I jak tam po powrocie… DO TAJLANDII!? część 2 – JESZCZE DZIWNIEJ

Luty spędziłam w Tajlandii. Był do dla mnie ważny powrót. Mocno musiałam zmierzyć się z samą sobą, moimi sentymentami i miłością do tego kraju. Pierwsze dni przepłakałam w milczących objęciach…

I jak tam po powrocie… DO TAJLANDII?! – część 1 – DZIWNIE

Kolejny tydzień w Bangkoku miałam spędzić sama włócząc się po znanych mi miejscach, hostelach, barach. Jakoś wyszło tak, że nie mogłam opuścić tego pokoju w BangBo z okropnym różowym balkonem. Przesiedzieliśmy na nim kilka nocy wspominając nasze życie w Tajlandii.

Pewnego upalnego wieczoru siedzieliśmy na balkonie tak jak kiedyś i rozmawialiśmy o tym co było, co jest, co będzie. Wpatrywaliśmy się w gwiazdy, a ja poczułam spokój. Kilka dni wcześniej wypłakałam całą złość, strach i samotność. Otrząsnęłam się. W Polsce trudno było to, że z moimi wspomnieniami jestem sama. Wiem, ludzie słuchają, starają się mnie zrozumieć i wspierać, ale nie byli tam ze mną. Nie przeżyli tego. Czasami trudno to wytłumaczyć. A jedyną osobą, która tego wszystkiego ze mną doświadczyła, był Emil.

Uważam to za pewną dojrzałość, gdy dwie osoby rozliczają się ze swoim bólem, znajdują dla niego miejsce, odcinają grubą kreską, ale nie przekreślają wszystkiego. Czy to dorosłość? Podjąć decyzję, którą oboje rozumiemy i się z nią zgadzamy, czasami aż nad racjonalnie się jej trzymać mimo, że emocje buzują? Cenię sobie to, że z tak piękną historią i tak wieloma trudnymi uczuciami po drodze, dzisiaj możemy razem obserwować ciemne niebo i nadal czuć to milczące zrozumienie.


Ej, ale wiecie co?

Jeżeli kiedykolwiek będziecie mieszkać w kraju pełnym słońca i wydaje się Wam, że skóra już na zawsze będzie muśnięta tymi złotymi promieniami, to…. mylicie się. Po dwóch dniach byłam spalona jak rak. Nos i ramiona tak mocno, że aż zeszła mi skóra. Jak to możliwe?! Przecież mieszkając w Tajlandii nie używałam filtrów na słońce, a tu taka niespodzianka! Cóż.

To samo przytrafiło mi się z japonkami. Przez dwa lata popylałam w nich codziennie, niezmiennie, w deszczu i upale, po betonowych ulicach Bangkoku i w tropikalnej dżungli w Kambodży. W Polsce łzy ciekły mi ciurkiem na myśl o pełnych butach i moich stopach ściśniętych w trampkach, a nie daj Bóg, zimowych biuciorach. Niestety. Moje stopu zdążyły odzwyczaić się od japonkowej wolności i ten cholerny dzyndzel między palcami tak mnie obtarł, że po dwóch dniach nie mogłam już chodzić w laczkach. Pęcherz był rozmiaru tajlandzkiej wyspy. Czujecie ten dramat!?

Pojechałam do Tajowa i traktowałam rzeczywistość tak, jakby nic się nie zmieniło, a ja nadal tam mieszkała. Niestety, moje ciało już zapomniało o tym kraju. Trochę mnie to przeraziło, bo tyle serca w Tajlandii zostawiłam, a okazuje się, że wystarczą trzy miesiące, by zaadaptować się do zupełnie nowych warunków i niejako przekreślić to co było. Ramiona spalone, stopy obtarte, po tajsku mówię jak kaleka. Co się dzieje!? Tak kurczowo trzymałam się tego co znałam i próbowałam znów być Zuzą, która tam mieszka, a nie tylko przyjechała na wakacje.

Z drugiej strony, ta trzymiesięczna przerwa od życia w Azji Południowo-Wschodniej uświadomiła mi, co tak naprawdę w Tajlandii kocham.

