Koh Chang

Byłam na buddyjskim pogrzebie w Tajlandii i…

Pewnego dnia, gdy mieszkałam i pracowałam w Tajlandii na wsi, wybrałam się na spacer. Idę sobie krętymi uliczkami naszej małej miejscowości, aż tu nagle słyszę głośną muzykę, dobiegającą ze świątyni w oddali. Muzyka była rytmiczna, głośna, zdawała się bardzo tradycyjna. Z ręką na sercu, ale pomyślałam, że w świątyni musi odbywać się jakiś festiwal.

Sami posłuchajcie:

Więc jak ta koza idę z ciekawości. Podchodzę do świątyni, patrzę, a tam masa osób. I ponownie myślę sobie, ooo, może rzeczywiście trafiłam na jakiś tajski festiwal. Zdejmuje buty przed progiem, poprawiam moją tęczową sukienkę (oczywiście do kolan i zakrywającą ramiona), wchodzę do świątyni, a wszyscy Tajowie na mnie patrzą z uśmiechem, witają się i zachęcają bym podeszła bliżej.  Nagle zgarnia mnie jeden z Tajów i gestem zaprasza do środka. Zupełnie zaskoczona i zakłopotana daje się mu poprowadzić. Grzecznie siadam na krześle.

Rozochocona ciepłym przyjęciem pytam się Taja:
-A co to za uroczystość?
-Pogrzeb męża tej kobiety! Oto wdowa! – odpowiada mi Taj i wskazuje dłonią na kobietę, która siedzi tuż obok mnie i uśmiecha się lekko.

Zdębiałam. Jak nigdy jeszcze w życiu, nagle poczułam się totalnie nie na miejscu. W mojej kolorowej sukience, z moim stanem umysłu, który głośną muzykę przyjął za festiwal, jak i z moim położeniem tuż obok wdowy, która miło spoglądała na mnie. Ale zdawało się, że tylko ja jestem zażenowana samą sobą i tym, ze nieświadomie wbiłam komuś na pogrzeb. Tajowie byli przecudowni. Posiedziałam chwilę, poobserwowałam mnichów, a następnie serdecznie pożegnałam się z wdową i uciekłam.

To było moje pierwsze doświadczenie ze śmiercią w Tajlandii, lecz niedługo później miałam okazję wziąć udział w obrzędzie pogrzebowym. Tym razem świadomie.

W naszej szkole niespodziewanie zmarł syn jednej z nauczycielek angielskiego.

Prawdziwy dramat. Młody chłopak koło trzydziestki. Zdrowy, pełen sił, z głową pełną planów. Zadzwonił do rodziców, że źle się czuje. Mama i tata wybrali się do syna w odwiedziny z obiadem na przeziębienie.

Znaleźli go martwego.

Nagły zawał serca w tak młodym wieku. Okrutne.

Pamiętam, gdy w zupełnej niewiedzy następnego dnia poszłam do pracy i z zaskoczeniem odkryłam, że wszyscy nasi współpracownicy przybrali czarne odzienie. Zakłopotana rozglądałam się wkoło. Szefowa departamentu, nasza ukochana Adzian (z tajskiego profesor) Aew, poprosiła mnie do drugiej sali i wytłumaczyła całą historię, a ja bezwstydnie zadawałam jej masę pytań próbując zrozumieć co się teraz wydarzy i jak powinnam się zachować.

Adzian Aew to jedna z najmądrzejszych kobiet jakie kiedykolwiek spotkałam.

Latami współpracowała z ludźmi z zachodu przy wymianach zagranicznych. Ma bardzo duże zrozumienie odmienności kulturowych, a także cierpliwość, by dzielić się swoją wiedzą. Ze stoickim spokojem przyjmowała nawet najdziwniejsze pytania dotyczące tajskiej kultury (nawet Króla!) i tłumaczyła mi tajski punkt widzenia na życie, świat czy przyziemne sprawy. Z ochotą udzielała mi lekcji tajskiego, zapraszała na typowo tajskie uroczystości dla nauczycieli, a także broniła, gdy czasem moje zupełnie nieświadome zachowanie uderzało w jakieś normy kulturowe (czy wiesz, że instrumenty muzyczne w Tajlandii są święte i nie wolno sobie tak do nich podchodzić i dotykać? No, ja nie wiedziałam).

