Kambodża, część 1

Kambodża, część 1

Planujesz podróż do Kambodży? Nie wiesz od czego zacząć? Potrzebujesz rzetelnych informacji? Chcesz wiedzieć na co zwrócić szczególną uwagę? Szukasz sprawdzonego hostelu, guesthouse’u? A może jesteś ciekawy jak, gdzie i za ile myGecko Team podróżowało po Kambodży? Koniecznie przeczytaj ten post! 🙂

Wyprawa do Kambodży, 4 osoby, 7 dni, od 02.02.16 do 08.02.16.

trasawkambody_1.png

02.02, wtorek – dzień pierwszy:

Pobudka o 4 rano… Taksówka z domu na dworzec kolejowy Hua Lamphong – 150 bth (około 15 km). Dworzec kolejowy, pociąg numer 275, z Bangkoku do Aranyaprathet, klasa zwykła, najtańsza – 49 bth/osoba. Odjazd 5.55, planowany przyjazd 11.35 + godzina opóźnienia.

Z Aranyaprathet przejechaliśmy do Poi Pet tuk-tukiem za wytargowane 100 bth. Około 13 byliśmy na granicy, jeszcze po stronie Tajlandii. Cwany tuk-tukarz podwiózł nas do swoich koleżków, którzy próbowali wmówić nam, że już w Tajlandii możemy wyrobić visy do Kambodży. Uważaj na tych oszustów – pieniądze wezmą, a ich visa na nic się nie zda. Vise kambodżańską można wyrobić jedynie w oficjalnym urzędzie już przy granicy z Kambodżą. Ale trzeba przyznać, że naciągacze w Tajlandii są nieziemsko dobrze przygotowani – mają ubrane mundury i urządzają biuro, które wygląda jak oficjalny urząd. Nie daj się zrobić w bambuko! Jeżeli nie wiesz gdzie iść (granice przekracza się piechotą) pytaj ulicznych sklepikarzy. Wskażą drogę i nie mają interesu Cię oszukać.

Jak sprawnie przekroczyć granicę, krok po kroku:

1. Na początku musisz opuścić Tajlandię. Podążasz za znakami i tłumem ludzi na granicy i ustawiasz się w kolejce dla osób z paszportem spoza Tajlandii. Nam stanie w kolejce zajęło około godziny. UWAGA! Pamiętaj, że jeżeli opuszczasz Tajlandię, musisz mieć ze sobą Departure Card. My oczywiście o niej zapomnieliśmy i zmarnowaliśmy dodatkowy czas na użeranie się z wypełnianiem papierków.

2. Gdy przejdziesz już kontrolę i dostaniesz wyjazdową pieczątkę do paszportu, trafisz na strefę bezcłową. Wagon Marlboro light kosztuje 16 złotych, a 0,7 khmerskiej whisky 6 złotych 🙂 Kupujesz i idziesz dalej.

3. Wejście do Królestwa Kambodży to ogromna, kamienna brama stylizowana na Angkor Wat. Stojąc jej na wprost, po prawej stronie jest oficjalny urząd, który wydaje visy do Kambodży.  UWAGA! Pamiętaj zabrać ze sobą zdjęcie paszportowe. Jest potrzebne, by złożyć wniosk o visę. Oczywiście my zdjęć nie mieliśmy, ale tutaj wszystko da się załatwić. Oficjalnie visa kosztuje 30USD/osobę. Visa wydawana jest na miesiąc. My za brak zdjęcia dopłaciliśmy po 5 USD za osobę. Oczywiście, PODOBNO za brak zdjęcia. Tak naprawdę jest to łapówka, którą pobiera każdy urzędnik za wydanie visy. Jeżeli masz zdjęcie, a wszystkie Twoje papiery są okej, to i tak płacisz około 3 USD (tak było w przypadku naszego kumpla). Można się kłócić o tych kilka dolarów, ale chyba nie warto – urzędnicy mogą pogrozić, albo nie wpuścić do kraju. Wyrobienie visy trwało około pół godziny.

4. Okej, dostałeś wlepę do paszportu. Przekraczasz granice idąc prawą stroną ulicy. Kolejny punkt to budynek, w którym podbijają Ci vise i faktycznie wpuszczają do kraju. My staliśmy w ogromnej kolejce, około 2 godzin. W tym miejscu musisz wypełnić Arrival Card. Gdy się już nastoisz w upale i tłumie, to podchodzisz do okienka. Kamera sprawdza czy Ty to naprawdę Ty, visa dostaje pieczątkę „used”, a Twój paszport pieczątkę z datą wjazdu do Kambodży. Uff. Udało się. Welcome to Cambodia! 🙂

20160208_100502_2.jpg

Kambodża wita!

