z prawnikiem Zuza i Emil

Sąd Pracy w Tajlandii – o tym jak pozwaliśmy tajską agencję pracy

15.08 to dla nas ważna data. To właśnie tego dni kończy się nasza przygoda z poprzednią agencją pracy. Cała historię przeczytacie w trzech częściach poczynając od Kryminalnych zagadek Bangkoku część 1, następnie część 2 i ostatnia część 3.

Dzisiaj opowiem Wam jak się to skończyło…

23.11.2016, wpłynął nasz pozew przeciwko agencji do Sądu Pracy w Tajlandii.

Pierwsza rozprawa – 1.05.2017.

Długo czekaliśmy, by ponownie spojrzeć im w oczy. Pamiętam, jak na szybko wracaliśmy z Kambodży, po miesiącu spędzonym na wyspie. Dotarliśmy do Bangkoku na dzień przed rozprawą. Nie rozmawialiśmy o sądzie zbyt wiele. Nie wiedzieliśmy czego możemy się spodziewać. Czy będą z prawnikiem? Czy będą próbowali nas ponownie zastraszyć? Jak zareaguje sędzia? Czy naszemu prawnikowi można ufać? Jak to ogóle przebiega? Nie mieliśmy za bardzo pojęcia jak wygląda sądowa procedura w Tajlandii. Ale nie myśleliśmy zbyt wiele, nie oczekiwaliśmy. Po prostu, pójdziemy tam, zaciśniemy szczęki i stawimy czoła wyzwaniu.

O 9 mieliśmy być w sądzie. Czy wspominałam, że po raz pierwszy w życiu miałam wejść do jakiegokolwiek sądu, nie mówiąc już o sali i całej rozprawie? Ufff. Wstaliśmy o 6 rano, o 7 byliśmy już w taksówce. Na śniadanie czarna kawa na ściśnięty żołądek, a potem sześćdziesiąt długich minut, na drewnianych krzesłach, w niepewności…

Okazało się, że pierwsze spotkanie to mediacja. Niestety, nie było nam dane spojrzeć w twarz szefowi i pracownikom agencji. Nie stawili się. Hmmm. To było do przewidzenia.

Kolejna rozprawa wyznaczona na 26.06.2017.

Jednak – niespodzianka! Prawnik zapytał nas czy pamiętamy adres agencji. Zdziwieni, ale pokiwaliśmy głowami. Khun Thong poprosił, by Go tam zabrać. Chciałby osobiście powiadomić agencję o kolejnej rozprawie. Serce szybciej mi zabiło. Wcale nie chciałam ich znowu widzieć, szczególnie nie w tym miejscu. Nie tam gdzie nas tak sponiewierano i zastraszono.  Byle nie tam, gdzie zwątpiłam w dobrych ludzi. Nie tam gdzie odkryłam w sobie tak dziką nienawiść, która zatruwa serce i zaślepia umysł…

W naszym interesie było, aby w końcu się stawili. Nie mieliśmy wyboru. Zaufaliśmy prawnikowi i wsiedliśmy do taksówki.

Wskazaliśmy dom i stanęliśmy w cieniu, a Pan Thong zapukał do drzwi przynosząc niewesołą nowinę. Drzwi otworzyła sekretarka lalusia. „Ojej, dzień dobry, śmichy chichy, a kim Pan jest? Jaki miły dzień hihi.” Wtem wysuwamy się z cienia. Piękna twarzyczka wykrzywiła się w grymasie niezadowolenia. Weszliśmy do środka. Nie cierpimy tego miejsca. Znane nam biuro agencji odwiedziliśmy po pół roku, tylko tym razem my przyszliśmy z obstawą. Twarze im zbladły. Chyba się nie spodziewali, że po tak długim czasie koszmar powróci. Zasiedliśmy na kanapie i z ciekawością przyglądaliśmy się tajskiej rozmowie. Okazuje się, że agencja nic nie wiedziała o rozprawie (albo ściemniali) co nie zmienia faktu, że powiadomienie zostało wysłane i wszystko odbyło się zgodnie z prawem. Zapewnili, że pojawią się na kolejnym spotkaniu.

26.06.2017

Tym razem nie mediacja a prawdziwa sala rozpraw! Prawnicy w togach, troje sędziów, ukłony dla króla, wszystko po tajsku. Pierwszy raz w życiu stałam na sali sądowej. Pierwszy raz w życiu musiałam wstać, gdy wchodził sędzia. Pierwszy raz w życiu musiałam podpisać protokół rozprawy.

Nasi przeciwnicy ponownie się nie stawili. Czarowali, coś niby papierów na czas nie otrzymali, że zostały wysłane nie na ten adres. Kolejne spotkanie 15.08 – ostateczne! Jeżeli znów się nie pojawią to wygrywamy walkowerem. Choć prawnik twierdził, że lepiej dla nas by się stawili… Formalna, sądowa egzekucja trwała by co najmniej rok. Jeżeli stawią się w sądzie i zawrzemy kompromis, to spłacać zaczną nas już po miesiącu. No cóż.

15.08.2017

Finalne spotkanie.

Niespodzianka! Stawili się! Zaskoczyłam się bardzo. Nie wierzyłam, że przyjdą. A tu proszę – nasza była agentka i żonka szefa. Obie z minami słodkich, porzuconych pieseczków. Sąd zarządził najpierw mediacje. Obie strony usiadły do stołu i wyłożyły swoje argumenty.

