„I jak tam po powrocie?” – część 3. JA PIERDOLĘ

„I jak tam po powrocie?”

Jezu. To pierwsze pytanie, które mi wszyscy ciągle zadają, po dwóch latach spędzonych w Tajlandii. Mam go serdecznie dosyć. Bo co mam odpowiedzieć? Jak zmieścić 24 miesiące doświadczenia i wszystkie moje uczucia w jedno słowo? W zależności od mojego humoru i poziomu zirytowania mam przygotowane trzy zestawy:

 „I jak tam po powrocie?” część 1. ZIMNO

„I jak tam po powrocie?” część 2. SPOKO

A dzisiaj opowiem Wam jak nisko upadłam.


Muszę zedrzeć z siebie skórę, zajrzeć w te zielone oczy, wbić paznokcie w samo serce. Rozdrapuję do żywego. Bezlitośnie wyżymam swoje uczucia na zlepek słów. Szukam, uporczywie szukam. Szarpię.  Zaciskam oczy, wsłuchuje się  i próbuję uchwycić istotę tego małego, nieznośnego uczucia. Pochłania mnie. Podsycam je, aż do bólu.


Grudzień był beznadziejny. Okrutnie się pogubiłam. Straciłam całą swoją siłę, energię, pewność. Siebie.

Kim jestem? Dokąd zmierzam? Po co?

Czułam się totalnie wypalona. Pusta. Zimna. Wyżarta. W ciągu dnia, w nocy, przez cały czas, ciągle, zawsze i wszędzie towarzyszyło mi to dziwne uczucie. Smutku? Niepokoju? Tęsknoty? Nie potrafiłam go nazwać. Nie mogłam się go pozbyć. Nie byłam w stanie przez to funkcjonować.

Ukojenie przynosiło jedynie zagłuszanie. Bodźce. Ludzie. Alkohol. Czekolada.

Przytyłam pięć kilo. Ja pierdolę.

Byłam zmęczona sobą.

Samotność. Nie mogłam spać. Nie znosiłam tej wszechogarniającej ciemności, która mnie pochłaniała. Nie mogłam odnaleźć się w zimnej pościeli. Nie chciałam pamiętać, że usypiam. To najgorszy moment. Zostawałam sama ze sobą, swoim strachem i zagubieniem. Ja, czerń czterech pustych ścian i tysiące myśli migających w mojej głowie. Przecież nie da się uciec od własnego umysłu.


Ty odchodzisz, ona zostaje. Sprawia, że moja klatka piersiowa zapada się. Ubieram grubszy sweter. Otulam się sobą. Myślami, wspomnieniami, sentymentami. Cieplej mi. Przymykam oczy i obiecuje sobie, że następnym razem będę mieć więcej odwagi.


Kuliłam się w sobie zakopana pod trzema kołdrami. Doświadczyłam poczucia totalnego bezsensu. Cholera, jeszcze gdyby ono miało jakąś konkretną przyczynę, którą mogę w sobie zlokalizować i coś z tym zrobić. Ale ten brak sensu zdawał się być bezkresny i odwieczny. To było najgorsze. Byłam bezbronna wobec tego dziwacznego uczucia z którym nic nie mogłam zrobić.

Tonęłam w tym oceanie zagubienia. Wręcz pozwalałam sobie na to. Chciałam zrozumieć. Uchwycić istotę. Przeżyć to. Świadomie osuwałam się w tą wewnętrzną przepaść. Pocieszałam się, że trudne chwile zdarzają się każdemu. Nie walczyłam z tym.

Mam prawo czuć się źle. Mam prawo być zagubiona. Mam prawo sięgnąć dna.

Wiedziałam, że w końcu stanę na nogi. Odetchnę.

Oswoję samotność.
Poskromię strach.
Polubię tęsknotę.
Uspokoję tkliwość.
Ukołyszę niepokój.

Dzisiaj jest już dobrze. Nie chcę wracać do tamtych uczuć. W sumie chciałam Wam napisać coś innego… Coś bardziej konkretnego. Ale jednak nie chcę. Zostawmy to.

Bo tak naprawdę, w głębi serca boję się, że to wróci i uderzy ze zdwojoną siłą…

Tyle razy przyrzekałaś, że od dzisiaj będziesz dorosła. Jak często zaciskałaś zęby udając, że ten chłód Cię nie obchodzi. Za dnia dumnie prostowałaś plecy, w nocy po Twojej  twarzy spływały zimne łzy. Nie oszukuj się. Od zawsze nosiłaś w sobie tę gwałtowność. Za każdym razem dawałaś się pochłonąć, kłamiąc sobie w żywe oczy, że to ostatni raz.


Posted in TAJLANDIA, Z ŻYCIA MILLENIALSA.