Laos, visa run, Chiang Mai i autostopowe wyzwanie..

Nadszedł moment, gdy nasze visy powoli zbliżały sie ku końcowi.. przedłużenie visy turystycznej o kolejny miesiąc w immigration office  w Bangkoku kosztuje 1900bth. Wyrobienie nowej visy na dwa miesiące w ambasadzie Tajlandii gdzieś za granicą to koszt 1000bth. Prosty rachunek. Tak zaplanowaliśmy naszą wycieczkę do Laosu, kolejnym punktem była północ Tajlandii (tak przy okazji)! 😀

Plan był ambitny i zakładał około 2300km w nie do końca określonym czasie, chociaż szacowaliśmy, że zajmie nam to około półtora tygodnia… Tak. Szacowaliśmy… Tak naprawdę zrobiliśmy około 3000km w niecałe 3 tygodnie. Trochę nas poniosło. Ale plan wykonany w całości! No, z małymi niezaplanowanymi zmianmi, ale o nich później…

WIENTIAN

05.04.16 z rana wyruszylismy na pociąg, który odjeżdżał o 8.20 z Hua Lamphong do Nang Khai, przy granicy z Laosem. Ustaliliśmy, że wyjdziemy koło 7, złapiemy taksówkę i bez problemu dotrzemy na dworzec. Oczywiście wyszliśmy o 7.20, złapaliśmy taksówkę, która przez 40 minut stała w korku i przejechała 5 kilometrów. Dużo nerwów, wzywania istot niebiańskich i narzekania na mnogość aut w tym cholernym azjatyckim, śmierdzącym mieście. Przejawem prawdziwej tragedii był pomysł by ponownie spróbować ruszyć dzień później… Ale to nie my. My się nie cofamy. Byle do przodu, byle dalej.

Szybka akcja, przesiadka na skuter, błagalne prośby i lament „only 20 minutes, pliizzzzz” i tak na wariata o 8.18 wpadliśmy zziajani do pociągu. Już mieliśmy sie uśmiechnąć do życia, ale okazało się, że bilety z Bkk do Nong Khai kosztują zamiast 100bth to 250bth za osobę. Ups. Nie było czasu na myślenie, więc słono zapłaciliśmy i o 8.20 ruszyliśmy do Laosu. To była najdroższa podróż jaką kiedykolwiek w Tajlandii odbyliśmy. Taksówka 40 minut w korku 200bth + rajd na skuterze 240bth + dwa bilety do Laosu około 500bth = 940bth (114zł). Aua. Ale co najważniejsze: podróż do Laosu – bezcenna! Przeboleliśmy spory wydatek i z niemałym poświęceniem koło 18 dotarliśmy do granicy z Laosem. Załatwianie dokumentów na granicy było przyjemne, szybkie i bezproblemowe. Zapłaciliśmy 31USD/osobę za laotańską visę (Oczywiście 1USD doliczony za przybycie po godzinie 17:D).

Przed wyjazdem do Laosu założyliśmy, że całą podróż (prócz pierwszego pociągu) odbędziemy… stopem. To był nasz pierwszy raz poza granicami Polski. Oczywiście zabraliśmy też świeżutki namiot i założyliśmy, że musimy w nim przespać minimum 3 noce! (I tak było, spaliśmy dokładnie 3 noce i ani minuty dłużej :D).

Już na samej granicy autostop sam nas wypróbował.. Krążyliśmy jak smród po gaciach szukając miejskiego busa – taksiarze chcieli niewyobrażalne kwoty za podwózkę 30km z granicy do centrum stolicy Laosu. I tak poznaliśmy Tajkę, która zaprosiła nas do swojego auta, ha. Welcome to Wientian!

Wyrobienie tajskiej visy

W środę wybraliśmy sie do ambasady Tajlandii. Traf chciał, że akurat po naszej nieprzyzwoicie drogiej, troszkę pechowej, trudnej i długiej podróży, gdy z poświęceniem dopięliśmy swego… ambasada była zamknięta! Święto. A my dwa pacany tego nie sprawdziliśmy i pocałowaliśmy klamkę. Zdarza się…  Dzięki temu wypożyczyliśmy rowery i wybraliśmy się do oddalonego o 27km Budda Parku. Wstep kosztuje ok 3zł – warto to zobaczyć.

