dziewczyna z plecakiem

Sama nie wiem o czym napisałam

Siedzę właśnie na kanapie w domu, patrzę na nagie drzewa za oknem i piję kawę. Moje życie pędzi jak szalone, mam mnóstwo spraw na głowie. Studiuję, prezentuję, spotykam się, pracuje zdalnie. Musiałam nareszcie posprzątać chatę, śmierdzące naczynia leżały w zlewie tydzień. Matko. Mam ostatnio jakiś dziwny zastój w sobie. Jakby mi się zimniej zrobiło. Przekłada się to na pisanie, idzie mi jak po grudzie. Zaniedbałam „Alfabet tajskości”. Totalnie zmuszam się do wypocenia chociaż tysiąca znaków. Staram się to robić, bo dyscyplina i konsekwencja to w pisaniu podstawa.

Tęsknię za Tajlandią. Zapachami, kolorami, hałasem, za codziennością, która jest niespodzianką. Okrutnie tęsknię. A im częściej opowiadam o Tajlandii, tym bardziej tęsknię i tylko się nakręcam. Każda prelekcja zmusza mnie do wracania wspomnieniami do tamtych przeżyć. Odżywają we mnie emocje, nagle przypominają mi się historie, które już dawno zatarł czas. Ciężko to wszystko opowiedzieć. Jak zmieścić dwa lata w godzinę? Trudne jest to, że z tym doświadczeniem jestem tutaj sama. Wiem, że inni mnie wysłuchają, zadadzą kilka pytań, może po części zrozumieją, ale mimo wszystko, czuję się ze swoimi wspomnieniami samotnie.

Chłód sprawia, że mam ochotę okryć się kocem i tulić koty, których już nie mam. Pojawia się jakaś dziwaczna tkliwość, durne sentymenty i westchnienia. Rozmemłanie.

Może tak naprawdę tęsknię za życiem, które tam miałam i wcale nie chodzi o Tajlandię? Możliwe. Przez dwa lata wydarzyło się tak wiele, że to głowa mała. Wracając do Polski pomyślałam sobie, że wręcz za dużo. Gdy spojrzę wstecz, mam wrażenie, że przegięłam. Doprowadzałam siebie, swoje ciało i emocje do granic wytrzymałości.  Intensywność przeżyć mnie wypaliła. Ze skrajności z skrajność. Teraz jestem silniejsza, ale dużo mnie to kosztowało.

Czułam się wewnętrznie wypatroszona.  Odkryłam to dopiero na miesiąc przed powrotem. Czasami zbyt wiele znosiłam, szarpałam się i walczyłam z losem. Czy żałuję? Oczywiście, że nie. Teraz zrobiłabym dokładnie to samo. Dzięki temu wiem, na ile mnie stać. Mówię tutaj totalnie o sobie, bo takie granice są bardzo relatywne, każdy ma własne. Pewnie teraz, wiedząc jak mocno mogę przekroczyć własne granice zdrowego rozsądku, posunę się o krok dalej. O ironio – nie mogę się tego doczekać!

Bodźce. To uzależnia tak samo jak męczy. Spirala się sama nakręca. Dzieje się, dzieje się, zbyt wiele się dzieje, to męczy, otrząsam się, odpoczywam i znów tęsknie za dzianiem się, szukam bodźców, znów dużo się dzieje. Jednak moje oczekiwania co do intensywności wzrosły, teraz mogę się tylko piąć po skali. Coraz więcej, mocniej, dalej.

Ludzie często określają mnie jako „podróżniczkę”. Ja się za taką nie uważam. W mojej głowie, podróżnik to ktoś kto samotnie zdobywa górskie szczyty, objeżdża świat dookoła rowerem, miesiącami błąka się po bezdrożach śpiąc w namiocie. Nieważne co i jak robi, ale totalnie przekracza własne granice. Zaczęły fascynować mnie podróże ekstremalne. Wyprawy, które są trudne nie tylko dla głowy, ale też dla ciała. Zdaje mi się, że definiuję „podróżnika” w takich kategoriach, jakie sama sobie wypracowałam w podróży. Kolejny poziom na mojej skali intensywności. To jednak tylko moja interpretacja.

Na pierwszy plan wychodzi mi „samotność”. Mam wrażenie, że ten stan jest istotny w podróży. Coraz częściej mam ochotę wyjechać gdzieś sama, a nigdy bym się tego po sobie nie spodziewała. Od zawsze uważałam się za istotę stworzoną do życia w grupie, związku, dzielenia się wszystkim z drugim człowiekiem. A jednak. W mojej głowie samotna podróż byłaby kolejnym punktem na skali intensywności. Aktualnie czuję się samotnie z moimi wspomnieniami z Tajlandii. A gdyby tak przeżyć jeszcze raz to samo, ale tym razem sama jak palec, jednak mądrzejsza o doświadczenia z poprzednich lat? Gdyby posunąć się o krok dalej i poczuć się samotną w trakcie przeżywania? Czy to jest kolejna bariera, którą mogę pokonać? Czy mnie na to stać?

Trochę się boje tego co piszę, trochę się wkręcam. Po cichu się zastanawiam. Z natury jestem ciekawa, nie cofnę się tylko ze strachu, szukam bodźców, chcę przełamywać kolejne bariery. Myśl o samotnej podróży w nieznane już kiełkuje w mojej głowie.

Ale na razie muszę grzecznie siedzieć w Warszawie. Wrócić na ziemię, dopić kawę, zaścielić łóżko, otrząsnąć się z odrętwienia i nareszcie wyrzucić śmieci.

Posted in Z ŻYCIA MILLENIALSA.