Następnie mediatorka (starsza babka z peruką) poprosiła, aby strony na osobności złożyły swoje propozycje. Nas wyproszono na samym początku. Agencja w sumie wisiała nam niemal 100.000 thb (około 11.000 zł). Na ten dług składały się dwie pełne, wypracowane pensje za wrzesień 2016, dwie pensje w połowie za październik (według umowy mieliśmy dostać połowę pensji w wakacje) oraz pieniądze za dni przepracowane po powrocie w listopadzie. W sumie sto tysięcy kafli. A gdyby doliczyć odszkodowanie (dodatkowe dwa miesiące pensji na głowę)…? Koszty zwolnienia i problemów wizowych…? Odprawę…? Oraz państwową karę za brak wypłaty pensji…? Nie wiem ile dokładnie, ale wychodzi co najmniej dwa lub trzy razy tyle.

Oczywiście pieniądze od początku nie były pierwszorzędne, jeśli chodzi o motywacje naszego pozwu. Dla nas bardziej rozchodziło się o samą sprawę. O to co się wydarzyło. Znaliśmy już kilku nauczycieli, którzy przejechali się na agencji w podobny sposób. Dlaczego to błędne koło nadal ma się kręcić? Dlaczego mają czuć się bezprawni? Dlaczego nie mamy im się przeciwstawić? Dlaczego mamy dać się zastraszać i ograbiać?

Dlatego ponownie usiedliśmy do negocjacji. Czekaliśmy na propozycję.

Wracamy na salę, a tam NIC. Agencja nadal uważa, że nic nam się nie należy, bo nie mamy racji. No kurwa… Ale my naprawdę chcieliśmy zakończyć już sprawę, dlatego zeszliśmy z ceny. Choć emocje w nas zawrzały i byliśmy o krok od walki totalnej w sądzie, to w porę opamiętaliśmy się…

Nienawiść nie przynosi nic dobrego, a jedynie wypala od środka. Nie warto inwestować swojej dobrej energii w gniew i żądzę zemsty.

Po niemal dwóch długich godzinach w końcu zgodziliśmy się, by oddali nam pieniądze za wszystkie przepracowane dni we wrześniu i listopadzie, wyłączając wakacje. Razem 70.000 thb w 10 ratach po 7.000 miesięcznie na pół na nasze konta. Pierwsza rata za 2 tygodnie. Ciekawe czy zapłacą. Hmmm. Przyznam, że to zgniły kompromis. Ale albo to, albo roczna sprawa w sądzie i kolejny rok na egzekucje. Zresztą…

Nie chodziło o pieniądze. W naszym mniemaniu sprawę wygraliśmy. Dostaniemy co do grosza, to na co uczciwie zapracowaliśmy. A co więcej, zdobyliśmy się na odwagę by o swoje prawa zawalczyć. I tego doświadczenia, i siły z niego wynikającej, nikt nam nie odbierze.

Chciałabym się także odnieść do Pana Thonga Seehawonga – naszego prawnika. Jesteśmy bardzo zadowoleni z naszej współpracy.

Pragnę zaznaczyć, że w trakcie każdego spotkania, rozmów i mediacji całość tajskiej konwersacji była jednocześnie tłumaczona na język angielski. Dzięki Panu Thongowi rozumieliśmy wszelkie dokumenty, słowa i całą procedurę. Zostaliśmy potraktowani poważnie i z szacunkiem. Uważamy, że Pan Thong naprawdę nam pomógł i bez Jego opieki, rad i mądrych kroków, nie udałoby się nam pokonać agencji. Jeżeli kiedykolwiek będziesz w trudnej sytuacji w Tajlandii z nagłą potrzebą prawnika, to pisz śmiało – Mr. Thong Seehawong – z czystym sercem polecamy. Tutaj link do profilu na facebooku wraz z numerem telefonu – Thong Inter Lawyers Law Office. Jeśli skorzystasz, to nie zapomnij powołać się na nas – w Tajlandii takie sprawy są ważne 😉

I w tym miejscu chcielibyśmy bardzo podziękować także Andrzejowi Kuśnierczakowi, który przejął się naszą sprawą i polecił nam właśnie Pana Thonga. Andrzej – dziękujemy! 

A ponadto, dziękujemy rodzinie i przyjaciołom – za wsparcie w trudnych chwilach. Gdy w ciemno wróciliśmy w listopadzie do Tajlandii i nagle zostaliśmy bez pracy, bez środków do życia, a jeszcze byliśmy zastraszani i upokarzani… Gdyby nie wy, nie osiągnęlibyśmy tego co mamy dzisiaj. DZIĘKUJEMY. Jesteście naszą siłą.

A na koniec, chcę dodać, że i ja i Emil stanęliśmy ramię w ramię i wzajemnie wspierając się, stawiliśmy czoła temu wyzwaniu. On dodał mi odwagi by zacząć walczyć, ja uspokoiłam złe emocje, gdy zawrzały na sam koniec. Zrobiliśmy to razem.

Zuza

Ps. Słyszałam, że należy uważać na „Kreatywny Angielski Świat” w języku angielskim. Tak słyszałam. Uważajcie!

Posted in PRZYGODY and tagged , .