Chciałabym się zakochać…


08.03.2015

Dzień Kobiet. Dopiero co poznałam fajnego faceta w barze. Jest magiczny. Dzisiaj spotykamy się drugi raz. W powietrzu czuć wiosnę. Siedzimy w parku szczęśliwickim i popijamy pierwsze piwo w plenerze. Smakuje cudownie. Zdejmuję płaszcz i kładę się wśród zmarzniętej trawy uśmiechając się do słońca. On pyta mnie, czy wierzę w miłość.


Wiosna. Idzie wiosna!

Moja pierwsza wiosna od trzech lat.

Właśnie siedzę  przy otwartym oknie balkonowym z komputerem na kolanach i szczerzę się do słońca. Jak miło. Rześkie powietrze hula po pokoju. Wdycham je gwałtownie, pełnymi płucami. Kojarzycie to wewnętrzne ciepełko, gdy nasze trzewia zaczynają czuć, że nadchodzi kolejna pora roku? Gdy w wazonie na parapecie kwitną czerwone tulipany, za oknem przebija się błękit nieba, a w powietrzu unosi się zapach nadchodzącej zmiany?

Szczerze przyznam, że o tym uczuciu zapomniałam. I tak nagle się zachłysnęłam tą wewnętrzną energią.

Minęło 168 dni od mojego powrotu, a ja doświadczam każdego dnia, jakbym poznawała tę rzeczywistość na nowo. Myślę, że tak będzie się dziać, dopóki mój powrót nie zatoczy koła i ponownie nie przeżyję tego pamiętnego wrześniowego wieczoru, gdy stanęłam na lotnisku w Warszawie.

Ludzie to jednak sentymentalne istoty. Czasami mam wrażenie jakbym cofnęła się w czasie. Mój umysł, ciało i serce pamiętają dokładnie te dni, ale sprzed trzech lat. Pomiędzy tamtymi wspomnieniami a dzisiaj mam wyrwę i to dwuletnią! Szmat czasu. Przecież tyle się zmieniło. Wracam wspomnieniami do wydarzeń tak odległych…. A jednak to one zdają się najświeższe, jakby zadziały się dosłownie chwilę temu. Ciekawe uczucie. Trochę jakbym w Tajlandii nigdy nie była, a to co zdarzyło się trzy lata temu, miało miejsce poprzedniej wiosny.


13.03.15

Trzynastego w piątek. Zrobiłam kolczyk pod językiem, a teraz zmierzam na Ochotę. Jak zwykle, tym samym tramwajem. Jeszcze nawet nie wiem, ile setek razy przemierzę tę trasę w ciągu kilku następnych miesięcy. Do dziś znam ją na pamięć.

Wieczór. Jestem w „jaskini”. Oderwanej czasoprzestrzeni, w której czuję się bezpiecznie. Zaciągam się dymem. Gramy w szachy. Następnego dnia idziemy na późne śniadanie. Cały dzień wylegujemy się w łóżku. Wsłuchuję się w jego głos, gdy czyta reportaże Kapuścińskiego.


Zakochaliście się kiedyś od pierwszego wejrzenia? Według mnie to cudowne uczucie, chociaż zniewalające. Totalnie daję się pochłonąć takim emocjom. Nie znam umiaru, nie potrafię się nasycić, zatracam się w drugiej osobie.

Ach te sentymenty. Nie uciekam przed nimi, bo w sumie, to miłe wrócić pamięcią do tak magicznych chwil. W końcu… Gdyby nie miłość nie wyjechałabym na koniec świata.


Marzec kiedyś tam, 2015

Kilka dni temu skończyłam 22 lata. Szlajamy się po Warszawie skąpanej w pierwszych promieniach wiosennego słońca. Jak dzieciaki, włazimy na drzewo, które zielenieje w oczach. Siadamy na gałęzi. Snujemy szalone plany na podróż życia.


Miłość, to jak długo wyczekiwane nadejście wiosny.

I gdy czuję całą sobą tę pamiętną wiosnę sprzed trzech lat, to przez chwilę, chciałabym się zakochać ponownie.


Marzec 2018

Piątkowe popołudnie. Pracuję przy komputerze słuchając muzyki. Nagle w głośnikach płynie znajoma melodia. Ta sama przy której obudziłam się przy Tobie pierwszy raz. Zamieram. W moim sercu rozlewa się znajome ciepło. Otulam się wspomnieniami i pozwalam uczuciom mnie pochłonąć…

Wraz z ostatnimi dźwiękami wybrzmiewają moje sentymenty. Uśmiecham się do siebie i wzdycham. Ostatni raz spoglądam przez okno na nadchodzącą wiosnę i drwiąc z samej siebie, bez skrupułów i litości, wracam do pracy.

 

Posted in Z ŻYCIA MILLENIALSA.