To dziś – dwa lata temu rzuciłam się w przepaść

Dzisiaj jest ważny dzień. Dokładnie dwa lata temu pożegnałam rodzinę i przyjaciół na lotnisku, i u boku niezbyt znajomego mężczyzny wyruszyłam do Tajlandii.

Mam takie jedno wspomnienie, gdy pojęłam, że podróż do Tajlandii zmieni moje życie już na zawsze.

Siedzieliśmy w samolocie do Bangkoku. Potężna metalowa maszyna z pozoru leniwie przesuwała się nad bezkresnym oceanem. Czarna otchłań bez dna. Noc. Emil śpi zwinięty w kłębek, otulony kocem. Ja siedzę na fotelu z nosem przy szybie i obserwuje ciemność. Słucham Korteza „Pocztówka z kosmosu” i po cichu płaczę. Po mojej twarzy spływają ciepłe, słone łzy i wsiąkają w mój ulubiony szary sweter mojej siostry.

Co ja w ogóle wyprawiam? Lecę na jakiś koniec świata, z facetem którego niedawno poznałam. Bez planu, oszczędności, oczekiwań. Co mnie tam spotka? Co przeżyję? Co się wydarzy gdy po raz pierwszy stanę na lotnisku w Azji? Dokąd mnie to zaprowadzi? Po co to robię?

Setki myśli miga w moim umyśle, wszystkie toną we łzach i czerni oceanu. Czuje się jak ten człowiek w perłowym skafandrze, co wsiada do rakiety i zostaje wystrzelony w kosmos. Drżę i sama już nie wiem czy z ekscytacji czy z przerażenia.

Boje się. Jestem sparaliżowana ze strachu. Wszystko co dotychczas znałam zostaje tysiące kilometrów za moimi plecami. Przede mną nicość. Mój umysł nawet nie odważa się wykreować jakiejkolwiek wizji mojego życia w Azji, bo nawet nie śnię, czego mogę się spodziewać. Jakbym stała nad przepaścią i marszcząc brwi spoglądała w dziurę, w którą za chwile mam skoczyć. Emil podaje mi rękę, głęboki oddech i nagle spadamy.

Z każdym wdechem oddalam się od bezpiecznej Polski. Z każdym wydechem przybliżam się do chaosu Tajlandii.

Wpatruję się w tę kosmiczną ciemność, duszę płacz w przydługich rękawach i taplam się w swojej przytłaczającej, a jednak słodkiej samotności. Tylko ja, moje uczucia i gwiazdy za podwójną szklaną szybą.

I wtedy zdarzył się moment, który mnie totalnie oczarował i obiecuję, że zapamiętam go do końca życia.

Na linii horyzontu pojawia się światło. Na początku nieśmiałe refleksy ciepłej poświaty przecierają mrok. Pomarańczowy blask gęstnieje z sekundy na sekundę. Wlatujemy w dzień. Dosłownie. Nie mogę uwierzyć, że właśnie widzę wschód słońca w samolocie do Tajlandii. To był punkt zwrotny w moim życiu – zrozumiałam swoją sprawczość. Tym razem to nie dzień nadchodzi. Podjęłam decyzję, kupiłam bilet, wsiadłam do samolotu, a ta zimna metalowa maszyna właśnie gwałcąc odwieczne prawo natury zuchwale wlatuje w dzień. Wymusza na słońcu by ukazało się moim oczom. Moje wybory sprawiły, że dzisiaj słońce wstaje specjalnie dla mnie.

samolotDo dziś, gdy słucham tej piosenki to towarzyszą mi tamte uczucia. Gdybym tylko wiedziała, co ma się przez te dwa lata wydarzyć… Przypominam sobie swój strach, niepewność i szczerze mówiąc, teraz uśmiecham się pod nosem. Nie wiem co Ty pomyślisz, ale ja widzę naiwną dziewczynę, pełną miłości, obaw i marzeń.

W tamtej chwili, oślepiona promieniami, napisałam zdanie na skrawku papieru. O ironio, to najwyraźniej było pierwsze zdanie dotyczące podróży do Tajlandii w mojej blogowej karierze. Strasznie chciałam je zachować. Chyba zgubiłam.

„Ta podróż zmieni wszystko – pomyślałam zagryzając różową gumę balonową.”
Posted in TAJLANDIA, Z ŻYCIA MILLENIALSA.