Kilka podstawowych info: W Kambodży obowiązują dwie waluty. Oficjalnie kambodżańskie riele, nie oficjalnie USD. Chociaż tajskimi batami też można płacić. Dogadasz się. Niestety, tam gdzie dolary i turyści ceny są podbite, czasami o kilkadziesiąt procent. I niestety, sprzedawcy w Kambodży nie są skłonni za bardzo negocjować. Za to są bardzo, bardzo nachalni. Otaczają Cię, dotykają, zaczepiają, wrzeszczą coś w swoim języku, czujesz się totalnie osaczony. Bardzo nieprzyjemne uczucie. Kambodża ma słabo rozwiniętą infrastrukturę transportu. Posiada jedynie 600km torów kolejowych w całym kraju. Jest kilka głównych asfaltowych dróg (w większości tam, gdzie turyści chcą się dostać). Chociaż zdarza się, że asfaltowa droga na kilka kilometrów zamienia się w zwykłą, polną dróżkę.

Okej, jest około godziny 16. Zjedliśmy pierwszy khmerski obiad i co dalej? Musieliśmy dostać się do Siem Reap. Są busy bezpośrednie – 9 USD/osoba. Dla 4 osób wygodniej i taniej wychodzi taksówka. Za 30 USD pojechaliśmy Leksusem 🙂 Około 19 byliśmy na miejscu. Gdy już opędziliśmy się od tuk-tukarzy i innych”pomocników” w podróży, którzy za wskazanie drogi do sklepu chcą „tipy”(?!) poszukaliśmy miejsca na noc. Trafiliśmy do Sean Ley Ley – spokojnego guesthouse’u, prowadzonego przez khmerską rodzinę. Jest on usytuowany nieco dalej od ścisłego centrum Siem Reap i sławnej Pub Street. Standard pokoi raczej średni, ale bardzo czysto. Pokój dwuosobowy z wiatrakiem (fan room) kosztował 8 USD. My zmieściliśmy się tam w czwórkę na dwóch zestawionych łóżkach, które są całkiem szerokie.

03.02, środa – dzień drugi:

Dzisiaj Angkor Wat. Sławny wschód słońca o 5 rano? Nie ma opcji – nie wstaliśmy tak wcześnie. I jak wynika z relacji osób, które tego dokonały – dobrze zrobiliśmy – tego dnia było mnóstwo chmur i zero efektu wschodu słońca. Koło godziny 12 wynajęliśmy tuk-tuka na dzień za 12 USD. Pojechaliśmy kupić bilety jedniodniowe (20 USD/osoba), chociaż są też opcje na trzy (40USD/osoba) lub siedem dni (60USD/osoba).

Angkor robi wrażenie. By wejść do świątyni trzeba przejść kilkaset metrów wzdłuż kamiennej drogi na rzece, przejść gigantyczną, kamienną bramę i naszym oczom ukazuje się nie lada widok budowli z XII wieku! Wow.UWAGA! Żeby wejśc do Angkor Wat trzeba mieć na sobie długie spodnie i koszulkę z rękawkiem przynajmniej do łokcia. My oczywiście nie mieliśmy i musieliśmy kupić ciuchy pod świątynią.  Pierwsza cena za cztery pary spodni i dwie koszulki – 76USD. Serio?! Wytargowaliśmy 20USD. Negocjacyjne arcydzieło.

Przed wejściem do Angkoru zaczepił nas nieoficjalny przewodnik, który zaoferował nam oprowadzenie nas po świątyni i pokazanie miejsc, o których turyści nie mają pojęcia. Obiecał nam też najlepsze zdjęcia. Ile się należy za taką przyjemność? „It’s your kindness!”. Brzmiało to podejrzanie, ale ustaliliśmy, że damy mu 10 USD za godzinę oprowadzania. I rzeczywiście, przewodnik opowiedział nam najciekawsze historie, pokazał wszystkie budynki i zabrał do miejsc, gdzie zwykle turyści nie chodzą. Zrobił nam kilka świetnych zdjęć, a w odpowiednim miejscu klasnął w dłonie i stado nietoperzy poderwało się do lotu.