Następnego dnia, gdy było już otwarte, do ambasady pojechaliśmy równo z godzina otwarcia o 8.30. I stanęliśmy na końcu ogormnej kolejki wijącej się już poza terenem ambasady… Wnioski przyjmują jedynie do 12, więc ciśnienie nam skoczyło. Ale o 11 dopchnęliśmy sie do kobiet zbierających dokumenty. Dostaliśmy numerki i do domu. Płaci się następnego dnia przy odbiorze. I rzeczywiście, to jest maszyna do zarabiania pieniędzy. Pani w okienku wrzuca tysiaki do wielkiego wiadra i tylko wydaje paszporty. Wygląda to jak linia produkcyjna. Na elektronicznej tablicy wyskakują kolejne, czerwone migające numerki. Wszyscy głowa w dół, szybka kontrola czy to już i szukanie 1000bathów po kieszeniach. WAŻNE! W tajskiej ambasadzie w Laosie za vise można płacić jedynie bathami.

I tak dostaliśmy vise na kolejne dwa miesiące!

Vang Vieng

Dotarliśmy tam naszym pierwszym, poważnym i prawdziwym stopem z przygodami. Vang Vieng to dziwna wioska. Jest malutka, lokalna, wydaje sie autentyczna, ale pełno w niej białych turystów napalonych na tubing (spływ po rzece w oponie traktora). Nie skorzystaliśmy z tej atrakcji, bo poznaliśmy ceny i opinie ludzi, którzy tam byli. Zamiast tego wypożyczyliśmy skuter i wybraliśmy się na trip w poszukiwaniu wodospadów i jaskiń. Trafiliśmy do mocno popularnej Blue Lagoon gdzie dudniła muzyka, lało się piwo, a zimne źródło było pełne ludzi. Zwiedziliśmy tam ogromną jaskinię do której wchodzi sie około 200 metrów wgłąb. Jest ciemno, ślisko i wąsko, ale warto. Uczucie potęgi natury, gdy spacerujesz i eksplorujesz zakamarki ogromnej skały, która mogłaby cię zmiażdżyć jak robaka, jest niesamowite.

Wypożyczenie skutera kosztowało nas niemało, dlatego gdy zabrakło pieniędzy na nocleg szukaliśmy miejsca na namiot. Znaleźliśmy knajpkę przy bezdrożu z napisem „food, drink and relax” co nas bardzo zafrapowało – to nasz klimacik! I tak trafiliśmy do Laovalhall i poznaliśmy przesympatyczną Nut. Prowadzi małą restauracje i kilka bungalow w swoim tropikalnym ogrodzie, który uwielbia, totalnie o niego dba i z wielką czułością o nim opowiada. Nut pozwoliła nam rozbić się w jej egzotycznym ogrodzie tuż pod smoczymi skałami. Niestety w nocy przyszła burza i na szybciocha przenieśliśmy namiot… na środek knajpy. Stał pomiędzy stolikami, a my leżeliśmy na miękkich gąbkach zabranych z krzeseł, w dodatku z zasięgiem wifi w namiocie 😀 all inclusive!

W całej naszej podróży uznaliśmy Vang Vieng za najpiękniejsze miejsce… Spokojna mała wioska otoczona wapiennymi, pionowymi, potężnymi górami, które nazywaliśmy „smoczymi”. W okolicy mnóstwo wodospadów, lagun, jaskiń… Bardzo żałowaliśmy, że ogranicza nas czas i budżet. Vang Vieng to naprawdę piękne miejsce, do którego koniecznie wrócimy i odwiedzimy Nut w jej tajemniczym, rajskim ogrodzie 🙂

Luang Prabang

Łapanie stopa do Luang Prabang było jednym z trudniejszych momentów w podróży… Staliśmy na poboczu drogi w pełnym słońcu ze dwie godziny. Spaliliśmy sobie twarze, które piekły coraz bardziej. Plecaki ciążyły na ramionach, zabrakło nam wody… a obok przejezdżały setki aut i nikt sie nie zatrzymywał. Nikt! Mamy wrażenie, że Laotańczycy jeszcze nie do końca kumają czaczę co do stopa. Gdy stałam na poboczu z wyciągnietym kciukiem, w kusych jak na azjatyckie standardy spodenkach i uśmiechałam się do kierowców…  to miejscowi robili mi zdjęcia. To był trudny moment, szliśmy zrezygnowani poboczem w myśl zasady „BYLE DALEJ”! Los się do nas uśmiechynął po kilku kilometrach w pełnym słońcu, gdy opadliśmy z sił pod sklepem. Nagle zatrzymało się zajebiste auto z dwoma chińczykami w środku. Klimka, skórka i te sprawy. Joł 😀

