Akcja ratunkowa w tajskiej jaskini – hit czy kit?

17 dni w jaskini. Kilometr pod ziemią. W długim, ciemnym, zimnym tunelu. Bez pożywienia i czystej wody. W towarzystwie setek nietoperzy.

23 czerwca 25 letni trener oraz jego 12 podopiecznych w wieku 11-16 lat, zgubili się w jaskini Tham Luang. Skończyli trening piłkarski i chcieli świętować urodziny kolegi. Zignorowali znak przed jaskinią, ostrzegający przed ryzykiem wejścia w trakcie pory deszczowej. Pech chciał, że spadł ulewny deszcz. Woda zalała tunele jaskini. Utknęli. W ciszy, mroku i samotności.

Akcja ratunkowa w jaskini Tham Luang

Po 9 (!)  dniach od zaginięcia chłopców odnaleziono żywych, niemal 4 kilometry od głównego wejścia. Wąskie, niedostępne korytarze, w dodatku zalane wodą, uniemożliwiały szybką akcję ratunkową. Matka natura nie była łaskawa. Najczarniejszy scenariusz przewidywał, że uwięzieni w jaskini będą musieli spędzić w niej nawet kilka miesięcy. Tak długo, aż poziom wody nie obniży się.

Przez kolejnych 8 dni, ekipa niemal 100 żołnierzy, ratowników, nurków i wolontariuszy z całego świata walczyła o drużynę „Dzikich Dzików” (z tajskiego Moo Pa). W błyskach fleszy, pod czujnym okiem międzynarodowych mediów, z relacją na żywo minuta po minucie.

Wczoraj świat obiegła informacja, że akcja miała swoje szczęśliwe zakończenie. Świat jest zachwycony!

Aaaa. Zginął tylko jeden nurek. No cóż. Trudno.

My Tajowie, uśmiechamy się pięknie, chociaż oddech nieświeży.

Czy trener zignorował znak ostrzegawczy?

Wyobrażacie sobie taką sytuację w Polsce?

Po pierwsze, nie sądzę, by wychowawca klasy wpadł na pomysł, aby bez przewodnika i na własną odpowiedzialność brać grupę nastolatków do podziemnych tuneli. Chyba, że miałby podpisany przez rodziców stos papierów, kask dla każdego dziecka, kurs pierwszej pomocy, wspinaczki wysokogórskiej i telefon satelitarny.

Po drugie, zgraja dzieci, widząc znak „nie wchodzić – niebezpieczeństwo” podniosłaby larum, że „psze pani, a tu pisze, że nie wolno!”. I już takie dziecko na swoim smartfonie wystukuje numer do Mamy, by poskarżyć się, że nauczyciel oszalał i naraża ich na niebezpieczeństwo.

Po trzecie, jakby się to wszystko jakoś niefortunnie wydarzyło, to taki nauczyciel po całej akcji zostałby zlinczowany, Ministerstwo Edukacji wszczęłoby śledztwo, a rząd szykował zmiany w prawie.

A w Tajlandii? Sabai, sabai.

No, chyba, że to dzieci wpadły na tak genialny pomysł. To w Tajlandii bardzo możliwe.

Tajska szopka

Swoją drogą – Tajowie bronią trenera. To bardzo znamienne dla tego narodu – stanowić jedność w obliczu jakichkolwiek oskarżeń, które rzucają cień na rajską Tajlandię. Co więcej, w Krainie Uśmiechu trenera przedstawia się wręcz jak bohatera. W przeszłości był mnichem, a to już łatka dająca nietykalność. Podobno w jaskini uczył dzieci medytować, by łatwiej znosiły strach i głód. Już bohater narodowy, a jeszcze nie wiadomo co się tak naprawdę wydarzyło.

Nie chcę oceniać samego opiekuna dzieci. Jeżeli zabrał grupę dzieci do jaskini… Cóż. Jestem w jego wieku i wiem, jak dziwne pomysły czasem przychodzą mi do głowy, mimo znaków ostrzegawczych. No, może niekoniecznie, gdy odpowiadam za życie dwunastu dzieci, ale niech będzie – zdarza się, że wyobraźnia uśnie w nieodpowiednim momencie.

