Jestem sobą, naprawdę?

IMG_20160720_121240

„Bądź sobą” mówili. „Ale nie mogę!” odpowiadam.

W Tajlandii bycie nauczycielem to służba społeczeństwu, ten zawód plasuje się bardzo wysoko w hierarchii społecznej. Nawet wyżej niż policjant czy żołnierz. Nauczyciel w Tajlandii ustępuje jedynie Królowi i Mnichom.

Dlatego też, wraz z praca nauczyciela dostaliśmy szereg zasad obowiązujących urzędników państwowych. Mały podręcznik szkolnej etykiety dla obcokrajowców. I byliśmy przerażeni. Co gorsza, pracujemy w publicznej szkole na prowincji. Na wsi, albo mówiąc wprost – na wsi w ch*j. Jedno skrzyżowanie, kilka sklepów i pare knajp. Na środku prezentuje sie nasza ogromna, zielona szkoła. W tak małej miejscowości wszyscy znają wszystkich, wszyscy wszystko wiedzą. Jak to bywa na wsiach. Ale w Tajlandii, gdzie bardzo duże znaczenie ma hierarchia społeczna, także wszystkie oczy zwrócone są na osoby na świeczniku. Szczególnie na prowincji, gdzie czuć ducha prawdziwej Tajlandii. Mam na myśli to, że Bangkok jest ogromnym, nowoczesnym miastem i tam świadomość społeczna ulega zmianie pod wpływem technologii, napływu obcokrajowców, rozwoju gospodarczego. To samo dzieje się w turystycznych miejscowościach. Ale na prowincji? Tutaj można na własnej skórze doświadczyć tajskiego, konserwatywnego podejścia do życia. Wyobraźcie sobie, że gdy dwóch białych obcych pojawiło się na ośce, to niektórzy przecierali oczy ze zdumienia. Nie tam białas w telewizji czy w reklamie… Prawdziwy, z krwi i kości!

Ale wróćmy do naszej kochanej szkolnej etykiety.

Po pierwsze, mamy być idealnymi, dobrze wyglądającymi, pełnymi szacunku dla tajskiej kultury „thai-style teachers” – czyli nauczycielami w tajskim stylu.

Jakie sa konsekwencje tego? Wszystkim mówimy, że jesteśmy małżeństwem (tutaj związki nieformalne nie przechodzą), pojawiamy sie w Świątyniach z okazji każdego Buddyjskiego święta oraz codziennie rano stajemy wyprostowani jak struny i oddajemy cześć tajskiej fladze, podczas gdy cała szkoła śpiewa hymn narodowy.

Po drugie – ubiór. Dla facetów? Najlepiej garnitur. Dla kobiet? Biała bluzka pod szyję dobrze kryjąca bieliznę, zero dekoltów, gołych ramion, spódnica za kolano. Tak, dobrze czytacie SPÓDNICA, spodnie odpadają. Nie wolno i już!

Po trzecie – modyfikacje ciała. Nie ma opcji.  Moje małe tatuaże przechodzą, a ten zrobiony bambusem budzi nawet pozytywne zainteresowanie. Czarny rękaw Emila, choć z motywami pokojowymi i pięknie wykonany, wywołałby zbyt duże poruszenie wśród nauczycieli. To skutkuje koszulą z obowiązkowo długim rękawem. Zawsze. Bez wyjątku. Po szkole także. Ale dzieciom w to graj! Gdy zdarza sie, że Emil pisze na tablicy a rękaw koszuli samoistnie podciąga się, to odkrywa skrzętnie ukrywana tajemnicę – czarne wzory od nadgarstka aż po…. i tu niewiadomo co mocno wpływa na dzieciecą wyobraźnię. Czesto jarają się tatuażem i nieśmiało podchodzą, prosząc by pokazać więcej.

Po czwarte – zasady funkcjonowania w szkole. Nie wolno ujawniać złych emocji. Nie wolno ubierać sandałów. Nie wolno dotykać uczniów. Nie wolno zostawać w pokoju sam na sam z osobnikiem płci przeciwnej. Nie wolno witać sie inaczej niż gestem „wai”. Nie wolno kłaniać się uczniom. Nie wolno iść i jednocześnie spożywać posiłków.

