Szukasz przygód? Dobrze się rozejrzyj!

Dojechałam do hostelu późnym wieczorem. Zarezerwowałam pierwszy lepszy – najtańszy. Nawet nie miałam ochoty wyjść na miasto. Wzięłam prysznic i już po 20, jak grzeczna dziewczynka, zakopałam się w pościeli. Leżałam na plecach wpatrując się w materac nade mną. Zastanawiałam się co ja też wyrabiam.

Po co tu jestem? Czego szukam?

W nocy nie mogłam spać. Hindus na łóżku obok okrutnie chrapał. W pokoju było bardzo gorąco, na oknach zbierała się wilgoć. Za ścianą grupka znajomych totalnie nie respektowała ciszy nocnej. Naciągnęłam koc pod same uszy. Niby już wpadałam w objęcia Morfeusza, świadomość odpływała, ale gdy tylko ciężkie powieki opadały przysłaniając świat czernią, przed oczami widziałam kolorowe twarze. Powykrzywiane, cierpiące, z wybałuszonymi gałami. W tej samej chwili serce przyspieszało, a ja z przerażeniem otwierałam oczy i starałam się nie dać omamić. Śniłam na jawie. Czułam się beznadziejnie. To była bezsenna noc.

Następnego dnia, totalnie wypruta, z zapuchniętymi oczami i czarnym myślami, wstałam by spotkać się z jednych z lokalsów. Cały dzień oprowadzał mnie po miasteczku. Dotarliśmy pod ogromną kamienną budowlę w samym sercu miasta. Przy samej ziemi, w dużym bloku piaskowca, wydrążono pięć półokrągłych otworów.

-A wiesz, że w tym miejscy kiedyś gaszono pochodnie?

Dowiedziałam się więcej niż z przewodników. Odwiedziłam kultowe knajpy, wspięłam się na punkt widokowy, spróbowałam lokalnych potraw.  To był przemiły dzień.

Jednak najfajniejsza przygoda miała mnie spotkać dzień później…

Skumałam się z kilkoma Polakami, którzy mieszkają w tym mieście od jakiegoś czasu. To miasto słynie z wysokiej budowli – wieży, która ma kilkadziesiąt pięter. Na jej szczycie co godzinę jeden z mieszkańców wygrywa tradycyjną melodię. Niestety, w porze „deszczowej” wieża jest zamknięta dla turystów. Ustawiliśmy się na zwiedzanie obiektu po znajomości. Jednak by się tam dostać musieliśmy wykazać się nie lada sprytem i zręcznością. WIEŻA MARCIACKA

Od jednej z dziewczyn dostaliśmy zdawkową instrukcję. Najpierw mamy stawić się pod metalową bramą. Następnie, po lewej stronie, poszukać niewielkich drzwi bocznych, prowadzących na szczyt wieży. Zadzwonić dzwonkiem i podać hasło. Podobno, ktoś ma nas wpuścić – dokładnie trzy osoby. Potem kilka zawałów serca w drodze na szczyt po stromych schodach i mała łapóweczka – flaszka dla grajka.

Poszło gładko, chociaż adrenalinka mi skoczyła, gdy podawałam hasło (Brazylia), a osoba po drugiej stronie przez chwilę się zawahała.

Prywatny koncert z taką panoramą miasta był wart każdej kropli potu, przelanej w drodze na szczyt budowli.

Lazurowe jezioro i smocze skały – ZALEW ZAKRZÓWEK

Tutaj mi się podobało najbardziej! Na facebookowym forum podpytałam lokalsów co niestandardowego powinnam zobaczyć. Okazało się, że niemal w samym centrum miasta jest ogromne jezioro, które powstało, gdy lazurowa woda zalała dawną kopalnię. Zbiornik otaczają niewysokie, smocze góry, na które można się wspiąć i podziwiać błękit wody w pełnej okazałości. Koniecznie wybierzcie się tam w piękny słoneczny dzień!

Dzień przed powrotem z tej podróży spotkałam się z Anią. Polką, która mieszka tam od dziecka. Zabrała mnie do najlepszej tajskiej knajpy w mieście. Tak ostrego curry już dawno nie jadłam! Miałyśmy chrapkę na przejażdżkę tuk tukiem, ale niestety nie było kierowcy. Musiałyśmy zadowolić się selfie. Recenzja tajskiej knajpy Samui. 

Jednak, moment, który wspominam najpiękniej to… powrót.

Gdy nareszcie dotarłam do Warszawy, po kilku tygodniach tułaczki, aż się wzruszyłam. Szłam do domu niespiesznie, mijając nagie drzewa. Patrzyłam w to samo błękitne niebo, uśmiechałam się do starych sąsiadów. Szczerze ucieszyłam się, że jestem w domu. Dlaczego?

Tym razem wróciłam już do mojego miejsca.

Nie musiałam rozpakowywać ciężkich, zakurzonych kartonów, zapomnianych na dwa lata w starej piwnicy. W mieszkaniu czekał na mnie mój ulubiony kubek, pościel w ananasy, niedoczytane książki rozrzucone w nieładzie na stole. Podwinięta palma, którą kupiłam, by czuć się u siebie lepiej. Żółty sweter, który namiętnie noszę od kilku tygodni. Różowy planer, w którym skrzętnie zapisuję kolejne spotkania z przyjaciółmi.

Serio, ucieszyłam się jak siema, że jestem w domu. I skumałam, że potrzebowałam tego wyjazdu, by ponownie wrócić, tylko tym razem do domu, a nie pustego, zimnego i obcego mieszkania.

Brzmi jak przygoda w Tajlandii? Zaskoczę Cię. Wszystko działo się Krakowie!

Teraz zaznacz tekst ctrl A i sprawdź, gdzie dokładnie byłam 🙂

Szukasz przygód? Dobrze się rozejrzyj.

Posted in PODRÓŻE.