„I jak tam po powrocie z tej Tajlandii?” – część 1. ZIMNO

„I jak tam po powrocie?”

Jezu. To pierwsze pytanie, które mi wszyscy ciągle zadają, po dwóch latach spędzonych w Tajlandii. Mam go serdecznie dosyć. Bo co mam odpowiedzieć? Jak zmieścić 24 miesiące doświadczenia i wszystkie moje uczucia w jedno słowo? W zależności od mojego humoru i poziomu zirytowania mam przygotowane trzy zestawy:

„Zimno”

To najbanalniejsza z odpowiedzi. Najprostsza, najbardziej oczywista. Taka, której wszyscy się spodziewają i zadają się być super zadowoleni z tego co słyszą. Ekstra. Taka prawda, zimno. Czy muszę to jakoś tłumaczyć, skoro potwierdziłam Twoje wyobrażenia?

„Spoko”

Oczywiście jak tylko to mój rozmówca usłyszy, to zaokrągla oczy, zadziera brew i z nieudawanym zaskoczeniem przekrzywia głowę w lewą stronę. W jego umyśle kotłują się złote myśli o naszym kraju „wszyscy narzekają”, „Polaki Cebulaki Buraki”, „nie wychylaj się, bo cię zdepczą”, „zawistni”. Te stereotypy znajdują swoje ujście w krótkim, przegiętym, acz sugestywnym: Taaaaaaaaaakkk?

Tak. Napisałam o tym cały tekst: UWAGA! Polak Maruda. Za dużo narzekamy, że oni narzekają i kółko się zamyka. Serio jestem pozytywnie zaskoczona Polską. Mam wrażenie, że wynika to (bez beki) z słonecznej energii którą w sobie przywiozłam. Tak, wierzę w dobrą energię. Czuję, że te dwa lata tam zmieniły mnie. Jeszcze gdy byłam w Tajlandii straszono mnie powrotem, ja sama kwasiłam się na myśl o powrocie do polskiej, szarej rzeczywistości. A jednak! Jest „spoko”.

„Ja prdl…”

To bardziej skomplikowane. Gdy mam czas, tak jak teraz dla Was, odpowiadam długimi, rozbudowanymi zdaniami. Bardzo opisowo przedstawiam, na własnym przykładzie, trzy etapy, które jak na razie przeszłam odkąd wróciłam. Dużo o tym rozmyślam i refleksyjnie przetwarzam swoje doświadczenie powrotu po tak długim czasie na emigracji. Mam kilka wniosków z którymi chcę się z Wami podzielić na gorąco. Szczególnie, że nie wiem, czy czeka mnie kolejny etap.

Ale szczerze powiem, że liczę na jego szybkie nadejście, bo aktualnie jest… chujowo.

Wszystkie trzy odpowiedzi na pytanie „I jak tam po powrocie?” w gruncie rzeczy mogą stanowić nazwy dla trzech etapów, które dotychczas przeszłam. O co chodzi?

część 1. ZIMNO

Jak tylko wylądowałam w Polsce rozchorowałam się. Z ręką na sercu, jak tylko wyszłam z lotniska na zewnątrz i poczułam ten chłód (koniec września), to kichnęłam. Kilkanaście metrów dalej, gdy wsiadałam do auta, rozbolało mnie gardło. A do chwili dotarcia do omu miałam gorączkę. „Zimno” świetnie to oddaje. Pierwszy tydzień spędziłam w rodzinnym domu. Ubrana w podwójne dresy, otulona trzema swetrami. Trochę aby odpocząć, aby ogarnąć się i przygotować do powrotu do Warszawy i na studia. Musiałam nagle załatwić jakiś strasznie dużo bzdetów.

W Tajlandii, mimo wielu podróży i przeprowadzek, to w pracy nauczyciela miałam swoją rutynę. Bardzo ją polubiłam. Porządkowała nasze życie w tym chaosie.

O 7 pobudka. Następnie spacer po kawę i taksówką do pracy. Owsianka z owocami na śniadanie. Lekcje. Lunch. Lekcje. Koniec pracy o 16. Od razu na trening. Do domu. Prysznic. O 19 kolacja. Może piwko. Potem komputerek. Do północy spać. Dzień w dzień to samo, w weekend zamiast szkoły relaks w domu, opalanie w parku lub imprezka. Mega to polubiłam.