Pod koniec zwiedzania prawie daliśmy się zrobić w bambuko. Przewodnik kazał nam klęknąć i pomodlić się do kamienia. Twierdził, że pod kamień wrzuca się darowizny dla mnichów, przy czym sam wrzucił kilka dolarów. My, jak stado baranów, biliśmy pokłony dla niewzruszonego, kamiennego stożka. Jednak po chwili słabości, gdy przyszło do wyciągania dolarów, zorientowaliśmy się, że uliczka w której modlimy się i składamy rzekomą darowiznę jest raczej opuszczona. Ani turystów, ani mnichów, ani znaku o oficjalnym miejscu darowizny. W porę zorientowaliśmy się, że cwany przewodnik chce wyłudzić od nas kolejne dolary. Trochę głupio było klękać przed tym kamieniem 😉 W tym miejscu oprowadzanie skończyło się. Jako „our kindness” przewodnik dostał 10USD. Był bardzo, bardzo niepocieszony i od razu zażądał kolejnych 10USD. Niestety, trafił na twardych zawodników w negocjowaniu, więc odszedł wkurzony, gniotąc 10USD w ręku.

Generalnie zwiedzanie Angkor zajęło nam 5 godzin – widzieliśmy 3 obiekty.

dscn1350_1.jpg

 p1180651_2.jpg

aviary_1454542055595_1.jpg

20160203_134451_1.jpg

20160203_152948.jpg

Koło 18 wróciliśmy do Sean Ley Ley, zebraliśmy się i poszliśmy na bezpośredni, nocny bus z leżankami, który jedzie do Sihanouville. Odjeżdża o 19. Jedzie około 10 godzin, koszt to 15 USD/osoba. Warto w taki bus zainwestować, by nie marnować czasu i pieniędzy na dodatkowy nocleg w Siem Reap. Ten bus jest naprawdę hotelowy, masz miejsce leżące, poduszkę i kocyk.

p1180696_1.jpg

04.02, czwartek – dzień trzeci:

Spało się wyśmienicie, nie wiadomo kiedy minęło 10 godzin  i o 5 rano wylądowaliśmy na dworcu autobusowym w Sihanouville. Tam złapaliśmy tuk-tuka za 6 USD, który zawiózł nas do portu. W jednym z licznych biur podróży kupiliśmy bilety na wyspę Koh Rong (10USD/osoba) i o 9 rano siedzieliśmy już na speed boacie na wyspę. Motorówka płynie około godziny. Jest też tańsza opcja na slow boat – duży prom. Kosztuje 5USD/osoba i płynie do trzech godzin. Nam zależało na czasie stąd wybór droższej opcji. Nie mogliśmy doczekać się leżenia na plaży! 🙂

O 10 dopłynęliśmy do portu głównego i przeszliśmy się piechotą po plaży. UWAGA! Na Koh Rong nie ma drogi. Wszędzie trzeba dostać się piechotą przez plażę, przez dżunglę lub drogą wodną tak zwanym taxi boatem. Polecamy zabrać plecaki 😉 Widzieliśmy kilka dziewczyn, nieporadnie ciągnących swoje wypasione walizki po piasku 😉 Niestety, Main Beach na początku nam się nie podobało – brud, smród, kiła i mogiła – jak to bywa na plażach przy portach. Pobłądziliśmy ze 2 godziny wzdłuż wyspy w poszukiwaniu miłej plaży, oddalonej od turystycznego centrum. Niestety, ceny na wyspie są drakońsko wysokie. A w Kambodży negocjowanie praktycznie nie istnieje. Cena za dwuosobowy bungalow niedaleko brudnej i wąskiej Main Beach to koszt około 50 USD.

Zrobiliśmy wywiad wśród miejscowych i innych turystów i taxi boatem wybraliśmy się na oddaloną o pół godziny drogi Nature Beach (5USD/osoba). Ta plaża jest naprawdę rajska. Jeden jedyny ośrodek, jedna knajpka, biały piasek i lazurowa woda. Wynajęliśmy bungalow z wiatrakiem dla dwóch osób za 30USD. Tak jak w przypadku łóżek w Siem Reap były szerokie, więc zmieściliśmy się we 4 osoby. W Nature Beach mega opcją są dwuosobowe namioty na palach. Kosztują jedyne 10USD za cały namiot, a są naprawdę klimatyczne. Namioty rozciągnięte są na palach, wysoko na drewnianej platformie, więc każdy namiot posiada też mini tarasik, z którego rozpościera się widok na ocean. Łazienka mieści się zaraz za namiotami.  My ze względu na rozbieżne opinie co do definicji „wygody” wybraliśmy bungalow, ale następnym razem to będą zdecydowanie namioty! 🙂

