Kryminalne zagadki Bangkoku, część 1.

Korzystając z wakacji w tajskiej szkole cały październik spędziliśmy w Polsce. Jednak o tym napiszemy kiedy indziej. W tym poście chcielibyśmy wytłumaczyć Wam całą sytuacje i problemy z Agencją Pracy, tajską szkołą i tym co działo się, przez ostatnie tygodnie, po naszym powrocie do Tajlandii.

Ostatnie 4 tygodnie były po-sra-ne. 

Część 1 (1.11-9.11.2016).

Już gdy byliśmy w Polsce, 10 października powinna wpłynąć nam na konto pensja za przepracowany wrzesień. Mieliśmy wiele planów na Polskę, czekaliśmy tylko na pieniądze. Musieliśmy także kupić bilety powrotne. Drugi semestr w tajskiej szkole rozpoczynał się z pierwszym tygodniem listopada. Miało być pięknie, mieliśmy dostać hajs, aktywnie i efektywnie wydać go w Polsce i kupić bilety, by zgodnie z tajskim harmonogramem wrócić do pracy. No, tak miało być.

11 października sprawdziłam konto i zaniepokoiłam się. Dlaczego nasza ówczesna Agencja Pracy nie wypłaciła nam pieniędzy i nie poinformowała o spóźnieniu? Napisałam do Agentki. Dostałam zdawkową odpowiedź, że w tym miesiącu wypłata musi być odebrana w gotówce.

I tak zaczęła się nasza nieplanowana przygoda.

Po tej jakże dziwnej i krótkiej wiadomości, na którą zareagowaliśmy mnóstwem pytań, Agencja przestała odbierać nasze telefony. Zastanawiał nas fakt, że przecież wiedzieli, że jedziemy do Polski, że musimy kupić bilety z nadchodzącej pensji, że chcemy wrócić na drugi semestr, przecież od 2 miesięcy płacą nam przelewami na nasze tajskie konto, a teraz gotówka? O co chodzi….? Mieliśmy już kilka starć i problemów z  Agencją, ale to zagranie było naprawdę nieczyste.

Poinformowaliśmy naszą Szefową w szkole, że Agencja nie wypłaciła nam należności. Niestety, nasza ukochana Adzian A. („adzian” po tajsku oznacza „profesor”) nie była w stanie nam pomóc, ponieważ Agencja ignorowała również Jej wiadomości.

Nie pozostało nam nic innego, jak pożyczyć miliony monet, kupić bilety w ciemno i po prostu wrócić do Tajlandii z nadzieją, że wszystko się ułoży. Poinformowaliśmy naszą Szefową i Agencję, że wracamy do Tajlandii 1.11, do pracy możemy wrócić od 2.11. Oczywiście, znów brak odpowiedzi.

I tak oto 1.11 ponownie stanęliśmy na międzynarodowym lotnisku w Bangkoku i natychmiast zadzwoniliśmy do naszej ówczesnej Agentki z pytaniem o pensję. Zostaliśmy poinformowani, że niestety Agencja nie może nam aktualnie wypłacić pensji, ponieważ „szef wyjechał za granicę”. Jednak Agentka postara dowiedzieć się, czy księgowa może przelać nam kilka tysięcy batów (zamiast kilkudziesięciu !!!), ale najpierw mamy wrócić do pracy. Oho, coś tu śmierdzi. Nikt nie chce pracować za darmo. Poinformowaliśmy naszą ówczesną Agencję, że wrócimy do pracy jak tylko dostaniemy swoją pensję za wrzesień. Taką samą wiadomość wystosowaliśmy do Szefowej Departamentu Języka Angielskiego, Adzian A.

2.11 i 3.11 minęły względnie spokojnie. Agencja wciąż próbowała wymusić na nas – najpierw praca, potem pieniądze. Ale my uparcie twierdziliśmy, że najpierw pieniądze za wrzesień, potem wrócimy do pracy. Mieliśmy podstawy, by Agencji nie ufać, dlatego jasno określiliśmy nasze warunki. Nasza współpraca z Agencją wyglądała tak, że to my płaciliśmy za legalne dokumenty (visa + workpermit), my zajmowaliśmy się znalezieniem zakwaterowania, zapewnieniem sobie materiałów szkolnych. W trakcie negocjacji jedyną naszą bronią była odmowa pracy.

