Kambodża, część 2 – NAJ momenty

Kambodża, część 2

Lista NAJ momentów z Kambodży. Enjoy 🙂

20160207_123744.jpg

1. Najfajniejszy.

Przejście przez dżunglę. Pani Gekon to srała po gaciach. Do tego wielkiego, prawdziwego i tropikalnego lasu trafiła z trzema umięśnionymi, silnymi, byłymi lekkoatletami. Hmm. Ciężko. Byłam przekonana, że nie dam rady i skalne podejścia są totalnie nie-dziewczyńskie, a wspinanie się po lianach przekracza moje możliwości fizyczne. Jak bardzo się myliłam. Przejście przez dżunglę, to jeden z najfajniejszych momentów na Koh Rong. Jeżeli kiedykolwiek tam będziecie to musicie koniecznie, koniecznie się wybrać z Main Beach na opuszczoną Long Beach. To jeden z piękniejszych widoków jaki w życiu widzieliśmy, warty każdej przeprawy przez dżunglę, pustynię czy góry. Idźcie tam, będzie dobrze 😉

2. Największy fart.

Pewnego słonecznego dnia, który przedłużył się aż do nocy, leżeliśmy na hamakach w Nature Beach. Zajebisty chillout. Bawiliśmy się na tyle dobrze, że zapadliśmy w „głęboki sen”. Się wstało, się poszło i się zapomniało. Następnego dnia, również się wstało, z energią. I się pojechało o 9 darmową łódką na Main Beach (w poprzednim poście – główna plaża przy porcie oddalona od Nature Beach o kilka kilometrów). Zjedliśmy mega smaczne i tłuste english breakfast, które kosztowało około 15 złotych. Jednak…. Ciężko zapłacić za mega smaczne i tłuste english breakfast jak się nie ma hajsu. Dlaczego się nie ma hajsu? A bo się zostawiło na hamaku w Nature Beach. Ooooooo kuuuuurde – dramat. Wszystkie dolarki i karty kredytowe zostały na jakiejś dzikiej plaży o kilometry od nas. Hmm. Jesteśmy w dupie.

Na szczęście o 11 wracała darmowa motorówka do Nature Beach. Totalnie nie wierząc, że odnalezienie portfela ze wszystkim co mamy jest możliwe, wybraliśmy się na rejs. I co się okazało? No że się leżało na hamaku i się zostawiło to wszystko. No ale się okazało, że nadal leżało i się znalazło. Radość była nie do opisania, szok i zdziwienie, dosłowny strzał endorfin. Kupiliśmy piwo zwycięstwa i się znowu leżało, tym razem na plaży w pełnym słońcu, do godziny 15 czasu kambodżańskiego – wypłynięcie kolejnej darmowej łódki w stronę Main Beach. Mega!

3. Najzabawniejszy.

W drodze powrotnej do Bangkoku utknęliśmy na granicy Kambodża-Tajlandia na 4 godziny (więcej info w części pierwszej). Kapitan Ameryka zorganizował nam zastępczy transport. Okazało się, że  w naszym mini vanie prócz kilku nudnych i starych chińczyków podróżują dwie ładne i mega rozrywkowe dziewczyny z Wielkiej Brytani. Pamiętacie, że 0,7 khmerskiej whisky kosztowało 6 zł? No to kupiliśmy 6 sztuk. Do tego cztery litry coli, lód z 7eleven, kubki, słomki i jazda! Na jednym z przystanków chłopak z naszej ekipy, smakosz dziwactw, kupił dosłownie pół kilo świeżo usmażonych robaków (mady i koniki polne). Mniam…..  Międzynardowy bus do Bangkoku ruszył w trasę! Wszystkie chwile, od początku samej Kambodży, aż do pamiętnego busa nagrywaliśmy na kamerkę GoPro. Wyszły nam zajebiste ujęcia, z dżungli, z busa, z plaż. Lepiej się nie da. To była bardzo zabawna podróż 😀

4. Najsmutniejszy

Ups. Nasza kamera GoPro została w busie. W busie z Kambodży. Z Kambodży, z której czasem nie wracają ludzie, a co dopiero kamery. Jak to się stało? Kilka khmerskich whisky zrobiło swoje, zabawy nie było końca. Wysiadaliśmy przy Victory Monument, chcieliśmy siku, chcieliśmy jeść. Szybko, szybko, raz, raz, pośpiech. No i została. Płaczu nie było końca. A akcja ratunkowa była bardzo profesjonalna (bieganie za przypadkowymi busami z Kambodży. Goodluck). Nie chodziło o sam sprzęt, ale karta pamięci była na wagę złota. Te ujęcia, te zdjęcia, te chwile. Zapisane na kilku gigabajtach pamięci… Nie mogliśmy odżałować naszej straty. Kto normalny znalazłby zgubioną kamerkę z busa z Kambodży po tylu przygodach na granicy? Niemożliwe.

