Kanchanaburi

Tajlandio, jak ja cię uwielbiam!

Jakiś czas temu napisałam mocnego posta – Tajlandio, jak ja cię nie cierpię! Wpis wywołał mnóstwo komentarzy, dorobiłam się pierwszych poważnych hejterów, ba, nawet mi grożono! Z drugiej strony, nawet nie wiecie ile dostałam wiadomości prywatnych ze wsparciem. Od Polaków mieszkających w Tajlandii, którzy doświadczają podobnych problemów i czasami różnice kulturowe ich totalnie frustrują.

Kto czyta mojego bloga ten wie, że takie skrajności zdarzają mi się rzadko. W planach była druga wersja posta – o mej miłości do Kraju Uśmiechu. Dlaczego piszę go dopiero dzisiaj? Odkąd wróciłam do Polski szczególnie jasne stało się dla mnie co w Tajlandii kocham całym sercem, bo po prostu za tym tęsknię.

Życie społeczne na ulicy

Tego brakuje mi najbardziej. Ruchu, harmideru, gwaru, ścisku, nawet smrodu. Uwielbiałam Bangkok, który żył 24 h. Zawsze i wszędzie. To miasto nie śpi. Uwielbiałam po prostu wyjść na ulicę, spotkać się z kimś, iść coś zjeść, pogadać. Siadaliśmy wtedy wśród innych Tajów. Wszyscy jedli, rozmawiali, popijali zimne piwo, czasem grali w karty czy oglądali tajski boks. W domach się za bardzo nie gotuje, jedzenie jest tanie, wszyscy wychodzą z tych czterech ścian, by się spotkać, spędzić czas, objeść się sałatką z papai i wieprzowiną na ostro. Zawsze, powiadam, zawsze, wszędzie, o każdej porze dnia i nocy znajdziesz otwartą knajpę w Tajlandii. Uwielbiam to, że jedzenie w tajskich knajpach odgrywa tak istotną funkcję integrowania społeczeństwa. Wspólne spożywanie posiłków to codzienna okazja, by porozmawiać z właścicielem restauracji, podpytać sąsiada o jego ulubioną potrawę,wznieść toast z Chińczykiem z bloku obok,  zaprosić znajomego taksiarza na piwo, wymienić dwa zdania po angielsku z synem kucharki, zapytać jak ma na imię śmieszny pies jednej z klientek. Cokolwiek jest dobrym pretekstem do rozmowy. Nawiązują się luźne relacje. A potem nagle spotykacie się nie tylko w knajpie, ale także w sklepie, więc kiwacie do siebie głowami, mówicie dzień dobry, czasem podpytacie jak samopoczucie. Uwielbiam to.

tajski targ

BangkokSłońce

Banał, co? Nic nie poradzę. Pogoda w Polsce mi nie przeszkadza. Zimno. Deszcz. Wiatr. Zło. Znoszę to dzielnie, wewnętrznie czuje się ciepło. Jednak najgorsze są tygodnie, gdy w ogóle nie ma słońca. Jeden, dwa, trzy dni okej. Ale po 4 zaczynam odczuwać brak energii i z utęsknieniem spoglądam w niebo. Serio. Słońce robi różnicę. Z drugiej strony, gdy słońce stało się „towarem luksusowym” bardziej je doceniam. Jak tylko wyjdzie, to idę na spacer. Siedząc w tramwaju nadstawiam twarz, zamykam oczy i się grzeje. Nie spieszę się wracając do domu z uczelni. Powoli chodzę ulicami podążając za promieniami. Ciepło.