W Nature Beach jest naprawdę rajsko i tanio (nocleg), gdyby nie to, że knajpa jest bardzo, bardzo droga! Obiad dla jednej osoby (makaron smażony z warzywami i kurczakiem i piwo) to koszt około 10USD. Oczywiście jak ktoś chce to, kto bogatemu zabroni 😉

(Film z Nature Beach dostępny na naszym fanpage’u na facebooku 🙂

aviary_1454655069117_1.jpg

05.02, piątek – dzień czwarty:

Wstaliśmy z rana i wybraliśmy się na darmową łódkę na Main Beach, odpływającą o 9 rano. Darmowe łódki z Nature Beach kursują dwa razy dziennie. O 9 z Nature do Main, powrót o 11. O 15 ponownie z Nature do Main, powrót o 17. Wylądowaliśmy w porcie i wynajęliśmy dwa pokoje (dla 4 osób) w Deluxe Guesthouse. Pokój dwuosobowy to koszt 10 USD. Standard raczej… trudny. Zawilgocona, zapleśniała toaleta. W pokoju szerokie, dwuosobowe łóżko. Na ścianach i podłodze surowe, stare deski. W nocy po ścianach biegały robaki. I pogryzły nas pluskwy. Ale było tanio! 🙂 DELUXE. Był jeden mega plus, który sprawił, że zostaliśmy w Deluxe Guesthouse dwie noce – klimatyczny taras, z którego rozpościerał się widok na port z kolorowymi khmerskimi łódeczkami, plażę z opalającymi się turystami i wyspiarskie, lokalne życie.

aviary_1454702282871_1.jpg

20160207_123055_1.jpg

Miejsce, które musicie koniecznie odwiedzić na Koh Rong? Knajpa Chai Family. Mieści się na ostatnim pomoście po lewej stronie patrząc plecami do oceanu w stronę plaży. Jest tania i klimatyczna. Prowadzi ją khmerska rodzina. Ojciec, który nigdzie nie rusza się bez swojego piwka, przyjmuje zamówienia, ale uwaga – nie mówi po angielsku. Czasem pomagają mu nastoletnie córki, które trochę znają języki obce. Gotuje Mama, która wciąż denerwuje się na Ojca, że nie ogarnia zamówień i klientów. Ale Ojciec ma w sobie totalny luz i popija browarek, chodząc po pomoście z gołym brzuchem, przepasany jedynie ręcznikiem 🙂 Cała rodzina, gdy wieczorem zamknie kanjpę, rozkłada w kuchni materace. Tam gotują, śpią i żyją. Niesamowite miejsce.

Standardowy obiad u Chai Family (makaron z warzywami i kurczakiem i piwko) kosztuje około 2 USD. Przyjemna cena. Mama gotuje też lokalne, khmerskie potrawy, ale zachowuje w tym swój własny, niepowatarzany styl. Lok Lak 2 USD (mięso wieprzowe lub wołowe smażone z cebulą w sosie własnym, podawane z ryżem) i Amok 2 USD (warzywa i mięso/ryba duszone w mleczku kokosowym i paście curry – tradycyjnie podawane z ryżem w liściu bananowca). Plus obłędna ice coffee. Warto spróbować 🙂

20160205_211455.jpg

06.02, sobota – dzień piąty:

Miejscowi i napotkani turyści opowiadali nam o najpiękniejszej, rajskiej, bezludnej plaży – Long Beach. Jest to plaża, o której każdy marzy, by na niej poleżeć. Biały piasek, mega czysta, przezroczysta, lazurowa woda. Teren nietknięty przez ludzką dłoń. Bez budynków, knajp – totalnie niezagospodarowany. Oczywiście dotarcie do tego raju nie jest takie proste. Należy przejść przez dżunglę środkiem wyspy. Co to dla nas, odważnych podróżników!

