Klasowe rytuały

Wchodzę do klasy…

Przed każdą lekcją odprawiam swój rytuał. Staję na środku klasy, opieram dłonie na drewnianej ławce i czekam. Wodzę zimnym wzrokiem po wrzeszczących trzynastolatkach.  Toczymy pojedynek – ja kontra pięćdziesięciu małych Tajów. Mijają sekundy, minuty, a ja nieubłaganie czekam na ciszę idealną.

W końcu zniecierpliwiona zabieram głos:

– Quiet, please! – Donośnym głosem proszę o ciszę. Niestety, nie wywołuje to ani krzty reakcji, której bym się spodziewałam. Nieśmiertelne „dwa tony niżej” odbija się w moim umyśle. W tym przypadku tonów do zminimalizowania jest ze sto. Normalny nauczyciel by oszalał. Marszczę brwi i rytmicznie zaciskam szczękę – wyglądam na coraz bardziej wkurzoną. Dzieciom wręcz w to graj, wrzeszczą, śpiewają, biegają, chichrają się jak oszalałe. Walka trwa. Dwóch śmieszków stoi w drzwiach. Co odwrócę wzrok, to wstawiają głowy do klasy, wisząc na framudze drewnianych drzwi. Z głupkowatymi bananami na twarzy próbują rozjuszyć byka. Dla zabawy.

O Boże, dlaczego to akurat Tajlandia! O ile łatwiej byłoby wrzasnąć, puścić wiązankę i naporem negatywnych emocji uspokoić rozbrykane dzieciaki, a najlepiej strasząc, że wstawię im pały. Że też ta strata twarzy! Cholera, nawet się zezłościć jak człowiek nie można, bo tylko pośmiewisko z siebie zrobię i stracę kompletny szacunek. Ech!

Szlag mnie trafia, ale głupia nie jestem. Nie mogę dać się wyprowadzić z równowagi, bo przegram. Zachowuję stoicki spokój, biorę głęboki wdech. Wtem, z całej siły uderzam ogromną, półmetrową, metalową linijką w drewnianą ławkę. Huk płoszy gołębie i odbija się echem w czaszkach dzieci. Aż podskakują na krzesłach! W tej samej sekundzie cała klasa cichnie i to tak, że aż się robię od tego bogatsza! Wiadomo – milczenie jest złotem. Małe oczka ze zdziwieniem spoglądają na wygiętą linijkę. Kurz opada, gołębie wracają, cisza trwa. Bez tej linijki byłabym już niema.

Dopiero wtedy mówię: Good morning! I to był błąd. Dzieci jednocześnie odsuwają krzesła od ławek niemiłosiernie szurając metalowymi nogami po podłodze wyłożonej płytkami. Piskliwy zgrzyt, niczym śrubokręt, wkręca mi się w sam środek mózgu, powodując ból. Szybko podnoszę ręce i mówię:

– Nie! Nie musicie wstawać! Wystarczy „good morning”.

I co się dzieje? Powtórka z rozrywki. Dzieci siadają i przysuwają krzesła z powrotem do ławek. Resztki mojego rozerwanego mózgu próbują wypłynąć uszami, przez popękane błony bębenkowe. Zaciskam zęby i nie daje po sobie poznać, jedynie żyłka pulsująca na moim czole zdradza rychłe nadejście udaru.

I tak mi mija 10 minut lekcji. Jeszcze tylko 40. To dopiero początek. No dobra, lecimy z tematem.

Jakiś present simpel, emocje i uczucia czy „introduce yourself”. Może dialog? Scenka? Czasem prezentacja multimedialna. Często gra, z podziałem na drużyny – to dzieciaki uwielbiają. Czytanki, use of english, tworzenie angielskich definicji słów z książki. Jedziemy. Lekcja zbliża się ku końcowi. Wiadomo jaki będzie finał.

Kolejny rytuał. Ponownie opieram się na drewnianej ławce, milknę i wodzę wzrokiem po dzieciach. Tym razem idzie sprawniej, już kumają o co chodzi. Zresztą – za drzwiami czeka toaleta, sklepik z cukierkami i przyjaciele z innych klas. Wiadomo, każdy chce się wydostać z sali angielskich tortur jak najszybciej.

Atmosfera jest ekscytująco napięta, pot skrapla się na czołach uczniów. Dygoczą się w ławkach, patrzą na mnie jak zaczarowani, aż przygryzając wargi. Wiadomo co powiem. Wiadomo co się wydarzy. Wiadomo, że zaraz koniec! Przyznam, ja też wewnątrz ocieram pot z czoła i paznokciem wygrzebuję z ucha resztki zmasakrowanego mózgu.

Cisza jak makiem zasiał. Biorę głęboki wdech i mówię powoli… Tak jak od miesięcy, tak jak codziennie, tak jak zawsze:

– As for today that’s all. Thank you.

Rozlega się szybkie i gromkie: Thank you Teacher!

I ruszyli! Kto pierwszy do drzwi! Znowu jazgot, harmider, wulkan uwolnionych emocji. No się pozabijają w tych drzwiach! Ten tamtego szturcha, tamta już puszcza muzę na cały regulator, a jeszcze jeden drze buzie do kolegi z budynku obok. AAAAA!!!!

30 sekund mija i nagle świat uspokaja się. Odgłos dudniących butów i szkolnego hałasu cichnie za szklanymi drzwiami klasy. Zostaję sama z kojącym szumem klimatyzacji. Dopiero teraz opadają mi ramiona, rozcieram palcami zmarszczone czoło, masuję szczękę. Uśmiecham się do siebie i linijki.

Uff. Jeszcze tylko pięć lekcji…

Zuza

Posted in TAJSKA SZKOŁA and tagged , .