Po powrocie wszystko znów było nieregularne, dziwne, spontaniczne lub do zaplanowania. Kilkanaście klocków do jednoczesnego układania. Wiesz jak to jest… W poniedziałek o 8 odwieźć siostrę do szkoły, po południu szkolenie z psem, we wtorek muszę zapisać się na studia, zadzwonić do spółdzielni mieszkaniowej, a sąsiadka z góry prosi o numer polisy ubezpieczeniowej, w środę przecież nowy internet zakładają, muszę pamiętam, że kurier też do 17 ma być, Jezu, już przepadły mi zapisy na zajęcia z USOSA, zapomniałam, dobra, ale w czwartek wieczór mam spotkanie w sprawie pracy. Piątek? Ach! Wszyscy chcą się iść na imprezkę. 19? Nie, niestety już jestem umówiona, ale w sobotę na 18  idziemy na piwo! Czekaj, zapomniałam, że pilnuję mojej małej siostry. Może być jednak 20? W niedzielę muszę jeszcze posprzątać chatę, nakarmić koty siostry i no przecież – muszę przygotować prezentacje o Tajlandii. Boże, kiedy ja napiszę jakiegoś posta?

Z tego wszystkiego aż kupiłam sobie Planer Czasu z Pani Swojego Czasu. Haha. Nie mogłam się połapać w swoim życiu. Ja wiem, to są normalne czynności. Nic w tym trudnego. Ale ja totalnie nie mogłam nadążyć za tym tempem, które przecież znam z przeszłości. Pierwszy miesiąc byłam totalnie roztrzepana. Tłukłam talerze, zapominałam o wywieszeniu prania, ciągle się spóźniałam, przez co nie dosuszałam włosów, jadłam snickersy w biegu, wydzwaniałam prosić o przełożenie spotkania, nie znałam dnia ani godziny. Wszystko na jednej nodze. Najtrudniejsze było to, że miałam tylko 7 dni na pierwsze ogarnięcie się, wychorowanie i całkowite wrócenie do świata.

Przesiedziałam je w domu w Bydgoszczy, więc gdy wróciłam do Warszawy na weekend przed startem zajęć z socjologii, nadal miałam nierozpakowane kartony, przeprowadzkę do zrobienia, wysprzątanie mieszkania. Mój pierwszy samotny weekend w Polsce.

Pamiętam tylko jak siedziałam w gumowych rękawiczkach do sprzątania na środku przedpokoju, wokół mnie stały porozwalane walizki, kartony i siatki, a ja ryczałam przepijając łzy winem.

Wino z wyspy Koh Chang łagodziło smutki.

Jedyne co krążyło mi po głowie, to nadzieja, że będzie lepiej. Wiedziałam, że początek będzie trudny. Przygotowałam się na to. Świadomie pozwoliłam sobie na to załamanie. Na szczęście z tyłu głowy miałam myśl, że na tajskim koncie mam wystarczającą ilość pieniędzy, aby z dnia nadzień kupić bilet i wrócić do Krainy Uśmiechu. Nawet mnie korciło. Jednak powtarzałam sobie „wytrzymaj jeszcze tylko kilka dni, będzie lepiej”. Jakoś poszło.

Nie powiem, trochę się musiałam zawziąć. O wiele przyjemniej było upijać się bezsilnie tarzając się po podłodze wśród syfu. W końcu zebrałam się w sobie. Wypłakałam się, opanowałam czkawkę, zacisnęłam zęby, po prostu wstałam i zrobiłam to co musiałam. Od tamtej chwili było już tylko lepiej. Dodatkowo, odpuściłam sobie pierwszy tydzień zajęć, aby jednak mieć więcej czasu na start. Po mniej więcej dwóch tygodniach wszytko wróciło do normy, a mój stan, wręcz przesunął się na drugi biegun skrajności. Czułam się w Polsce przeszczęśliwie…

Jest  jedna rada, jaką mogę dać osobom, które w niedalekiej przyszłości będą wracać do kraju po dłuższej podróży. Dajcie sobie na początek więcej czasu niż marnych 7 dni. Bez sensu. Minimum dwa tygodnie. Maksymalnie miesiąc. Dlaczego nie dłużej? Coby się nie taplać w tym stanie beznadziejności i zawieszeniu między dwoma światami. Trzeba się wewnętrznie kopnąć w dupę i po krótkiej żałobie, zacząć działać.

Zimno było przez 14 dni. Potem się przyzwyczaiłam.

Gładko przeszłam na kolejny poziom – „SPOKO”. A nawet zrobiłam się mega pozytywna, słoneczna i energetyczna. Szczęśliwa. Dlaczego?

I z jak mocnym hukiem upadłam? Co się zmieniło, że aktualnie, etap trzeci, to „ja pierdolę”?

Kolejna część „I jak tam po powrocie z tej Tajlandii?” – 2. SPOKO – już za jakiś czas na blogu! 🙂 Nie chcesz przegapić? Zapraszam na mój fajny fanpage. Zawsze odpisuje na wiadomości i komentarze. Serio. A jak nie wierzysz to sprawdź mnie! Uwielbiam jak ktoś do mnie napisze 😀 –  Jestem Zuza na facebooku.

A jak Ty czujesz się po powrocie z podróży?

Posted in TAJLANDIA, Z ŻYCIA MILLENIALSA.