W sobotę rano wybraliśmy się na Long Beach. Marsz przez dżunglę zajął nam około godziny. UWAGA! Na wyprawę ubierzcie wygodne buty. Jedna osoba z naszej ekipy poszła w… klapkach. I było ciężko, ale dała radę. To była prawdziwa przeprawa. Pionowe podejście pod górę, po skałach. Wspinanie się po głazach, przedzieranie przez zarośniętą dróżkę wśród tropikalnych krzaków. Dookoła wrzask małp i skrzek papug. Skakanie ponad konarami powalonych drzew. Szukanie znaków właściwej ścieżki na rozstajach dróg i chwile zwątpienia, czy na pewno nie zbłądziliśmy. Ale najlepszy był koniec. Gdy dotarliśmy już do Windy Stone zaczyna się dosłownie pionowe zejście w dół. Tak pionowe, że pomaga jedynie asekuracja na wiszących dookoła lianach, po których powoli zsuwasz się, szukając palcami stóp kamienia, który się nie osunie w przepaść. Serio, to była dżungla dżungla, ale przeprawa przez nią, krew, pot i łzy były warte swojej ceny. Widok jaki nam się ukazał, gdy pokonaliśmy wszystkie przeszkody był obłędny. Long Beach w całej okazałości. Jeżeli będziecie kiedykolwiek na Koh Rong to musicie koniecznie się tam wybrać. Widok takiej plaży i dzień spędzony z naturą na środku bezludnego pustkowia jest bezcenny.

Wieczorem, na szczęście, z Long Beach, dla tych co nocą nie chcą wracać przez dżunglę, z plaży odpływa łódź, która za 3USD/osobe zabiera plażowiczów na Main Beach.

g0951078_1454768215434_high_2.jpg

20160206_135017_2.jpg

aviary_1454764684930.jpg

20160206_163254_1.jpg

 07.02, niedziela – dzień szósty:

Czas na powrót. Mieliśmy plan by o 12 popłynąć tym razem slow boatem (5USD/osoba) do portu w Sihanouville i tam kupić nocny, bezpośredni bus, który jedzie do samego Bangkoku. Mieliśmy plan, ale pogoda była niełaskawa. Zerwał się wiatr, ocean się wściekł i kotłował się dwumetrowymi falami. Policja wstrzymała ruch promów, więc został nam tylko speed boat (10USD/osoba). Cały dzień spędziliśmy opalając się na pomoście i czekając na motorówkę. Pierwsza wypłynęła o 16. Fale były nadal ogromne. Speed boat był duży, mieścił około 100 osób. Hermetycznie zamknięty – siedzieliśmy w środku jak sardynki w puszce. Wszyscy w kamizelkach, w totalnej ciszy. Każdy pasażer dostał mały, czarny woreczek. Połowa pasażerów go zapełniła… Fale rozbryzgiwały się o dziub łodzi, wciągając ją pod wodę. Pomimo solidnej budowy motorówki i szczelnie zamkniętych okien woda wlewała się do środka. To był prawdziwy hardcore i trwał  2 godziny!

O 18 dotarliśmy do portu –  bladzi i zlani zimnym potem, ale cali i zdrowi. W pobliskim biurze podróży kupiliśmy bilety na bezpośredni, nocny, hotelowy bus z leżankami do samego Bangkoku. Miało być bez przesiadek, mieliśmy wysiąść tylko na granicy, by załatwić dokumenty, przejść piechotą kawałek i zaraz na terytorium Tajlandii wsiąść w tego samego busa. Odjazd w niedzielę o 19, planowany przyjazd do Bangkoku w poniedziałek o 12. Cena? 25USD/osobe po długim i twardym negocjowaniu z 28 USD (w końcu byliśmy we czwórkę!). No….to tak to MIAŁO być.

Pierwszy problem pojawił się po 9 godzinach podróży w mało wygodnym, niby hotelowym busie (tak naprawdę to nie były miejsca leżące. W połowie leżanki było mało wygodne podwyższenie, od pasa w górę. Nogi wsuwało się do mało czystej i nieprzyjemnej „nory”. Trochę pospaliśmy i około 4 rano bus zaczął się psuć. O 5 rano wszyscy pasażerowie zostali bez żadnej informacji wyrzuceni z busa wraz z bagażami na jakimś bezdrożu z śmierdzącym blaszakiem z dziurą w ziemi – toaletą. Okazało się, że bus pojechał zupełnie inną trasą niż wcześniej pokazano nam na mapie! Przez stolicę, trasą okrężną. Więc o 5 wylądowaliśmy dopiero w Siem Reap. Opróżniony bus odjechał, wraz ze wszystkimi pracownikami biura podróży i naszymi biletami (które zostały zebrane podczas wchodzenia do busa). I tak grupa 30 turystów siedziała przez półtorej godziny nie wiedząc co ze sobą począć. Czekać, nie czekać? Awanturować się? Ale z kim? Akurat tego ranka było bardzo zimno. Około 15-18 stopni. Wszyscy zziebnięci siedzieliśmy na walizkach. O 7, na szcęście, przyjechał inny, zwykły autokar. Zabrał nas z Siem Reap na granicę. Tam koło 9 rano ponownie zostaliśmy wyrzuceni z autokaru ze wszystkimi bagażami. Każdemu z podróżujących naklejono na pierś złotą naklejkę z numerem. Mieliśmy przejśc granicę i wsiąść do autokaru już w Tajlandii. Cel – godzina 12 w Bangkoku – oddalał się i oddalał.