Nie, nie, nie, NIE! Ilość „nie” użyta na centymetr kwadratowy tekstu, jest przytłaczająca. Nie jesteśmy przyzwyczajeni do tak dużej ilości sztywnych zasad. Ciężko jest pilnować się na każdym kroku, szczególnie gdy na początku naszej przygody w szkole części z tych zasad nie rozumieliśmy, bo europejskie podejście do „bycia nauczycielem” jest zupełnie odmienne.

To właśnie przez te cholerne zasady, przeżyliśmy nie małe upokorzenie i to pierwszego dnia w pracy. 

Umówiliśmy się z naszym opiekunem z agencji pracy, że spotkamy sie przed szkołą. Miał sprawdzić, czy jesteśmy gotowi. I tak oto, 16.05.16 o 7.30, stanęliśmy przed szkolną bramą. Mijały nas setki dzieciaków, wpatrywały sie w nas onieśmielone. Nauczycielskie auta wjeżdżające na parking zwalniały. Nawet miejscowy policjant nie omieszkał podejść do nas i przywitać się.  Staliśmy w centrum uwagi, ubrani w koszule pod szyje, był też krawat i spódnica za kolano. Tak jak trzeba. No, z drobnym wyjątkiem…

Pracownik agencji przyjechał, zobaczył nas i najpierw złapał się za głowę, a potem załamał ręce. Musicie przebrać te trampki! – powiedział wyciągając z plastikowej torby dwie pary czarnych, ohydnych buciorów bileterki z autobusu, kupione na sali w tesco. Ale dlaczego?! – zbuntowaliśmy się. Dzień wcześniej specjalnie pojechaliśmy do centrum miasta skompletować „strój nauczyciela”. Myśleliśmy, że nowiutkie, błyszczące trampki w stonowanych kolorach przejdą. Ale nie. Pracownik agencji uparł sie, nawysyłał nasze zdjęcia do swojej szefowej i zmusił nas by przebrać buty na oczach całej szkoły. Niestety, farsy nie było końca. Typek obejrzał nas podejrzliwie i kazał mi włożyć bluzkę w spódnicę – jakby to miało jakiekolwiek znaczenie! Już myślałam, że rzucę te pracę, ale ostateczny cios padł na końcu: zdejmij to! – wskazał na moją ukochaną bransoletkę na nodze, którą darze ogromnym sentymentem. Krew we mnie zawrzała i poczułam się obdarta z siebie i swojej tożsamości. Gdyby nie to, że potrzebowaliśmy pieniędzy, odwróciłabym sie na pięcie i zamaszystym krokiem odeszła w świat, a bransoletka wesoło podskakiwałaby na mojej kostce.

No cóż. Zacisnęłam zęby i zdjęłam bransoletkę. I tak oto my, 16.05.16 o 7.30, przed szkolna brama w Tajlandii, zostaliśmy częściowo pozbawieni swoich tożsamości.

IMG_20160516_212007

IMG_20160516_211416IMG_20160518_223137

POKORA.

Oczywiście po czasie przemyciliśmy do szkolnego ubioru coś swojego. Ale musieliśmy się rozpychać łokciami. Powoli i z uśmiechem wciskać się między Tajów i naciagać gumkę. A to kolorowy pierścionek, a to czerwone paznokcie, a to upragnione trampki zamiast ciężkich, wyjściowych lakierków do garniaka.

Gdy musisz walczyć o najdrobniejszy szczegół, uświadamiasz sobie, że ubiór to ważna część Ciebie. Bez tych kilku fikuśnych dziwact, które czasem podobają sie tylko Tobie, czujesz się obdarty z samego siebie. Dostosowujesz się, bo nie masz wyboru. Wchodzisz w role, odgrywasz „nauczycielstwo” pełną gębą – kołnierzyk po szyję, ciasny krawacik, spódnica za kolano, ulizane włosy.

