Nowe życie

Wiecie jak to jest, kiedy nic nie idzie po waszej myśli, a życie rzuca kłody pod nogi? Na pewno wiecie i my też wiemy.

Długo milczeliśmy. Ostatni post na blogu 14.05 upamietnia tę wstydliwa 3 miesieczną przerwę. Jednak już nawet post o naszej podróży do Laosu pisany był resztkami sił.

Kwiecień był okrutny. Bezlitośnie pozbawił nas nadziei na lepsze jutro.  Zerwał z nas uśmiechnietą powłokę wiecznego optymizmu, stanęliśmy nadzy i bezbronni wobec życia, w dodatku zmagaliśmy się z nim gdzieś  na końcu świata z dala od bliskich…

Miesiąc zaczął się naszą podróżą do Laosu i na północ Tajlandii. Oczywiście nowe doświadczenia i niezwykłe przeżycia będziemy wspominać długo, ale jak to podróż…. Wróciliśmy do Bangkoku zmęczeni i totalnie spłukani. Jednak nie wracaliśmy do pustki, nasz przytulny i klimatyczny taras w Bangkoku przyciągał inspirujących ludzi.

Kamil Michalczyk, Bałagan w Sakwach, Śledz Nas, Jana on Tour.

Wszyscy młodzi, pełni pasji, pozytywnie nastawieni.  To była dobra ekipa „Kanye West na Kamciana, przy  Haj Tai Mai”. Tworzyliśmy własną przestrzeń, czuliśmy się w niej wyjątkowo. Aura wokół pamiętnego tarasu była magiczna. Tam spotykaliśmy się wieczorem po całym dniu, tam jedliśmy razem, pracowaliśmy i toczyliśmy rozmowy o życiu i najnowszych zajawkach. Nasz stół był ciężki i zawsze za mały. Te niewygodne, drewniane ławy usłyszały kilka dobrych żartów, dużo niezwykłych ludzkich historii, mnóstwo kreatywnych słowotoków i jeszcze więcej anegdotek z podróży.

taras mieszkania w BangkokuTaras tętnił życiem, był naszym sercem Bangkoku. Wraz ze śmiercią Macieja stał się pusty i zimny.

Noc z czwartku na piątek 29.04.16 zapamiętamy na całe życie. Czekaliśmy na Macieja właśnie na tarasie.

„Jadę do domu”.

I tak czekaliśmy, czekaliśmy… Wciąż czekamy. Uczucie czekania ze świadomością, że ktoś już nigdy nie wróci, jest naprawdę bolesne. Bo to nie mija. Czekamy, chociaż to oczywiste i racjonalne, że już Go nie ma, chociaż czasu nie da się cofnąć, chociaż byśmy bardzo chcieli… Najbardziej przerażające było to, że przecież wszyscy siedzieliśmy na tym tarasie… Wszyscy planowaliśmy, marzyliśmy i żyliśmy pełną piersią. Przez chwilę nawet żałowałam, że w ogóle tu jesteśmy. Rozgoryczona myślałam dlaczego On, dlaczego akurat w tym pozytywnym miejscu, dlaczego?

Sięgnęliśmy dna. Pokoje stały się za ciasne, słońce zbyt gorące, a w lodówce był tylko chleb i czosnek.

Ja wiem, że nie wszyscy widzą, nie wszyscy wiedzą. Ja wiem, że my nie chcemy, by ktoś widział i wiedział. Taka jest prawda – totalnie sięgnęliśmy dna. Życiowo, psychicznie, finansowo i między sobą. Dno. Czeluście piekieł. Czułam się przegrana i życiowo skopana. Miałam wrażenie, że zawiodłam samą siebie. Nie chciałam wierzyć, ze tak skończę przygodę z Tajlandią i wrócę do domu pokonana przez życie. Na tarczy, prosto na mój osobisty stos. Kwiecień był bardzo okrutny.

A potem przyszedł maj. W Polsce maj zazwyczaj kojarzy mi się z eksplozją życia, intensywnymi kolorami, śpiewem ptaków i upragnionym zaduchem w mieszkaniu, ze słońcem. Maj w Tajlandii był dla nas łaskawy.