4.11 przeszliśmy się do szkoły, nie do pracy, jedynie by porozmawiać z Szefową oraz Dyrektorem placówki. W międzyczasie skontaktowaliśmy się z Polską Ambasadą i poprosiliśmy o wszelkie niezbędne linki dotyczące prawa pracy. W szkole okazało się, że nasza Szefowa do końca nie rozumie o co rozchodzi się cała sytuacja, ponieważ Agencja wysyła sprzeczne informacje i twierdzi, że wszystko jest w porządku. Dowiedzieliśmy się także, że szkoła szanuje naszą pracę. Adzian A. wstawiła się za nas u Dyrektora i określiła nas, jako jednych z lepszych zagranicznych nauczycieli jakich miała. Dzięki temu Dyrektor obiecał porozmawiać z Agencją i wyjaśnić sytuację.

Wystosowaliśmy do Agencji wiadomość, że jesteśmy skorzy do współpracy, chcemy kontynuować pracę w naszej szkole, mamy poparcie Dyrektora i czekamy na pieniądze do soboty. Jeżeli nie wpłyną, zostaniemy zmuszeni, by poinformować o zaistniałej sytuacji Urząd Pracy. Ponownie, Agentka zadzwoniła do nas stawiając swoje warunki – najpierw praca, potem pieniądze. A jeżeli nam się nie podoba, to zerwą kontrakt. Ale my nadal upieraliśmy się, że przecież to rozsądne, że najpierw chcemy dostać pieniądze za wrzesień (!) i dopiero wtedy możemy spokojnie wrócić do pracy. Ponownie, brak jakichkolwiek negocjacji czy odpowiedzi.

Poczuliśmy się trochę sfrustrowani i bezsilni. Zdecydowaliśmy, że możemy ugiąć się i pójść do pracy w poniedziałek 7.11. Zresztą, porzucenie szkoły byłoby złą decyzją. Bez pomocy Dyrektora, który chciał byśmy pracowali i mógł to wymóc na Agencji, byliśmy bezsilni.

W poniedziałek rano stawiliśmy się w szkole. Nienagannie ubrani, przygotowani i uśmiechnięci. Okazało się, że Agencja wysłała w zastępstwie dwie osoby. Niestety, musieliśmy je odesłać do domu. Niczemu nie są winni, nieświadomie uczestniczą w gierkach, ale to my posiadamy legalne papiery i pozwolenie na pracę w tej szkole. Nie było siły, by zastępstwo mogło zostać. Szczególnie, że nasza Szefowa stała za nami murem.

Gdy Agentka dowiedziała się, że jesteśmy w pracy rozzłościła się na maksa. Wysłała nam wiadomość, że nasz kontrakt został anulowany, my przebywamy na terenie szkoły nielegalnie, a tak w ogóle, to zgłosiła nas na policje i spisała raport, o tym, że mamy problemy z dziećmi w szkole (?!?!?!) i że bez powodu nie stawiliśmy się w pracy przez 3 dni, powodując tym dotkliwe straty finansowe dla Agencji.

O nieeee, coś tu bardzo śmierdzi! Choć musimy przyznać, że trochę się zestresowaliśmy. Raport rzeczywiście został spisany przez policjanta, oczywiście po tajsku, wszystkie zarzuty były bezpodstawne i wręcz wymyślone, ale jak tu się bronić, gdzieś tam na prowincji w Tajlandii? A co jeżeli Agencja znajdzie „świadka”?

Sprawa ponownie skończyła się u Dyrektora, który się za nami wstawił i nakłonił Agencję na spotkanie wszystkich stron. My, szefostwo Agencji oraz przedstawiciele szkoły (wicedyrektor i jedna z nauczycielek angielskiego) oraz policja, która miała rozsądzić spór. Brzmiało to bardzo poważnie i mieliśmy złe przeczucia, ale podobno taka praktyka w Tajlandii jest standardowa…

Zastanawiające było jedynie podejście Dyrektora do sprawy. Bardzo usilnie próbował jak najszybciej wyjaśnić sprawę, wręcz zamieść ją pod dywan. Wciąż powtarzał, że nie chce problemu i nalegał byśmy nie rozdmuchiwali sprawy.