Zdumiewa mnie fasadowość Tajlandii. Z zewnątrz piękna, rozwinięta, zachodnia. Lider wśród państw w Azji Południowo-Wschodniej, w mundurze szytym na miarę, z szerokim uśmiechem. Taki wizerunek Tajowie budują, a przynajmniej chcieliby, by tak ich inne państwa postrzegały. A to co się dzieje naprawdę, to totalna samowolka, ignorancja i bardzo lekkie podejście do kwestii bezpieczeństwa. W kamerze marynarka w kant, a pod stołem klapki na bosych stopach.

Najpierw lekceważenie podstawowych zasad bezpieczeństwa (czy nawet zdrowego rozsądku), a potem olaboga, cały świat patrzy, trzeba wyprasować mundur i przeprowadzić ogromną akcję ratunkową, ramię w ramię z Navy Seals! Standardowa tajska szopka.

A może wystarczyłoby edukować? Wdrażać jakiekolwiek standardy bezpieczeństwa i je faktycznie egzekwować?

To jest właśnie Tajlandia. Ta sama, którą się zachwycamy na wakacjach mówiąc, że ten kraj taki „wyluzowany”.

Jesteśmy tak samo winni

Na skuterach jeździmy bez kasków, w kolorowych taksówkach nie zapinamy pasów, nie sprawdzamy pogody przed wejściem do jaskini. To możemy robić, bo nie oszukujmy się – awanturowanie się o papiery przeglądów technicznych promów lub autobusów, prędzej skończyłoby się w tajskiej celi, niż realnym wpływem na poprawę bezpieczeństwa.

Nie zmienisz Tajlandii, ale ona zmieni ciebie.

Próbowałam. Przez miesiąc mówiłam, prosiłam, powtarzałam, straszyłam i groziłam, by w końcu zamontowano pasy w dwunastoosobowym vanie, który codziennie dowoził nas niemal 50 kilometrów do centrum Bangkoku, mknąc na czwartego po autostradzie. W końcu poddałam się. Wolałam ryzykować życie, ale wygodnie i szybko przemieszczać się po najbardziej zakorkowanym mieście na świecie, niż mieć cholerne, zapięte pasy, ale codziennie łapać stopa w drodze do pracy.

Jak często godzimy się na takie zgniłe kompromisy? Jak często wybieramy wygodę i święty spokój?

Znamy historie naszych znajomych, co podróżowali autobusami setki kilometrów, siedząc na drewnianej podłodze. Bawią nas opowieści o dzieciach wożonych w koszykach skuterów. Pokazujemy sobie śmieszne filmiki o przeładowanych furgonetkach, które na dwóch kołach lawirują między ciężarówkami. Taka Azja nas fascynuje.

Przewracamy oczami mówiąc: „W Europie za dużo ograniczeń, przesadzają z tym bezpieczeństwem, a w Azji żyją jak chcą i nic się nie dzieje!”.
A jednak – czasami się dzieje.

Słyszeliście o tym, że 5 dni temu zatonęły dwie łodzie w okolicach południowych wysp? Wypłynęły przeładowane turystami, mimo ostrzeżeń o nadchodzącym sztormie. Dotychczas potwierdzono śmierć 33 osób. Poszukiwania nadal trwają.

Dlaczego o tym nie krzyczą światowe media? Nie słyszeliście o tym, prawda? Takimi historiami Kraina Uśmiechu nie chce się chwalić. W kamerze lepiej wyglądają wychudzone dzieci, które kłaniają się ze złożonymi rękami i uśmiechają szeroko do obiektywów, gdy udaje się je „cudem” uratować. O. Taką Tajlandię chcemy, by widział cały świat!

Aa. Ten nurek? Trudno. Ale Tajlandia taka cudowna!

Cieszę się, że chłopców uratowano, a tajlandzki rząd zapowiedział zmiany w oznakowaniu jaskini i mam nadzieję, że błysk światowych fleszy zmobilizuje państwo do zmian.

Szkoda, że zwrócenie uwagi na kwestie bezpieczeństwa, kosztowało ludzkie życie.
Posted in ŻYCIE W TAJLANDII.