Luang Prabang to klimatyczne miasteczko z piekną, francuską, kolonialną zabudową, a to wszystko nad  brzegiem majestatycznego Mekongu. Codziennie wieczorem na głównej ulicy miasta zamiera ruch kołowy… rozkładane sa kolorowe stoiska z cudnymi różnościami z Laosu. Odwiedziliśmy też sławny bar Utopia, który jest naprawdę klimatyczny, fajnie zaaranżowany i ma całkiem miły widok, ale jest droooogi! W Luang Prabang spędziliśmy 3 dni, jeden dzień dłużej niż zakładaliśmy. Wypożyczyliśmy skuter i odwiedziliśmy park narodowy z wodospadem Kuang Xi (wstęp 10zł/osoba). Jest tłoczno, ale wodospad robi wrażenie. I miło się przepłynąć w tej turkusowej, lodowatej wodzie 😀 Widzieliśmy też niedźwiedzie, które tam mieszkają. Przy okazji odwiedziliśmy też park motyli (Butterfly Park, wstęp 20zł/osoba). Szału nie było, troszkę motylków, ale to był bardzo miło spędzony czas.

Warto wspomnieć, że gdy dotarliśmy do Luang Prabang za kilka dni miał rozpocząć się Songkran Festiwal (Nowy Rok dla Laosu, czy Tajlandii, który w 2016 trwał od 14 do 17.04 ). Jednak laotańczycy zaczęli zabawe niemalże tydzień wcześniej. Otrzymaliśmy niezliczoną ilośc wiader na twarz. Setki siurków z pistoletów na wodę oraz chyba z tysiąc garnków zimnej wody, najlepiej wylewanej na kark pod ciuchy. Szczerze mówiąc, gdy jeździliśmy skuterem by coś pozwiedzać, a po drodze mijaliśmy kilkadziesiąt blokad na których wszyscy się lali wodą, to mieliśmy dosyć 😀

Pak Beng

13.04 w piatek wybraliśmy się na długo wyczekiwany rejs łodzią po Mekongu. Nasza trasa zakładała, że w Pak Beng spędzimy jedynie noc, a następnego dnia ruszymy dalej łodzią do Houay Xay. Sam rejs był… średni. Płynęliśmy około 10 godzin wąską łodzią w okropnym silnikowym hałasie. Zabraliśmy ze soba prowiant, który niestety od upału zdażył nam się popsuć. Zostaliśmy skazani na zupki chińskie za 5zł, więc woleliśmy nie jeść.. Piękne widoki? Owszem. Kilka krów, kóz, swiń, bawołów. Gór za bardzo nie widzieliśmy, ponieważ jest pora sucha i to w krytycznym momencie, wszystko jest totalnie suche, dużo lasów płonie, więc wiekszość widoku zasnuwa gęsta mgła z dymem. UPS.

Pak Beng to wioska, w której słucha się dużo Boba Marleya, a jeszcze wiecej pali opium. Klimacik jest przyjazny, swojski, wszyscy uśmiechnięci. Jednak zazwyczaj turyści pojawiają sie tam tylko i wyłącznie na noc, a następnego dnia kontynuują swój rejs po Mekongu.  I tu nastąpiła pierwsza zmiana w naszym planie podróży. Nie było nas stać na dwa odcinki rzeką. Bilet na jedną część trasy dla dwóch osób to 110zł. Dlatego wysiedliśmy w Pak Beng a co dalej mieliśmy martwić się poźniej. Po nocy w guesthouse za trzy dyszki ruszyliśmy pełni energii na stopa. Plan był taki: jakkolwiek dostać się stopem 50 kilometrów do granicy z Tajlandią do przejścia granicznego Muang Ngeun. Problemy? 1. Właśnie zaczynał się Songkran, więc wszyscy świętowali w domach. 2. Pak Beng to wiocha na bezdrożu, gdzie na wąskiej, górskiej drodze przejeżdzają dwa auta na godzinę. 3. Laotańczycy nie kumają stopa. 4. Przejście graniczne Muang Ngeun owiane było tajemnicą. Część osób twierdziła, że nie istnieje, część, że jest nieużywane i zamknięte. 5. Skończyły sie nam pieniądze. Nie było jak wypłacić i po co, skoro mieliśmy zaraz być w Tajlandii. Zjedliśmy po kanapce na śniadanie i zostaliśmy goli i wesoli.