Klapki

Z bólem serca musiałam odkopać duże i ciężkie wojenne buty, szale, czapki i rękawiczki. Jak się w to ubiorę czuję się jak mały, brzydki gnom – powłóczę nogami, potykam się o własne stopy, jeansy uwierają mnie w dupę, skarpety dziurawią, a swetrów mam kilka i ileż można je nosić. Ostatnio zirytowałam sprzedawców w sklepie obuwniczym. Przez godzinę przymierzałam jakieś ogromne buciska na śniegi potworne i łaziłam po sklepie użalając się nad mym losem. Gdy za pierwszym razem zażądałam ocieplanych japonek, pracownicy nawet się uśmiechnęli. Ale po 60 minutach moich jęków i już nieśmiesznych żartów o klapkach zimą, mieli mnie dosyć. Kocham klapki całym sercem. A najbardziej te moje zużyte, przetarte klapki z Kambodży, które hurtownia wysyła losowo – akurat trafiłam fioletowe w rozmiarze 39 <3

Tajlandia

Koh PhanganLuz

Wszystkie moje tęczowe sukienki poszły w odstawkę. Dopiero teraz zdaje sobie sprawę jak bardzo uwielbiałam nie myśleć o tym co założę. Byle mieć jakieś gacie i szmatławą sukienkę do narzucenia. I tak się chodziło po pracy, na obiad czy na miasto. Nikt nie zwracał na to uwagi. A przyznajcie sami, jakby moją tęczową sukienkę ubrała latem w Polsce i tak wybrała się do centrum Warszawy, no to na bank hipiska-wariatka. Tak czy siak na pewno w wakacje wypróbuję moje tęczowe sukienki z Tajlandii.

Uśmiech

Tak jak go nie cierpię, tak uwielbiam. Wiem ile może kryć i jak często jest fałszywy. Z drugiej strony, uwielbiam Tajów, którzy próbują rozmienić mi 1000 batów na banknoty 100 i dają mi ich tylko 9, bo myślą, że w pośpiechu nie zauważę, a gdy wracam po sekundzie  z reklamacją, bez słowa wyciągają dodatkową stówkę i uśmiechają się do mnie szeroko i uroczo. Naprawdę, wtedy nawet mi się wkurzyć nie chce, ten uśmiech wyraża więcej niż tysiąc słów. Ponadto, za uśmiechem idzie otwartość. Może nie ma co liczyć na jakieś zażyłe przyjaźnie, ale pierwszy kontakt z Tajami poznanymi na targowiskach, w taksówkach czy na ulicy zazwyczaj jest mega przyjemny. Luz, lekkość i dobra energia zawsze przepływają w powietrzu.

Język tajski

Bardzo tęsknię za rozmowami po tajsku. Śmiesznymi nieporozumieniami, gdy używam złego tonu, życzliwymi reakcjami Tajów na moje próby komunikacji, zaczepianiem ludzi w kolejce z pytaniem jak się mówi po tajsku jogurt. Czasami, jak jest ze mną bardzo źle, to siedzę sobie samotnie w pokoju i gadam z google translatorem.

Sabai sabai

Tajskie – chillout, takie it easy – wyluzuj. Może wkurzać, szczególnie gdy spieszysz się na pociąg lub czekasz na wizę, a na dzień przed upłynięciem terminu ważności, nadal nie wiesz czy przedłużą czy nie. Jednak w  tym chaosie jest reguła. Tajowie się po prostu nie spieszą, nie lubią się stresować, własne dobro czy rodziny przekładają nad pracę lub pieniądze. Jeżeli zrozumiesz „sabai sabai”, dasz się w to wciągnąć i spojrzysz na świat przez tajskie okulary, nagle większość problemów zdaje się głupotami. I co z tego, że w knajpie dostałam wieprzowinę zamiast krewetek? I że van spóźnił się 20 minut? Co mi po tym, że się wkurzę, bo poszłam do sklepu, a on jest akurat zamknięty mimo godzin otwarcia, bo właściciel miał coś ważniejszego na głowie? Po się stresować takimi drobnostkami?