5. Najniebezpieczniejszy.

Taxi boat zdecydowanie. Podróżowaliśmy nim w drodze powrotnej z wyspy Koh Rong do portu w Sihanouville. Fale sięgały dwóch (!) metrów. Wcześniej, przed godziną 16 policja wstrzymała jakikolwiek ruch morski. O 16 wypłynęła pierwsza motorówka. Jak wspominaliśmy we wcześniejszym poście, siedzieliśmy w niej jak sardynki w puszce. Bujało bardzo, tak bardzo, że połowa pasażerów statku zapełniła sławne, czarne woreczki. Fuj. Pani Gekon jako stara żeglarka wie, kiedy woda jest niebezpieczna. Nie raz pływało się po wzburzonych falach, które złośliwie wciągają pod wodę. Ale to co przeżyliśmy na speed boacie to był prawdziwy hardcore. Wszyscy byliśmy przejęci tym, że na pewno zginiemy. To był moment w którym myślisz sobie „o matko, moje życie jest tak fajne, że ta łódka nie może zatonąć”. Totalna cisza potęgowała poczucie zagrożenia. Wszyscy wiedzieli o co chodzi, ale nikt nie ważył się nawet myśleć o tym, co może się wydarzyć wśród wściekłego oceanu.

Oczywiście Pan Gekon, jako jedyny z całej załogi… spał jak zabity. Chrapał przez całą drogę. Niewzruszony i niezniszczalny. Co za irytujący typ 😀

6. Najbardziej creepy.

To moment w którym wysiadamy z taksówki do Siem Reap z Poi Pet. Od razu zostaliśmy otoczeni przez gang tuk-tukarzy. Nie mogliśmy się do nich opędzić. Dotykali nas, zaczepiali, krzyczeli. Poszliśmy dalej, próbując nie reagować na ich zaczepki. Niestety, jeden z nich tak bardzo się do nas przykleił, że KILOMETRAMI śledził naszą ekipę. Wciąż odgrażał się, że jeżeli nie skorzystamy z jego usług, to się wkurzy. W końcu piechotą znaleźliśmy guesthouse (Sean Ley Ley). Niestety natrętny tuk-tukarz nie dawał za wygraną i przez kilkadziesiąt minut czatował pod budynkiem. Serio? Gdy już odjechał i błędnie myśleliśmy, że dał nam spokój, wyszliśmy na miasto. Trafiliśmy na Pub Street, zjedliśmy, porozglądaliśmy się i…….. tadam – nasz sfazowany tuk-tukarz. Znów nas śledził i odgrażał się „I know where you live!”. Totalnie przerażający gość, który odczepił się dopiero po bardzo mocnych groźbach z męsko-polskich ust 😀

7. Najdziwniejszy.

Pub Street. Moment, w który na środku dzikiej Kambodży trafiamy w środek zachodniego świata. Knajpy, sklepy, ludzie. Wszystko rodem z amerykańskich ulic w małej mieścinie Siem Reap, gdzieś na Wschodzie. Wrażenie? Dziwne. Jakby te wszystkie neony, reklamy i atrakcje nie pasowały do Kambodży i zostały zupełnie sztucznie stworzone tylko i wyłącznie dla turystów. Oczywiście ceny także mocno turystyczne. Dolar rządzi. Bardzo dziwna ulica.

8. Najbardziej zaskakujący.

Minęło 14 dni od powrotu z Kambodży do Tajlandii. Od nieudanej, ale profesjonalnej akcji ratunkowej kamery GoPro. Nikt nie wierzył, że możliwe jest znaleźć zostawiony sprzęt z busa w Kambodży. Nie oszukujmy się, w Polsce takie rzeczy się nie zdarzają. Ale…… Zacięcie Pana Gekona i wiara w to, że się uda – zaskoczyło wszystkich. Nawet kierowce pamiętnego busa 🙂 Pamiętacie najzabawniejszy moment, gdy kupiliśmy pół kilo robaków? To była ważna chwila. Dzięki niej (i dokumentacji fotograficznej pysznego pożerania pasikoników – fuj) mieliśmy zdjęcie szyderczego uśmiechu kierowcy.

p1180891.jpg

Okazuje się, że bieganie z foto kierowcy vana z Kambodży po 12 milionowej metropolii jaką jest Bangkok przynosi pozytywny efekt. Ktoś tam tego kierowcę poznał i nawet miał jego numer telefonu. Nie do uwierzenia, co? Ale zdarzyło się nam, w Bangkoku. Dzięki zdjęciu znaleźliśmy tego kierowcę, a on (mega uczciwy człowiek) miał kamerę. Następnego dnia kamera przyjechała prywatnym, bezpłatnym transferem prosto z Kambodży. Czad!

9. Największy zawód.

Ktoś wykasował pamięć karty SD. Nic bardziej dramatycznego nie mogło nas spotkać. Co za chamstwo i….. Po tylu dniach walki z losem, szukania kamery w stogu siana, wiary, że to niemożliwe. Znalazła się. I co z tego, że mamy sprzęt, jeżeli to na karcie zapisane były wszystkie wspomnienia z naszej przygody życia. Ktoś to po prostu wykasował wszystko bez mrugnięcia okiem. Brak nam słów…

Ciąg dalszy tej historii nastąpi…..

10. Najlepszy.

Nasza ekipa. Wszystkie te momenty nie miałby znaczenia bez ludzi, którzy je tworzyli. Nieważne gdzie – ważne z kim.

#mygeckoadventures

Zuza

g0750765_1454518972232_high_1.jpg

Posted in KAMBODŻA, PODRÓŻE and tagged , , .