Laos visarun – przepychanka w tajskiej ambasadzie

Kolejny visarun za nami. To już trzeci wyjazd po pracowniczą wizę nonB do Laosu. Pierwszy był do Wientian, dwa kolejne właśnie do Savannakhet. Malutkiego, uśpionego, acz przytulnego miasteczka. A o wizę walczyliśmy dzielnie, szarpiąc się z urzędnikami. Pasywna agresja w najlepszym wydaniu!

Savannakhet okazało się zbawieniem. Zero kolejek, brak dzikiego tłumu na granicy, wszystko na spokojnie. W odróżnieniu od Wientian. Kto był, ten rozumie.

Ale żeby tak sielsko nie było, nadszedł czas wycieczki do tajskiej ambasady. Niby wszystko jak zawsze, dokumenty przygotowane, my obeznani z procedurą. Ale… Nigdy nie wiesz na kogo w okienku trafisz. A lwia część decyzji, może zapaść w zależności od nastroju oficera. I właśnie taka przygoda nas spotkała.

Nakreślę Wam sytuację. Wcześniej, w lutym pojechaliśmy po nonB. Jednak semestr kończył się w połowie marca, więc nasza Agencja nie ogarnęła workpermitu. Czasu było mało, a procedury są wkurzające. Wyjechaliśmy do Kambodży, przez co anulowali nam wizę pracowniczą. Oczywiście, mogliśmy kupić reentry, ale nie miało to sensu, bo wiza i tak by wygasła w trakcie naszego pobytu na wyspie. Zresztą powrotu do szkoły nie planowaliśmy. Jednak, nieoczekiwanie wróciliśmy na kolejny semestr w maju. Na granicy dostaliśmy wizę turystyczną. Dawna nonB już się sto razy nie liczyła i nawet nie moglibyśmy do niej mieć workpermita, bo on też powinien zostać anulowany razem z wizą. Nie masz kontraktu, nie pracujesz, to spadaj 😀 Dlatego w czerwcu ponownie musieliśmy jechać do Laosu po wizę nonB.

I tu zaczęły się schody. Oficer ewidentnie nie był w dobrym humorze. Kobieta przed nami, z Rosji, składała dokumenty o wizę turystyczną. Oficer spojrzał na nią, rzucił okiem na papierki, znów zwrócił wzrok na nią i powiedział: No visa for you. Kobieta zdębiała. Dlaczego? Dlaczego nie chcecie przyjąć mojego wniosku o wizę turystyczną? Nie i już. Jakiś powód? Nie i elo. Biedna poddała się od razu i ze smutną miną odeszła od okienka szukać szczęścia gdzieś indziej niż w Tajlandii.

Z nami stało się dokładnie to samo. Naszym zdaniem trafiliśmy na słabszy dzień i oficer wykreował problem. Przejrzał nasze dokumenty i zapytał:

-Where is your workpermit?

A my na spokojnie i z uśmiechem, że go nie mamy. Poprzednia wiza została anulowana, bo pojechaliśmy do pracy w Kambodży. Nawet i go mieć nie możemy, no bo jak? A oficer na to:

-Where is your workpermit?

No to znowu z uśmiechem, ale już przygaszonym, tłumaczymy, że przecież zrobili nam wizę w lutym a po miesiącu skończył się semestr. Że nie zdążyli nam workpermita wyrobić. Że wyjechaliśmy do Kambodży, o tu, proszę spojrzeć do paszportu, byliśmy tam miesiąc na wizie biznesowej. Pracowaliśmy!

Niestety, zdarta płyta:

-Where is your workpermit?

No Emil to się już trochę zirytował. Oczywiście po całonocnej podróży do Laosu byliśmy na styk i po dyskusji przy okienku właśnie nadeszła godzina zamknięcia. Facet już łapie za okienko i zabiera się do zamykania, a my ani rusz. Stoimy i wstawiamy głowy do środka. Nie damy się spławić! Trochę zadziałało i okazało się, że teraz mamy cudownie dostać list ze szkoły wyjaśniający sytuację, oczywko z pieczątkami i podpisami. No okej. Progres. Pomińmy, że oficer mówił łamanym angielskim, więc nie bardzo było wiadomo czego chce. Zadzwoniłam więc do Agencji (jasne, że z polskiego numeru za miliony monet) i poprosiłam by po tajsku dopytali o co dokładnie chodzi. Jaki list, po co i na co. Coby potem nie było, że oddamy list a oni stwierdzą, że kolor pieczątki się nie podoba, bo już w Tajlandii znamy podobne historie.