Nie muszę chyba nadmieniać, że wszyscy byli bardzo tą śmiercią poruszeni. Szczególnie, że pracowałam w małej miejscowości, gdzie ludzie się dobrze znali, codziennie spotykali na targu po pracy i plotkowali. Smutne, bo to jedyny syn, a jego mama akurat wybierała się na emeryturę i cieszyła się, że będzie więcej czasu spędzać z rodziną. W tak małej społeczności, tak ludzkie dramaty mocno wybrzmiewają.

Ku mojemu jeszcze większemu zaskoczeniu, wraz z Emilem, zostaliśmy zaproszeni na uroczystości pogrzebowe.

Cokolwiek miałam w głowie na słowo „pogrzeb” w wersji katolickiej w Polsce, nijak się miało do buddyjskiego obrzędu. I nie powiem – wygenerowało to u mnie nie lada stres przez najbardziej błahe szczegóły. Ale o tym za chwilę.

Przybliżę Wam trochę buddyjską filozofię.

Buddyści wierzą, że życie i śmierć to część cyklu, który w założeniu ma prowadzić do Nirwany. To taki stan, w którym wyzbyliśmy się swoich pragnień, które rodzą cierpienie. Buddyści wierzą także, że twoje czyny za życia, a także poprzednie wcielenia, warunkują reinkarnację. Jednak śmierć nie jest powodem do zmartwień. Jest nieunikniona. A umieramy z nadzieją na odrodzenie lub Nirwanę.

Ja sobie uporządkowałam tajski pogrzeb na trzy etapy, sama brałam udział jedynie w drugim:
-Ceremonia obmycia
-Pożegnanie
-Kremacja

Ciało zmarłego syna nauczycielki najpierw umieszczono trumnie i wystawiono je na widok w malutkiej świątyni. Nadmienię, że zmarłych nie ubiera się w garnitury czy kreacje, a raczej w ciuchy, które nosili na co dzień i uważali za najwygodniejsze.

Pierwsza ceremonia pogrzebowa to tradycyjne obmywanie ciała zmarłego. W dzisiejszych czas sprowadza się to do polewania wodą otwartej dłoni zmarłego. Adzian Aew tłumaczyła mi, że to piękna tradycja, bo oddaje istotę nauk Buddy.

Woda w twojej dłoni to odbicie życia a szczególnie jego materialnego wymiaru. Niby tę wodę czuć na skórze, niemalże można ją uchwycić, ale nie da się jej zatrzymać na zawsze. Przelewa się między palcami, a ostatecznie i tak wysycha.

Syna żegnano 7 dni. My zostaliśmy zaproszeni już po ceremonii obmycia, na taką „stypę”. Wszyscy znajomy, przyjaciele a także rodzina zebrali się w świątyni, by pożegnać zmarłego. I to był moment w którym razem z Emilem zestresowałam się. Co ubrać? Coś kupić? Przynieść? Jak się zachować? Jak to wygląda? Co tam będziemy robić? Pytań nie było końca.

Cofnijmy się w czasie…


Ubieramy się na czarno. Sto razy przeglądam się w lustrze sprawdzając czy wyglądam odpowiednio. O Boże! Wieniec! Czy powinnam mieć kwiaty? Dzwonię do Adzian Aew. Uff. Nie, nic nie musimy przynosić.

Koleżanki z pracy odbierają nas spod domu. Razem z Emilem siedzmy na tylnej kanapy jak dwie kłody drewna. Nauczycielki dywagują po tajsku i bujają się do muzyki z radia. Docieramy do małej, wiejskiej świątyni. W środku trumna przystrojona kwiatami. Na zewnątrz plastikowe krzesła i kilkanaście stołów. Oczywiście wita nas głośna muzyka, identyczna jak ta która zwabiła mnie wtedy „na festiwal”. Ja i Emil totalnie spięci. Kamienne twarze. Jesteśmy jedynymi farangami (białasami) na tej części pogrzebu. Trochę nie wiemy gdzie się podziać, jak dwa słupy stoimy i czekamy na wskazówki.

pogrzeb w Tajlandii

Tak przystraja się trumny w świątyniach.

Wśród Tajów panuje luźna atmosfera. Wielu poubieranych na biało, szaro  ewentualnie z elementami czerni. Wszyscy głośno rozmawiają, normalnie, czasem ktoś się zaśmieje, ludzie siedzą z telefonami, przeglądają facebooka. Atmosfera jest bardzo lekka, aż przytłaczająco. Ja znam pogrzeby raczej jako trudne, łzawe, przygnębiające wydarzenia, a momentem, który mnie najbardziej boli jest wkładanie trumny do tego wielkiego dołu i zakopywanie nieboszczyka na oczach rodziny i przyjaciół. Wzdrygam się na samą myśl.