Słońce, filozofia „sabai, sabai” i życie społeczne na ulicy.

Wyobraź sobie, że codziennie wieczorem, gdy słońce powoli chowa się za horyzont, wychodzisz z domu do ulubionej knajpy za rogiem. Zwiewna sukienka lekko faluje w podmuchach tropikalnego wiatru. Jeszcze mokre włosy delikatnie kręcą się w ostatnich promieniach słońca. Uśmiechasz się szeroko mijając sąsiadów. Umykasz kilku skuterom, machasz dzieciom szalejącym na rowerach i uprzejmie witasz właściciela małej restauracji. Siadasz przy stoliku, tym co zawsze, z widokiem na rzekę. Zamawiając tajski szpinak w sosie sojowym pytasz kucharkę jak minął dzień. Przybijasz piątkę z jej synem i pomagasz w zadaniu domowym z angielskiego. Niespodziewanie do knajpy wchodzą znajomi nauczyciele i przysiadają się. Pijecie piwo i rozmawiacie o pierdołach.

Tak, za tym bardzo tęsknię. W największej pipidówie wychodzisz o drugiej w nocy na ulicy i zawsze spotkasz panią z wózkiem – ananasy, parówki w naleśniku, ryż z warzywami, a do tego miła pogawędka? Jasne! Spożywanie posiłków sprzyja rozmowom, a szczególnie, gdy stać cię, by każdy posiłek spożywać „na ulicy”. Po czasie masz swoje ulubione knajpy, znasz sąsiadów z okolicy i co kilka dni spotykasz te same osoby przy stoliku obok.

Relax, take it easy. Spotkaj się ze znajomymi i zjedz miły posiłek przy zachodzie słońca. Nie spiesz się. Sabai, sabai…


Rozmarzyłam się. Czas zejść na ziemię.

Minął miesiąc, który był mega intensywny. Nie dość, że plan wycieczki był bardzo napięty, to odpaliłam kanał na youtubie i założyłam sobie, że będę codziennie nagrywać – vlogi trzy razy w tygodniu. I powiem Wam, że to w pip pracy! Trochę mi ten wyjazd mignął na ekranie aparatu, ale ile się nauczyłam, to już moje. 30 dni zleciało, sama nie wiem kiedy…

Powrót do Polski pod koniec lutego był zupełnie inny. Tym razem wróciłam do już mojego mieszkania, w którym czekała na mnie pościel w ananasy, ulubiony kubek w szafce, zdjęcia rodzinne na lodówce i przyjaciółka w pokoju obok.

Wyjeżdżając do Tajlandii miałam pstro w głowie. Tak bardzo liczyłam na to olśnienie, na ten magiczny moment jakiejś ponadczasowej prawdy o mnie i świecie, gdy znów poczuję w płucach zapach Bangkoku. I nic. Przekonałam się przez ten miesiąc, że podróż nie może być ucieczką. Wszystkie demony są we mnie i zmiana scenerii nie jest rozwiązaniem. Mądrzej się ze sobą pogodzić i nie walczyć z tym jacy jesteśmy.

Szczerze? To mam nadzieję, że to ostatni wpis z serii „westchnień” za moim życiem w Krainie Uśmiechu. Przede mną wiele wyzwań i planów. Za chwilę minie rok odkąd wróciłam do Polski. Matko! Jak to się stało? Kiedy? Nie wiem. Natomiast wiem, że chciałabym już zamknąć ten rozdział. Boję się, że inaczej już całe życie będę wracać wspomnieniami tylko do tej podróży. Byliście świadkami moich wlotów i upadków, wpuściłam Was do mojego pogmatwanego świata tkliwości i czasem nieudolnej walki z samą sobą.

Dryfując ku przyszłości, łapczywie łapałam powietrze, tonąc w przeszłości. Teraz nauczyłam się pływać w moim świecie i złapałam wiatr w żagle.

Tajlandio, już zawsze będę wracać…

Posted in Z ŻYCIA MILLENIALSA.