Bardzo trudno się przestawić i często ucałowanie klamki, gdy ma się ważną sprawę, jest mega irytujące. Niełatwo jest też „sabai sabai” wyważyć, w końcu nie mogę olewać stawiania się w pracy punktualnie, bo ważniejsze dla zdrowia jest się wyspać. Jednak przyznaję, że dzięki „sabai sabai” często orientuje się w porę, że bez sensu szargać nerwy dla jakiejś pierdoły. Odpuszczam. Wzruszam ramionami. Uśmiecham się i idę dalej.

tajski uśmiech

tajski uśmiech

tajski uśmiech

Kto wie co ta uśmiechnięta Pani sprzedaje? 🙂

Życzliwość

Ileż ja dobroci ze strony Tajów zaznałam, to by mi stron na blogu nie starczyło, by to opisać. Tak, były i słabe sytuacje, jak ta z oszustwem i sądem pracy (przeczytaj post – Sąd pracy w Tajlandii – o tym jak pozwaliśmy tajską agencję pracy), ale  już gdyby nie dobra wola naszego prawnika, który nam naprawdę pomógł, nigdy byśmy tego sądu nie ogarnęli i nie doprowadzili sprawy do końca. Pan Thong, gdy dowiedział się jak zrobiła nas agencja, odmówił przyjęcia wysokiego wynagrodzenia tłumacząc, że On sam nie jest dumny, że w Jego kraju dzieją się takie rzeczy, więc pomoże nam ograniczając nasze wydatki do minimum.

Często wspominam też tajską rodzinę, która zabrała mnie i Emila na stopa. Wracaliśmy z Koh Phangan, chcieliśmy dostać się do Bangkoku. Było trochę późno, po długim weekendzie spieszyliśmy się do pracy, brnęliśmy przed siebie. Zabrała nas rodzina, która nie jechała do stolicy, ale mogła nas podwieźć chociaż tych kilkadziesiąt kilometrów. Gdy wysadzili nas na ulicy było już ciemno. Od razu stanęliśmy z kciukiem, ale coś nam nie szło łapanie. Wyobraźcie sobie, że rodzinka nie odjechała, zaparkowali w oddali obserwowali czy na pewno uda nam się złapać auto i dojechać bezpiecznie do domu. Łapanie coś nam nie szło, więc ojciec rodziny zdecydował, że nie możemy tak po ciemku stać, przecież trzeba dojechać do domu! Bardzo uprzejmie dziękowaliśmy za pomoc i było nam aż głupio, ze się tak angażują w nasz powrót. Jednak rodzina nawet nie chciała o tym słyszeć! Siłą zaciągnęli nas do auta i odwieźli na najbliższy dworzec kolejowy. Czekali na peronie i odjechali dopiero, gdy pociąg ruszył. Dzięki tej rodzinie zdążyliśmy do pracy.

Nie zliczę ile razy Tajowie pomagali nam na ulicy. Z jednej strony, czasami nie mieli zielonego pojęcia dokąd chcemy iść i na oślep prowadzili nas w różnych kierunkach. Z drugiej strony, totalnie angażowali się w nasze dotarcie do celu. Krążyli po ulicach, pytali innych o prawidłowy kierunek, googlowali, wydzwaniali, cuda nie widy. Ale nie ma, że nas zostawią samych na ulicy, takich zagubionych! Skoro poprosiliśmy o pomoc, to chociaż nie do końca potrafią nam pomóc, zrobią wszystko, byśmy dotarli do celu.

Pamiętam, jak z Emilem wracaliśmy z Laosu autostopem. Spłukani jak elo. Podczas postoju na stacji benzynowej od ulicznej gar kuchni kupiliśmy zupę z makaronem. Jedną, bo na więcej nie mieliśmy. Ale nie przejmowaliśmy się tym, postawiliśmy na stole i podzieliśmy się pół na pół. Kucharka widząc naszą dwójkę umęczoną podróżą, z ciężkimi tobołami i jedną zupą, od razu podała nam drugą. Zaskoczeni tłumaczyliśmy, że zjemy jedną, że jest okej, nic nam więcej nie potrzeba. Ale kobieta odmowy nie przyjęła. Pieniędzy też nie. Po prostu, wyglądaliśmy na zmęczonych i głodnych, więc podzieliła się z nami tym co miała.

Tajowie są niesamowicie życzliwym narodem.

A za co Ty kochasz Tajlandię?
Posted in ŻYCIE W TAJLANDII.