Ale oficer nie chciał współpracować. On z nikim gadać nie będzie i nic tłumaczyć nie chce. Więc my mówimy, że list spoko, ale co dokładnie tam ma być. Bo co jak nam szkołą wyśle list z odpowiedzią: Where is your workpermit? No have. Będzie dramat i jeżdżenie do Bangkoku, jak głupki, w tę i z powrotem. Ale oficer swoje i łapie za okienko, że czas zamykać. A my nic. Pasywna agresja. Stoimy i trujemy dupę.

Trzeba przyznać, że nasz poziom stresu osiągnął szczyt. Stoisz w jakimś Laosie, wizy nie chcą dać, hajs się sam nie zarobi, a co zrobisz jak nie będziesz mógł wrócić? Jak Cię tu udupią, bo się nie spodobałeś? Do kogo się odwołasz? Wrócisz na turystyku, o ile go dadzą na granicy. A co jak potem z nonB będzie jeszcze większy problem? Kto wie? Nie powiem, nerwy zszargane.

Łapiemy się kolejnej sztuczki i pytamy, że w ogóle z jakiej racji chce ten list, że gdzie to w prawie jest wpisane i na jakiej podstawie chce od nas workpermit do anulowanej wizy?

Zadziałało na tyle, że oficer poczuł, że zaczyna tracić twarz, więc uciekł na zaplecze a do okienka wysłał kumpla. Serio 😀 No to dalej gadamy. Ciśniemy. Wnioski o wizy turystyczne przygotowane w pogotowiu. Jaki list, po co? Co dokładnie? We dwójkę zazwyczaj gramy dobrego i złego policjanta. Emil szybciej się wkurzył i emanował złą energią, czego Tajowie nie lubią. Ja za to próbowałam cierpliwie i racjonalnie tłumaczyć brak workpemitu. Niemniej jednak napięcie rosło, a problem nie znikał. A tego Tajowie jeszcze bardziej nie lubią. Najłatwiej byłoby zamknąć okienko, bo wtedy staniemy się problemem kogoś innego. Ale my jak nic, za wygraną nie dajemy i głowy do środka wstawiamy, to co mają zrobić? W końcu, po godzinie przepychanki, koleżka oficera się złamał, pogadał z Agencją i wytłumaczył dokładnie jakiego listu potrzebują. Mamy przyjść jutro i elo, znów okienko się powoli zamyka.

Był czwartek, a procedura wizowa trwa dwa dni. Jednego dnia składasz doksy, a drugiego odbierasz paszport. Brak złożenia dokumentów w czwartek, zaowocuje zostaniem w Laosie do poniedziałku, a wtedy mieliśmy wyznaczoną datę rozprawy w Sądzie Pracy. O nie! Więc teraz, dla własnej wygody, ciśniemy dalej.

Od razu zadziałało odwołanie się do autorytetu, hierarchii i generalnie jakiejś mitycznej siły wyższej, co to jest bardzo ważna i nie można jej lekceważyć! Przygładzam włosy i zwracam się do oficerów w biurze:

-Szanowni Państwo, bardzo nam zależy by móc złożyć dokumenty dzisiaj. Niestety nie możemy pozwolić sobie na zostanie w Laosie do poniedziałku. Tego dnia mamy wyznaczoną bardzo ważną rozprawę w Sądzie Pracy w Bangkoku. Pozwaliśmy jedną z Agencji, w porozumieniu z Biurem Pracy i Urzędem Imigracyjnym i naszym świetnym prawnikiem. Bardzo byśmy nie chcieli, by Sędzia Sądu Pracy został zmuszony do przełożenia rozprawy, z powodu naszych problemów wizowych w tajskiej ambasadzie w Laosie.

Cyk. Zadziałało jak za dotknięciem magicznej różdżki. Nagle się okazało, że list spoko, wystarczy nawet wydrukowany skan i byleby donieść po 14, to jutro będzie wiza 😀

Ufff. Zwycięstwo mocno oblaliśmy dużymi, zimnymi Beerlao.

Zuza

Posted in PRZYGODY and tagged , .