Byle dalej, byle do przodu, sprawdziliśmy na własnej skórze czy da się to zrobić. Przecież to tylko 50 kilometrów! I tak przeżyliśmy najdziwniejsza i najbardziej niesamowitą podróż 😀

Wydostaliśmy się z centrum wioski na „wylotówkę” i koło godziny 11 stanęliśmy na drodze z kciukami do góry. I tak staliśmy i staliśmy i tylko słońce grzało i pot spływał z nas litrami. Emil z nudów znalazł w ziemi jakieś złoto i je wygrzebywał do woreczka, a ja wbiegałam na drogę gdy tylko jechało jakiekolwiek auto. Mijały godziny, nasze twarze robiły sie coraz bardziej czerwone, a kiszki grały marsza. Niespodziewanie zatrzymało się upragnione auto. Piękne, z drzwiami, z klimą, o matko. Kierowca uchyla okno…. a tam ten sam Chińczyk, który kilka dni wcześniej wiózł nas z Vang Vieng do Luang Prabang. Przypadek? Nie sądzę 😀 Sam był zaskoczony, że znowu spotyka tę samą poświrowaną parę i to gdzieś na wsi w Laosie. Haha. Niestety okazało się, że nas nie podwiezie, bo jego miejscem docelowym było właśnie Pak Beng. I tak zrezygnowani ruszyliśmy dalej piechotą…

Los odwrócił się jak tylko zatrzymał sie pierwszy Laotańczyk. Jechał wymyślnym traktorem z przyczepionymi dwiema paletami z przodu i z tyłu. Wsadził nas i podwiózł kilka kilometrów. Nie zdążył wysadzić, a już zatrzymała się Laotańska rodzina, która podwiozła nas do knajpki w której świętowała Nowy Rok. Za nami było 20 kilometrów z 50! W knajpie poznaliśmy Tajów, którzy ucieszyli się, że mieszkamy w ich pięknym kraju. Poczęstowali nas piwem i od tego momentu szło się nam lepiej 😀 Laotańczycy świętujący Nowy Rok zapraszali nas na krótką szame i piwko. Jak tylko widzieli dwójke białasów z daleka wybiegali na drogę i częstowali browarem. Stety niestety, mają w zwyczaju pić szkalnkę piwa na raz do dna i oczywiście nie uznają odmowy! Odwiedziliśmy 5 domów i ostatnie 30 kilometrów pokonaliśmy częściowo chwiejnym krokiem, częściowo na pace z trzeba starszymi babkami i trzema dzieciakami. Około 16, w nieprzyzwoicie wesołym nastroju, dotarliśmy do przejścia granicznego Muang Ngeun. Okazało się, że istnieje, że jest otwarte, ale jest tak małe (dwa szlabany i to by było na tyle), że nawet miejscowi nie przekraczają tędy granicy zbyt często, a co dopiero dwójka białasów. Oficer straży granicznej wybałuszył oczy, zmarszczył czoło i po chwili namysłu… o tak, zażądał łapówki! Klasyka! Mieliśmy tak dobre humorki, że dodatkowe 10zł nas nie obeszło i z radościa przekroczyliśmy granicę. Prawdę mówiąc w Tajlandii czujemy się jak w domu 🙂

Plan wykonany, 50 km do granicy zrobione.

Ale, ale! To nie koniec! Złapaliśmy stopa i facet podrzucił nas na posterunek tajskiej policji. Nie zdążyłam powiedzieć jak mam na imię, a już siedziałam na niebieskim, plastikowym foteliku w cieniu z podsuniętą zimną woda i talerzem ciastek. Wow. Oczywiście Emil siedział obok, wpychał ciastka do buzi i cieszył bułę. I gdy tak jedliśmy te ciastka w cieniu to policjant łapał nam stopa… No pytam się, kto by się nie zatrzymał?! I tak o 17 wsiedliśmy do wygodnego autka, które jechało wprost do Chiang Mai. Nie powiem, przyfarciło się nam.

