebieskich gumowych rękawiczkach, wśród kartonów, walizek, szmat i ryczałam jak bóbr (I jak tam po powrocie z tej Tajlandii? cz.1 – ZIMNO). Przypomnij sobie, kiedy ostatnio sprzątałaś mieszkanie z wewnętrznym, dogłębnym przekonaniem, że oto nadchodzi jakaś zmiana? Że to generalny porządek całego Twojego życia? No nie mów, że tak czasem nie masz.

W pocie czoła szorowałam każdy centymetr płytek i fug w łazience. Oczywiście moją ulubioną porą na ważne życiowe zmiany jest jakaś czwarta rano, gdy za ścianą śpi moja przyjaciółka. Jak się potem okazuje – wcale nie śpi, bo jakaś gałganica nad ranem puszcza hektolitry wody szurając szczotą o drzwi kabiny prysznicowej.

Wiesz, że można wyjąć i umyć nawet ten śmieszny wlew płynów w pralce? Ja to już wiem.

Natomiast nie bardzo wiem o czym jest ten tekst.

kuchnia

Ostatnio, podczas tego totalnego sprzątania, poczułam dziwny spokój.

Opadły mi ramiona. Wygładziło czoło. Odetchnęłam. Ja chromolę, jak zwykle nie da się ująć tego lepiej, niż w najbanalniejszy sposób na świecie, ale… Pogodziłam się z tym jaka jestem?

Że za dużo myślę? Za dużo czuję? Za dużo imprezuję? Za dużo pracuję? Za dużo podróżuję? Za dużo marzę? Za dużo oczekuję?

Za dużo jem słodyczy?

Taka jestem. Cytując klasyka: Nie byłabym sobą, gdybym była inna. Albo codziennie będę się szarpać albo nauczę wzruszać ramionami. I to tyle? Wystarczy być dla siebie dobrym? Traktować siebie z szacunkiem? Czasami odpuścić i wewnętrznie przytulić? Serio? To tak strasznie głupie. Tak bardzo oczywiste. Aż beznadziejnie nieodkrywcze. Irytujące. Ciekawe na jak długo mnie oświeciło. Na razie się nie zastanawiam, aczkolwiek, chyba bardzo ważna w tym wszystkim była ta podróż do Tajlandii w lutym (I jak tam po powrocie… Do Tajlandii?! cz.1 – DZIWNIE). Spieprzałam gdzie raki zimują mając nadzieję, że ucieknę przed samą sobą. Zgadnij co się okazało na tym końcu świata?! Cholera, że się nie da.

Dzisiaj, gdy znowu poczułam to znajome ciepłe uczucie, które sprawia, że mi trochę smutno, a trochę miło – tylko się uśmiechnęłam. Na kolację zjadłam szparagi z masłem, syfek w kuchni odłożyłam na weekend, a teraz zamiast się wyspać przed pracą, piszę po nocy jakieś pierdoły. Chyba wsunę jeszcze miskę truskawek słuchając ckliwych piosenek. No cóż.

Cała ja.

Posted in Z ŻYCIA MILLENIALSA.