Móc, to nie zawsze chcieć.

Mogłabym tak wiele.

A nic z tym nie robię, by wykorzystać potencjał. I swój. I sytuacji.

W internecie wszyscy odnoszą spektakularne sukcesy. Naczytam się, naoglądam, posmutnieję.

Też bym tak chciała. Też bym tak mogła. Mogłabym, ale…

Za mało pracuję, za mało tworzę, za mało we mnie konsekwencji, za mało systematyczności, za mało ambicji, za mało talentu. Za dużo myślę, za mało robię. Ciągle za mało.

Nie wiem.

Biorę głęboki wdech.

Hej, Zuza! Masz dopiero 25 lat. Tak? Tak.  Spokojnie.

Potem patrzę na to co już przeżyłam i osiągnęłam i znowu głęboko oddycham. Przecież się rozwijam. Realizuje swoje małe cele. Prę do przodu.

Ostatnio szef powiedział mi, że czasami rozgrzebuję projekty i je porzucam.

Ma rację. Łatwo się rozpraszam. Tak wiele dzieje się dookoła. Trudno mi utrzymać uwagę i skupienie. Ciągle łapię się na tym, że zapominam co miałam zrobić.

Poprawiam ofertę, jak zwykle na asap. Nagle przychodzi mail, więc automatycznie odrywam się i odpisuję, że tak, już poprawiam harmonogram. Milion otwartych kart, przełączam je, już jestem w managerze facebooka, już poprawiam post, ale nagle dzwoni inny klient, że gdzie są zdjęcia na Instagramie, że miały być wrzucone wczoraj. Oj. Znowu się przełączam, wrzucam zdjęcia, ale przypomina mi się, że miałam podesłąć draft umowy copywriterowi, o nie, to ważne, więc przełączam kolejną kartę. Po chwili mam rozgrzebane cztery sprawy, żadna nie zakończona, wszystkie pilne, a ja już nie pamiętam od czego zaczynałam. Co? Ach, oferta!

Mam wrażenie, że to samo robię ze swoim życiem. Praca, blog, studia, ludzie, podróże, zdrowy tryb życia. Wszystko jednocześnie. Rozgrzebane.

Dziś znowu naczytałam się w internecie. Pooglądałam sukcesy innych. Przejrzałam ich strony internetowe, wywiady, oferty.

A ja co? Rozgrzebuję projekty, których nie kończę.

Wszyscy dookoła krzyczą, że musimy mieć cel.

Gdzieś zmierzać. Na coś pracować. Żeby tylko tyle! Ten cel powinien być SMART! Specific, Measurable, Achievable, Realistic, Time-bound. Określony, Mierzalny, Osiągalny, Realistyczny i Ograniczony czasowo. 

No to proszę bardzo! Jeszcze w styczniu, gdy mój blog miał dopiero 4 miesiące, stawiałam sobie wysoko poprzeczkę. Wiecie, YouTuby, hajsy, produkty własne i te sprawy.

Codziennie rano budziłam się i nerwowo spoglądałam na zegarek.

Minął kolejny dzień. I kolejny. Obłęd. Z dnia na dzień serce biło mi coraz szybciej, mięśnie boleśnie spinały, a czoło marszczyło.

Pewnego dnia, gdy już zaczynałam zgrzytać zębami ze stresu, że nie uda mi się swoich celów osiągnąć, to przypadkiem rozmawiałam z Kają z Globstory (jak nie kojarzycie, to zmykajcie na YouTuba). Ot, zwykłe wiadomości na Instagramie. Pytałam ją o jej ścieżkę rozwoju, szczególnie po obejrzeniu filmu, w którym mówi o tym jak to się stało, że rzuciła robotę w Digital Marketingu i zaczęła utrzymywać się tylko z YouTuba. Powiedziałam jej jakie mam cele, że pracuję, by je osiągnąć, że są konkretne, mierzalne, że wiem dokąd zmierzam, ale trochę się miotam, bo nie wiem w co ręce włożyć i którą srokę za ogon ciągnąć.

I tak totalnie randomowo, po przeczytaniu tego mojego ambicjonalnego wywodu, Kaja napisała mi:

Chrzanić cel. Mnie cele stresują.

Zdębiałam. Oczywiście dodała też coś o tym, że trzeba lubić to co się robi i robić to wystarczająco długo, że sama droga jest ważna i że uratuje nas tylko spokój, ale „chrzanić cele” ciągle stało mi przed oczami. Doznałam olśnienia. Przecież mnie te moje cele stresują na maksa. Może lepiej byłoby odpuścić sobie? Odetchnąć?

Czasami zachowuje się, jakbym już, teraz, zaraz, nagle, od razu, musiała osiągnąć wszystko.

Puknęłam się w czoło. Aż zabolało. Nie muszę gonić internetowych ideałów. Nie muszę podbić świata w pół roku. Nie muszę zostać cyfrową nomadką w trzy miesiące. Nie muszę sobie nic udowadniać. Mogę, ale po co?

Dzisiejszy świat daje nam duże możliwości. Wiem, że to brzmi jak taki pierdolet, ale… Globalizacja, język angielski, praca zdalna, otwarte granice, internet. Blabla, wiem. Jedak zgodzisz się ze mną, że mnogość pomysłów na życie jest przytłaczająca.

Do cholery, w tym całym bałaganie, czego my tak naprawdę chcemy?

Serio chcesz zapierdalać jak głupi osioł? Czy naprawdę chcesz spędzać czas z niektórymi ludźmi? Jesteś pewna, że masz ochotę na te fit rewolucje? I Ty też – jesteś przekonany, że kredyt na mieszkanie nada sens Twojemu życiu? Czy na 100% te dodatkowe zlecenia i nieprzespane noce są Ci potrzebne? Czy na bank musisz założyć rodzinę? Pojechać w podróż życia? Zacząć swój biznes?

Łatwo zgubić się w gąszczy świetnych rad życiowych kołczów, komentarzy internetowych mądrali, oszałamiających sukcesów, inspirujących historii i opinii bliskich osób.

Powoli. Zatrzymaj się, spójrz w niebo i mając świadomość tych wszystkich możliwości, zastanów się czego tak naprawdę pragniesz.

Przecież nic nie musisz.

Możesz.

O ile tego chcesz.

 

Posted in Z ŻYCIA MILLENIALSA.