Ale, ale! To nadal nie koniec! Po długiej i trudnej podróży na kacu, o 2 w nocy dojechaliśmy do Chiang Mai. Kierowca wysadził nas na głównej ulicy w centrum. Pech chciał, że trwał cholerny Songkran, więc wszelkie tanie miejscówki z nocną recepcją były zajęte. Nie powiem, wtedy było ciężko. Byliśmy totalnie wycieńczeni, spaleni słońcem, mało jedliśmy, wszystko nas bolało, marzyliśmy o prysznicu i zwykłym śnie. Ale sen jest dla słabych!  Tułaliśmy się po mieście do 3 rano w poszukiwaniu noclegu. Kryterium? Tanio i otwarte. Niestety odbijaliśmy sie od drzwi do drzwi, aż znaleźliśmy przyjemny hotel z wypasioną recepcją i naprawdę wygodnymi kanapami. Spaliśmy na nich dopóki recepcjonista nie obudził się i nie wyrzucił nas na zbity pysk.

Nie ma tego złego co by na dobre nie wyszło, więc w końcu znaleźliśmy nocleg i dostaliśmy jakby pierwszą noc gratis (bo i tak była 5 rano).

Taką podróż pamięta się do końca życia 🙂

Obserwacje po Laosie? Droższe jedzenie i tańsze noclegi. Codziennie spaliśmy w guesthousach za ok 30-40zł za noc dla dwóch osób. W pokoju duże wygodne łóżko, biała pościel, wiatrak, a i nawet tv się zdarzało. Wow. Posiłki? Najtańsze opcje (ryż z kurczakiem, zupy z makaronem, pad thai) zazwyczaj za 15-20 tyś kipów (7-10zł). Woda standardowo za 5tyś kipów (2,50zł). Ze wszystkich potraw najbardziej smakowało nam Lap Lao (mięso w stylu laotańskim), curry z mięsem bawolim oraz ryżowa zupa z odrobiną kurczaka i domowym, handmade makaronem. Mega smaczne były też świeże spring rollsy (warzywa zawijane w płaty ryżowe) z dodatkiem świeżej mięty podawane z sosem miodowo-sojowym z orzeszkami. No i sok  z trzciny cukrowej wyciskany na miejscu, podawany z lodem… pycha!

Chiang Mai

Chiang Mai to mini Bangkok tylko ze starym miastem. Nie zachwyciło nas. Prawde mówiąc to po pół roku mieszkania w Bangkoku dosyć mamy smrodu, hałasu, korków i karaluchów na ulicy. Oczywiście stolica Tajlandii jest zachwycająca, magiczna i róznorodna, ale przyszedł czas, by pobyć trochę z naturą. Przyszedł czas by ruszyć w dalszą podróż, przyszedł czas na zmiany…

W Chiang Mai totalnie polecamy knajpę Rice Noodle. Bardzo tanio, bardzo smacznie, bardzo klimatycznie. Polecamy też guesthouse Happy Home, który prowadzi Meak. Wyluzowany, przyjazny koleś, który naprawdę ufa ludziom. W guesthouse panuje rodzinna atmosfera, Maek organizuje grilla dla „domowników”, a piwo z lodówki wyciagasz sam i stawiasz kreseczki obok numeru Twojego pokoju. Badź fair, a inni też będą fair. Naprawdę super sprawa. Co jeszcze polecamy w Chiang Mai? Lady boys cabaret show! Bilet wstępu 300bth, w cenie piwko i orzeszki. A show? Pełna profeska. dziewczyny pięknie zrobione, piękie umalowane, profesjonalnie tańczą w kolorowych, bogato zdobionych strojach. Bomba. Na naszym fanpejdżu na feju myGecko możecie znaleźc filmy z tego występu… Są mocne! 😀

Pai

Pai…? Jedne z lepszych koncertów na żywo na jakich kiedykolwiek byliśmy. Trafiliśmy do miejscówki nad rzeką gdzie pozwolono nam rozbić namiot. Wieczorem piękny klimacik – zachód słońca, cykady, szum szeki, rechot żab, a do tego co wieczór w knajpie obok zajebiste granie. Grupa artystów zbierała się co wieczór na jam session. Do występu wciągali publiczność. Ktoś śpiewa? Okej, spróbujmy to zagrać! Okej, gitarzysta ma pomysł na nowe brzmienie? Spróbujmy! Niemalże jak próba generalna. Dużo kreatywności, polotu i wyczucia. Byliśmy pod wrażeniem. Akurat w porze suchej trafiliśmy na low-season, więc koncerty były niemalże prywatne. A do tego cudowna nazwa „Mary Jane” i bar, który był kopalnią… zielonego. Ekstra sprawa 😀

Podsumowując….

Podróż do Laosu była po prostu piękna.

Nic więcej, nic mniej. Piona! 🙂

Zuza

Posted in LAOS, PODRÓŻE, PRZYGODY and tagged , , , , , , , , , , , , .