Dragon Crest Krabi

Dragon Crest w Krabi – najpiękniejszy viewpoint w Tajlandii

Macie tak czasami, że wynajdujecie w internecie zdjęcia niesamowitych miejsc i postanawiacie, że pewnego dnia zobaczycie je na własne oczy? Mam folder na komputerze zapchany takimi fotami. Pewnego dnia, przegrzebując się przez czeluście internetu w poszukiwaniu podróżniczych inspiracji, dokopałam się do zdjęcia chłopaka, który siedział na  skale wiszącej nad przepaścią. Od razu się w tej smoczej skale zakochałam. Oczywiście dotarcie na tę skałę stało się jednym z głównych punktów mojej podróży do Tajlandii. Jednak okazało się, że wcale nie jest to takie łatwe…

dragon crest krabiLet the adventure begin

Późnym wieczorem dojechałam do Ao Nang w Krabi. Zmęczona masową turystyką, kolorowymi neonami i wszechobecną pizzą, zaszyłam się w moim tanim guesthousie. Wyszukałam punkt widokowy na mapie, poczytałam kilka angielskojęzycznych relacji z trekkingu i sprawdziłam trasę. Trzydzieści kilometrów na północy-zachód wzdłuż wybrzeża. W sumie blisko. Skuterkiem jakieś trzydzieści minut maks.

Trekking wiodący na szczyt to 3.7 kilometra pośród tropikalnej dżungli. Podobno raczej dla osób sprawnych fizycznie. Pokonanie drogi zajmuje koło 2-3 godzin w zależności od kondycji.

Zasypiałam podekscytowana, ale pełna obaw. Nie lubię chodzić sama po dżungli. Nie czuję się wtedy komfortowo, z myślą jak bujne, dzikie życie dzieje się wokół mnie. Gdy mieszkałam w Kambodży nasłuchałam się historii o jadowitych kobrach królewskich, które atakują ludzi. Nie raz widziałam skorpiony wspinające się po ścianach domków czy pająki wielkości dłoni czmychające przed światłem. Ponadto, niby znam siebie i swoje możliwości fizyczne, ale cholera wie, jak ten szlak wgląda. A może jednak nie dam rady? Albo poślizgnę się i skręcę kostkę? A co jak się zgubię?

Wiem, może zdawać się, że przesadzam. Ja po prostu nie jestem typem samotnego podróżnika. Uwielbiam ludzi wokoło, szczególnie bliskich z którymi mogę dzielić takie przygody. Czasami się boję, jak każdy z nas. Węży, trudności po drodze, samotności. Ten strach czasami jest instynktowny, nieracjonalny, nie ma żadnych sensownych podstaw. Jakby opływał mnie już od urodzenia.  Mój przyjaciel demon, który zamieszkał pod skórą i otula nie za każdym razem, gdy decyduje się na coś nieznanego. Jednak jestem dziewczyną, która trochę się cyka, ale i tak, ciekawość jest zbyt silna… Nie bez powodu na przedramieniu wytatuowany mam napis: why not? Gdy tylko zaczynam się wahać i szukać wymówek, by czegoś nie zrobić, otrząsam się i daje sobie wewnętrznego kopa w dupę. Zuza! Wstaniesz rano, wynajmiesz skuter, pojedziesz do tego parku narodowego, przejdziesz tę dżunglę  i staniesz na tej smoczej skale! Bo dlaczego nie? Byle do przody, byle z fartem.

Wstałam o 7 rano. Powoli i z rozmysłem spakowałam plecak. Woda, środek na komary, filtr na słońce, chustka na głowę, raincoat, ciastka, które zjem już na smoczej skale. Pobiegłam wynająć skuter. Znowu zlał mnie zimny pot, bo na maszynie nie siedziałam z pół roku, a jakoś wiele doświadczenia nie mam. Spokojnie Stara, będziesz jechać 20 na godzinę, to prawie jak na rowerze. Odpaliłam lokalizację, wstukałam „Dragon Crest” i ruszyłam w świat.

Oczywiście się zgubiłam

GPS wywiódł mnie w pole. Dojechałam do jakiejś opuszczonej farmy drzewek owocowych. Tylko małe kozy uciekały mi sprzed kół skutera. Ponownie sprawdziłam mapę i jak byk, powinnam znajdować się u podnóża Dragon Crest. A tu ani widu ani słychu. Jeździłam po lekko zapomnianej dróżce między wapiennymi skałami i rozglądałam się na boki w poszukiwaniu jakiegokolwiek znaku. Wtem! Na drogę wypełzł metrowy wąż! Wrzasnęłam i poderwałam nogi pod samą brodę niebezpiecznie skręcając kierownicą. Mój skuter gładko przejechał po biednym stworzeniu rozbryzgując gada na boki. Nie miałam nawet szansy zareagować. Gwałtownie zatrzymałam skuter i z duszą na ramieniu obejrzałam ślady na kołach. Niepewnie obróciłam się za siebie i westchnęłam na widok mokrego śladu na drodze. Niezły początek przygody.

Po kilkudziesięciu minutach błądzenia po zielonych bezdrożach byłam pewna, że zgubiłam się jak siema. Postanowiłam zawrócić i podpytać miejscowych, dokąd mam jechać. Przemiły Taj, któremu zajechałam drogę i niemal mnie rozjechał, powiedział mi, że Dragon Crest znajduje się w parku narodowym Khao Ngon Nak. Mam trzymać się wybrzeża przez mniej więcej 20 kilometrów, a potem poprowadzą mnie znaki. O panie. To ładna wycieczka!

Warto było?

Okej. Jestem. Dwa głębokie wdechu i ruszam w tropikalny las. Moją wyobraźnię najbardziej pobudzają odgłosy dżungli. Skrzeki, piski, szumy, jęki, szelesty. Na śmierć wystraszyła mnie spora jaszczurka, która przebiegła mi drogę. Tak się cykałam, że na szczyt wręcz wbiegłam w półtorej godziny.

Za każdym razem, gdy zanurzam się w moim własnym oceanie przerażenia, myślę sobie: Zuza, dotarłaś tak daleko i teraz zrezygnujesz? Serio? W sumie… Nic by się nie wydarzyło, gdybym już przed wejściem do dżungli zrezygnowała. Gdybym zawróciła w połowie drogi. Jakbym zbyt bardzo bała się, by stanąć na tej skarpie. Tylko, że jak już mam w głowie cel, to im dalej jestem, tym trudniej mi odpuścić. Rzucam sobie wyzwania, i te małe i te większe, staram się okiełznać zwątpienie i małymi kroczkami przeć do przodu. Nawet jeżeli mi się nie uda, to wiem, że próbowałam. Wiem, że to ma sens. Czuję, jak moje wewnętrzne granice się przesuwają.

Czasami sprawy tak błahe dla innych, są dla mnie osobistymi sukcesami. Codziennie muszę walczyć z tym ukłuciem strachu przed spróbowaniem nowych rzeczy.  I gdy tylko wątpię, to myślę sobie… Why not?

I co? Warto było okiełznać strach i wejść na szczyt…?

Dragon Crest Krabi

Posted in PRZYGODY.