Hmmm… A co jeżeli zmanipulują fakty tak, by udowodnić, że chociaż część z pomówień Agencji jest jakkolwiek prawdziwa? A co jeżeli szkoła i Agencja ze sobą współpracują, ktoś kogoś opłaca i tak naprawdę wszyscy mają na nas wylane i próbują nas zrobić na hajs? A co jeżeli Agencja anuluje nasze legalne papiery i dostaniemy od imigracyjnego 24h na opuszczenie kraju? Przecież każdy słyszał o Tajlandii, że korupcja, że liczą się znajomości, że prawem rządzi silniejszy. Paranoja. Mieliśmy pełne gacie. Potrzebowaliśmy jakiegokolwiek wsparcia, chociażby porady prawnej. Baliśmy się, że skoro Agencja tak nieczysto gra i tak bardzo walczy o pieniądze, to nie będzie zwracać uwagi na nasze życie i w pogoni za pieniędzmi może naprawdę zrobić nam prawny problem. Chyba każdy z Was słyszał o tajskich więzieniach…

Dlatego, pomimo zapewnień Dyrektora, że wszystko będzie dobrze, we wtorek 8.11 wybraliśmy się w godzinach naszej pracy (za zgodą naszej Szefowej) do Urzędu Pracy i poinformowaliśmy oficerów o zaistniałej sytuacji. Tak naprawdę liczyliśmy, na poradę prawną z zakresu prawa pracy. W internecie nie mogliśmy dogrzebać się najistotniejszych aktów, a kontrakt z naszą Agencją był skonstruowany bardzo jednostronnie. Zawierał jedynie nasze obowiązki i ich prawa. Przy okazji, za wszelką niesubordynację mieliśmy wpisane ogromne kary, do kilkudziesięciu tysięcy złotych. Oczywiście, gdy podpisywaliśmy kontrakt Agencja twierdziła, że to nieważny papierek. Tak też czytaliśmy w internecie i słyszeliśmy od innych nauczycieli pracujących w Tajlandii, więc nie zwróciliśmy uwagi za bardzo na najistotniejsze kwestie. Byliśmy przekonani, że umowa słowna również obowiązuje. Ale gdy przyszło co do czego, Agencja nagle przypomniała sobie o kontrakcie…

Oho, władowaliśmy się w gó***.

Urząd Pracy prócz wykonania kilku telefonów, do Agencji i szkoły, był bezużyteczny. Oczywiście wstawił się za nami i poparł naszą wersję wydarzeń, ale co nam po takim wsparciu, skoro oficerowie nie znają prawa pracy i nie potrafią po angielsku przeczytać naszego kontraktu? Poczuliśmy się trochę lepiej, bo generalnie Agencje Pracy w Tajlandii trzęsą tyłkami przed Oficerami Urzędu Pracy, którzy mogliby skontrolować ich papiery, albo chociażby podatki… Ale nie oszukujmy się. Urząd Pracy prócz smacznej kawy i soczystych jabłek, nie zaoferował nam żadnego konkretnego wsparcia. Skończyło się na tym, że Agencja i szkoła potwierdziły, że przecież w czwartek jest spotkanie, które ma wszystko wyjaśnić, więc o co cała wrzawa….?

W międzyczasie skontaktowaliśmy się także z prawnikiem. Znaleźliśmy Go dzięki znajomemu Polakowi Andrzejowi, któremu jesteśmy bardzo wdzięczni za pomoc. Nasz prawnik, rodowity Taj z cudownym, brytyjskim akcentem, od razu zaproponował, że pójdzie z nami na spotkanie z Agencją i pomoże wyjaśnić sprawę. Jednak my wstrzymaliśmy się. Chcieliśmy po prostu dostać pensję i w spokoju wrócić do pracy. Wierzyliśmy, że możemy załatwić to bez gróźb, sądu i wzajemnych ataków. Naprawdę zależało nam, by wyjaśnić sprawę pokojowo. 

W pamiętny czwartek, 10.11, nie poszliśmy do pracy i wraz ze szkolna reprezentacją pojechaliśmy vanem na spotkanie z Agencją. To co się wtedy wydarzyło, przeszło nasze najśmielsze obawy…

Ciąg dalszy nastąpi…

Zuza

Posted in PRZYGODY and tagged , , , , .