Przejście przez granicę zajęło nam 3 godziny. Kolejka numer 1 w Kambodży: wypełnianie Departure Card i pieczątki wyjazdowe. Ogromna kolejka numer 2 w Tajlandii: wypełnianie Arrival Card, wbijanie visy i pieczątki wjazdowe. Około 12 byliśmy nie w Bangkoku, a właśnie po wszystkich kontrolach na granicy w Tajlandii. I tam utknęliśmy na kolejne 4 godziny. Dlaczego? Jak nam wytłumaczył Kapitan Ameryka (koordynator naszego „biura podróży” ubrany w bluzę z napisem America) właśnie trwał chiński nowy rok i kierowca po prostu odmówił prowadzenia naszego autobusu. Serio. Kapitan Ameryka wydzwaniał do niego co chwila, a ten obiecywał przybyć na umówione miejsce „za chwilę, za 30 minut”. I tak po 3 godzinach ponownego siedzenia na walizkach, tym razem w upale, wkurzeni poszliśmy załatwiać jakikolwiek inny transport do Bangkoku. Myk polegał na tym, że nie chcieliśmy za ten dodatkowy transport płacić, skoro zapłaciliśmy za drogiego, BEZPOŚREDNIEGO busa do Bangkoku. A Kapitan Ameryka nie bardzo chciał płacić po 300bth/osobe za miejsce w busiku, kazał nam czekać i czekać. Nasza ekipa miała czas i luz, ale inni pasażerowicze spieszyli się na… samolot. Nerwy, nerwy, nerwy. Ostatecznie udało się wcisnąć grupę ludzi z autokaru do trzech mini vanów. Kapitan Ameryka niechętnie, ale zapłacił i o 16 ruszyliśmy do Bangkoku.

O 20 byliśmy na miejscu, pod Victory Monument. Złapaliśmy taksówkę (200bth) i nareszcie, po wielkich bojach i 27 godzinach w podróży, o 21.00 dotarliśmy do domu.

Przez 7 dni przemierzyliśmy około 2000 kilometrów. Pociągiem, tuk-tukami, taksówkami, autokarami, speed botami, busami hotelowymi i vanami.

Przez tydzień na osobę wydaliśmy: na vise 35 USD, na podróże 92 USD, na nocleg 20 USD (dwie noce w busach), na Angkor Wat 20 USD i 83 USD na żywność, napoje i inne atrakcje 😉 W sumie 250 USD za łepka. I wierzcie nam lub nie, staraliśmy się znaleźć najtańsze opcje, jak na rasowych, młodych podróżników przystało. Tygodniowa wyprawa do Kambodży w sumie kosztowała myGecko Team (dwie osoby) 500 USD. W Kambodźy, o dziwo, jest drogo w porównaniu do Tajlandii. Tam gdzie turyści są dolary i wysokie ceny. Najgorsze jest to, że czasem (zaznaczamy po raz trzeci) nie masz wyboru.W Kambodży panuje zmowa cenowa na większość środków transportu. Autostop? Świetny pomysł, ale miejscowi wiedzą jaki jest koszt zbiorowego, turystycznego transportu i za prywatną podwózkę chcą podobne kwoty, zaoszczędzić można tak niewiele, że czasem nie wiemy, czy warto.

Ten post jest informacyjny, przedstawia realia podróży w Kambodży. Akurat ta trasa, nasza trasa, tyle nas wyniosła. Mimo wszystko, każda podróż jest warta swojej ceny. Nie żałujemy ani dolarka wydanego na Kambodżę.

Wyprawa do Kambodży? 250USD/ osoba.

Wspomnienia? Bezcenne

#mygeckoadventures

Zuza

Posted in KAMBODŻA, PODRÓŻE, PRZYGODY and tagged , , , .