Pewnego dnia, jeszcze na długo przed majem, jakoś w trakcie polskiej zimy, gdy w Tajlandii było znośnie ciepło… Szliśmy, ja z Emilem, betonową, wąską ścieżką  z naszego tajskiego osiedla prosto do sklepu. Nagle, patrzymy, a tam idzie Arab z krwi i kości. „No ciapaty”, jak pomyślałoby pewnie niemało Polaków. „No ciapaty”  jak pomyśleliśmy i my, którzy uważają siebie za otwartych i tolerancyjnych. Niestety.  Zatrzymaliśmy się i pytającym wzrokiem spojrzeliśmy na obcego. „What are you looking for, my friend?” Z naszych ust padło to pytanie, jakby z automatu, jakby w podświadomości były wdrukowane konkretne pytania, do konkretnych ludzi, konkretnej narodowości, oczywiście w konkretnym, niezbyt przyjemnym tonie. Ruska spytalibyśmy czy pije. A Bena spytaliśmy  „czego on tu szuka?”. Okazało się, że mieszka na naszym osiedlu. Jest nauczycielem angielskiego w szkole i dużo pracuje, dlatego rzadko go widujemy.

I tak, kilka miesięcy później, w maju,  Ben odmienił nasze życie. Gdy spotkaliśmy go ponownie na tej betonowej, wąskiej ścieżce, to bez cienia nadziei zapytaliśmy o bycie nauczycielem. A tak. Po prostu. Bo czemu nie. Bo nie mieliśmy nic do stracenia. W środę zapytaliśmy, w sobotę rozmowa o pracę, w niedzielę przeprowadziliśmy się 100 kilometrów od Bangkoku, a w poniedziałek zaczęliśmy uczyć w publicznej szkole na prowincji.

Śmierć Macieja była dla nas ważna, miała na nas ogromny wpływ. Zamknęła pewien etap naszej przygody w Tajlandii. Kochaliśmy nasz taras w Bangkoku… Ale musieliśmy wygrzebać się z samych siebie, z losu, z sentymentu. Podróże często kojarzą się z odnajdywaniem sensu. Ale dlaczego tak rzadko pisze się jak bardzo jest to bolesne? Dlaczego napotykamy tak wiele upokorzeń, zawodów i smutku po drodze? Dlaczego nikt nie powiedział nam, że podróż po Tajlandii nie będzie tylko piękną bajką o spełnianiu marzeń?  Dlaczego życie jest okrutne?

Niby się to wie, a jednak tak bardzo nie rozumie.

Codziennie uczymy się pokory. Wcale nie łatwo jest czasem zamknąć jadaczkę, położyć uszy po sobie i dostosować się. Jestem marzycielką, myślałam, że zwojuję świat, że mam go tuż pod stopami. Czułam się niepokonana. I chociaż moje wyobrażenia o „cudownej podróży życia” nie bardzo przystawały do rzeczywistości to brnęłam w to, nie oglądając się za siebie. Gdzieś się w tym wszystkim pogubiłam. Kwiecień zmasakrował nas, nasze serca, ciała i umysły.

Nie poddaliśmy się. Balansowaliśmy na cienkiej granicy, sprawdzając tanie loty do Polski. Najłatwiej byłoby uciec do domu, wszyscy by to zrozumieli i jeszcze przyklasnęli, że nareszcie wracamy. Ale wtedy, w kwietniu, nie poddaliśmy się mimo wszystko. Otrząsnęliśmy się z marazmu, przyjęliśmy życie takim jakim jest godząc się na to, że nie jesteśmy niezwyciężeni i nieśmiertelni. Musieliśmy spojrzeć naprzód, przetrawić to co było, pogodzić się z faktami obdartymi z naszych wyobrażeń. To też bolało, przyznać się przed samym sobą, że wcale nie jest tak dobrze jak chcieliśmy, że nasza „podróż marzeń” wymyka się spod kontroli, że coś nam umknęło. Stawiliśmy czoła problemom i zamknęliśmy ten rozdział. Rozpoczął się kolejny, a my wracamy do Was pełni kreatywnej energii i siły, nadal ciekawi czym jeszcze zaskoczy nas życie.

Nowe życie.

Zuza

Posted in TAJLANDIA, Z ŻYCIA MILLENIALSA.