Ale to nie wszystko. Oni chcą więcej i więcej! Wychodząc ze szkoły niestety nie wychodzisz ze swej roli. Wszystkie zasady szkolnej etykiety obowiązują nas nie tylko w trakcie pracy, ale też po niej, gdy wracamy do domu. Mały Tajski Brat patrzy… Gdy idę ulicą, a mój kucyk wesoło podskakuje, mijający mnie ludzie spoglądają nieśmiało. „O to nauczyciele z naszej szkoły!” szepczą sobie do ucha. Jesteśmy obserwowani. Wszyscy wiedzą jak często pierzemy, jakie mleko kupujemy i ile browarów wypijamy co weekend. Prawda jest taka, że czasami aż głupio kupować… Mamy w zwyczaju, po całym dniu pracy, napić się zimnego piwa. Na początku trochę sie kryliśmy, bo wstyd było wejść w koszuli do sklepu i kupić zgrzewkę browara – jakoś tak nie wypada. Szczególnie, gdy po szkole wszyscy nasi uczniowie idą do tego samego sklepu. Zazwyczaj mijaliśmy ich z uśmiechem, odmachiwaliśmy i energicznym krokiem podążaliśmy „do dziadka”. Jego sklep mieści się trochę dalej od centralnego skrzyżowania naszej wsi i czuliśmy się tam bezpieczniej. Paranoja, co nie?

Oczywiście, stosunek miejscowych do nas jako nauczycieli (w szczególności białych) na początku trochę łechtał nasze ego. Kto nie lubi, gdy w sklepie wszyscy stoją w kolejce, a dla Ciebie otwierana jest dodatkowa kasa. I miło jest, gdy w Twojej ulubionej knajpce nie sprzedają piwa, ale dla Ciebie robią wyjątek i starsza pani wsiada na rower i zapsztala po zimnego bronksa. Może przez chwilę poczujesz się ważniejszy, ale po miesiącu wcale nie chcesz być już „lepiej” traktowany i oddałbyś dodatkową kasę i panią z rowerem, by odzyskać swoją prywatność.

W całym tym teatrze prawdziwie szczere są jedynie nasze dzieci. Ich nie omamisz pozorami. Możesz ubrać idealnie wyprasowaną, białą koszulę i spodnie w kant, ale jeżeli chcesz ze swoimi uczniami zbudować prawdziwą i autentyczna relację, to nie możesz ich oszukiwać. Ba, nawet nie chcesz! Dzieci są bardzo ciekawskie jak na 11-13latków przystało – ciągną mnie za włosy na rękach, odsuwają moje bransoletki, bo pod nimi mam nie opaloną, białą skórę. Często prowokują mnie pytając czy jestem zakochana, czy akceptuję gejów, czy tęsknię za mamą, czy lubię piwo. A ja im odpowiadam, zawsze szczerze i zawsze z uśmiechem. Siłą rzeczy muszę dać sie poznać, bo mam poczucie, że czasem od nauki angielskiego ważniejsze są właśnie moje odpowiedzi. A dzieciaki nie są jeszcze tak przesiąknięte standardami kultury tajskiej i zazwyczaj, gdy moje opowieści je zszokują, to nie uprzedzają się, a po prostu zadają jeszcze wiecej pytań. Chociaż zdarzają się zgrzyty…

Miałam kiedyś sytuację, że po lekcji podeszła do mnie jedna z moich uczennic, bardzo mądra i ogarnięta dziewczynka. Nieśmiało, ale stanowczo zwróciła mi uwagę, że nie powinnam ubierać do pracy obcisłych bluzek, bo chłopcy patrzą mi na biust. Część klasy zamarła i wbiła we mnie wzrok. Ja jak zwykle, uśmiechnęłam się szeroko i powiedziałam: Tak, mam biust i to całkiem duży. To fakt. Ale dlaczego mam go ukrywać? Kobiety mają biust i nic w tym dziwnego, przecież to naturalne. Moja bezpośredniość zbiła ich z tropu. Do końca nie wiem, co sobie pomyśleli, ale od tego czasu wypytują mnie o wszystko, bez pohamowań.

Pracując w tajskiej szkole uczę się być sobą bez zewnętrznej obudowy. Bez dodatków podkreślających moją indywidualność i wyjątkowośc. Przecież to, że musiałam zdjąć bransoletki z kostek i muszelkę z szyi nie ma znaczenia. Wciąż jestem sobą, Zuzą, ktora jest zawsze uśmiechnięta i pogodna.

Może czasem nie czuje sie sobą, i nie wyglądam jak ja, ale JESTEM SOBĄ.

Zuza

2016-08-29 22.00.27IMG_20160829_222553

Posted in TAJSKA SZKOŁA, Z ŻYCIA MILLENIALSA, ŻYCIE W TAJLANDII and tagged , , .