Tutaj jest zupełnie inaczej. Wszyscy spoczęli na krzesłach, nas też sadzają. Niektórzy nauczyciele, lekko zaskoczeni naszą obecnością, machają nam  z uśmiechem. Jestem poddenerwowana i ciągle strofuję Emila, żeby się zachowywał i tak nie rozglądał. W końcu to pogrzeb!

Rozpoczyna się właściwa ceremonia, mnisi odśpiewują modlitwy. Trwa to może z 20 minut. Żadnego płaczu, rozpaczy, boleści. W trakcie niektórzy bez krępacji przeglądają telefony, wymieniają się uwagami na temat swoich zdjęć w galerii czy gawędzą i wcale nie są to ciche szepty. W Polsce to byłoby nie do pomyślenia! Zaraz po skończonej „oficjalnej” części, siadamy do stołów i rozpoczyna się uczta. Klasyczny tajski obiad. Rozmowom naprawdę nie ma końca. Nasi znajomi nauczyciele z departamentu nie zdają się spięci czy przygnębieni. Zachowują się normalnie. Dzień jak co dzień, jemy razem lunch i rozmawiamy sobie o czymkolwiek. A to wszystko w obecności zmarłego w trumnie, który spokojnie czeka sobie na kremacje. Zdumiewające.

Nagle nauczyciele z naszej szkoły wstają i proszą, byśmy razem z nimi weszli do świątyni. Myślę sobie, że na bank kondolencje dla rodziny. Ale nie. Zdjęcia pamiątkowe przy trumnie. Tajowie stawiają nas, obejmują, a następnie kilkoma telefonami wykonują kilkanaście zdjęć. Selfie time. Uśmiech jak najbardziej wskazany. Po wszystkim ostatnie pozdrowienia i albo powrót do stołu albo do domu.


Tamtego dnia czułam się dziwnie, bo odzywały się we mnie schematy znane z katolickich pogrzebów, ale muszę przyznać, że taki rodzaj żegnania zmarłego, bardzo mnie oczarował. Nie odczułam obezwładniającego strachu przed śmiercią i przygnębienia, które spada na moje ramiona odbierając dech. Klimat panujący wśród Tajów udzielił mi się i ten moment w którym ktoś odchodzi na zawsze, rzeczywiście jawił się jako nieunikniona część cyklu życia i śmierci.

Te trzy słowa, moim zdaniem, najlepiej oddają to co zauważyłam podczas tej ceremonii pogrzebowej:

Spokój. Celebracja życia. Akceptacja.

Nie zmienia to faktu, że najtragiczniejszy był smutek matki po stracie dziecka. Obezwładniający. Bezdenny. Zniewalający. Kobieta stała się własnym cieniem i mimo nauk buddyzmu o nieprzerwanym cyklu życia, trwała wewnętrznie w rozpaczy.

Pamiętam, gdy po kilku tygodniach wróciła do pracy i po cichu zaszyła się przy swoim biurku, gdzieś na końcu pokoju nauczycielskiego. Nie płakała, nie emanowała smutkiem, tej rozpaczy w ogóle nie było widać. Ale życie z niej uleciało. Jak automat odtwarzała swoje obowiązki, aż do dnia oficjalnej emerytury. Chodziła na zajęcia, oceniała zeszyty studentów, jadała posiłki na stołówce, uśmiechała się, gdy ktoś zagadywał.

Jednak jej oczy były przerażająco puste.

I może sobie to nadinterpretuję, może powinnam zgłębić buddyzm, może się mylę, może czegoś nie rozumiem, ale tak po ludzku sobie myślę, że ta kobieta okropnie cierpiała. Nagle, przedwcześnie, niesprawiedliwie i bez powodu. Straciła syna. Zmarło jej ukochane dziecko.

I skłania mnie to do prostej refleksji na dzisiejszy dzień.

Ja jestem z katolickiej Polski, Ty z buddyjskiej Tajlandii, obrzędy pogrzebowe mogą się różnić, ale oboje jesteśmy ludźmi i utrata ukochanej osoby boli nas tak samo.
Posted in ŻYCIE W TAJLANDII.